Rośnie lawinowo ilość hipotez dotyczących katastrofy pod Smoleńskiem.
Trudno za nimi nadążyć, ale poza „oczywistą” wersją zestrzelenia rakietą, zmylenia przyrządów nawigacyjnych samolotu, przemieszczenia świateł nakierowujących lądujący samolot na pas, zaingerowania w system mierzący aktualną wysokość od ziemi, istnieje przypuszczenie rozstrzelania na ziemi jeszcze żywych członków załogi samolotu.
W tle powyższych wersji wyłania się z gęstniejącej mgły obraz chichoczących Putina i Miedwiediewa zjednoczonych we wspólnym celu: wyeliminowania za jednym zamachem (zamachem !) elity polskich przywódców cywilnych i wojskowych.
W tej zamglonej gmatwaninie obłędnych hipotez pływają w TVP różne pospieszalskie ryby i podrzucają sobie nawzajem coraz bardziej paranoidalne przypuszczenia, które w rezultacie mają wypromować jedynego człowieka godnego posady następcy-kontynuatora w Pałacu Prezydenckim. Takiego Lecha-bis.
Gdyby ten plan się zrealizował, byłoby to w nowoczesnym świecie i w Europie wydarzenie kuriozalne. Szczególnie w obliczu bardzo słabej oceny Lecha jako prezydenta w końcówce jego życia.
Jeszcze bardziej dziwne jest to, że w następstwie tragicznej śmierci, w kilka dni, ostatniemu prezydentowi podskoczyły notowania aż o 25% ! Znaczy, że po śmierci stał się lepszy o 25% ?
Chyba tak, bo gdyby nie umarł, byłby o te 25% gorszy. Logiczne ? Tak, chociaż bez sensu.
Jedyny powód tej zmiany ocen tkwi zatem w histerycznym i chimerycznym podejściu społeczeństwa do ludzi – uczestników katastrofy. Po prostu społeczeństwo postrzega ofiary inaczej niż gdy były żywymi ludźmi. Ustawicznie powtarzany w TV komputerowo generowany przebieg nieszczęsnego lądowania, dzięki towarzyszącej widzom telewizyjnym empatii wzmaga w wielkim stopniu współczucie dla ofiar.
To w wymiarze ludzkim jest zrozumiałe, ale nie powinno mieć żadnego wpływu na ocenę tego jak człowiek, za życia, piastował urząd na który został powołany. No, ale jak widać ma.
Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby zmarł nagle na zawał, lub w wyniku upadku ze schodów pałacowych po wesołym bankiecie, współczucie narodu byłoby znacznie mniejsze a i Wawel niepewny.
Tak to, jak zawsze twierdzę, przypadek często powoduje spore zawirowania.
Przykład koronny: gdyby arcyksiążę nie upierał się, aby z żoną zafundować sobie przejażdżkę po Sarajewie w 1914 roku, nie zginęłoby 20 milionów ludzi.
Bo gdyby latającą maszyną dowodził zwyczajny, cywilny, kapitan np. LOTu, czy SASu, czy Lufthansy i miał zaplanowane przed wylotem, jak to jest standardem, 2 lotniska awaryjne – to według normalnych procedur skorzystałby z jednego z nich i ceremonia w Katyniu byłaby tylko nieco opóźniona. I dalej żyłoby tych 96 nieszczęsnych ludzi.
I tylko redaktor Pospieszalski z kolegami nie mógłby pospieszać z pospiesznymi choć zawoalowanymi hipotezami antypolskiego spisku pewnej grupy z poza kraju realizującej celowy zamach. Do której to grupy, to moja podpowiedź, powinien dodać ministra Klicha, za którego kadencji nie wyjaśniono do końca przyczyn wypadków CASY, MI-2 oraz Bryzy. Czy więc katastrofa Tupolewa to naprawdę przypadek ?? Czy może... Nie daj Boże.
wtorek, 27 kwietnia 2010
sobota, 17 kwietnia 2010
Jeszcze Polska nie zginęła !
Celibat zaostrza zmysły, a śmierć stępia krytyczne oceny.
Ta ostatnia konstatacja obrazuje stan emocji w narodzie po koszmarnym wypadku lotniczym pod Smoleńskiem. Gdyby brać poważnie niektóre telewizyjne wypowiedzi pielgrzymujących do Pałacu Prezydenckiego rodaków, to nastąpił Armageddon i koniec świata, a nasz naród juz nigdy się nie podźwignie w oparciu o tych, którzy pozostali przy życiu. Takich „Polaków” jak, za przeproszeniem, Tusk, czy Komorowski.
Naród, który od szkoły podstawowej w ramach nauki języka polskiego i historii karmiony jest nadmiernie martyrologią rodaków, odsłanianiem coraz to nowych pomników bohaterów walki i męczeństwa, czyli kultem śmierci w obronie ojczyzny (taka polska wersja Dżihadu), wpadł obecnie w psychozę kultu zmarłego prezydenta i jego żony.
Ma sie to nijak do chłodnej oceny jego prezydentury przez społeczeństwo jeszcze miesiąc temu, a więc również do oceny jego jako człowieka (bo w końcu był najpierw człowiekiem a potem prezydentem) za jego doczesnego życia.
Jak wszyscy wiemy, kolejne sondaże nie dawały mu żadnych szans w I jak i w II turze wyborów. Zarzucano mu małostkowość, bierność, złośliwość, psucie wizerunku Polski za granicą itd. itp.
Nie zdołał nawet opanować swojej, nazwijmy to łagodnie, niechęci do premiera, gdy ten po angielsku witał Condoleezzę Rice. Rozumiem, że nie rozumiał co Tusk do niej mówił, ale czy to wystarczy żeby publicznie obśmiewać kolegę-rodaka i premiera Polski ?
Lub aby domagać się reakcji kanclerz Merkel na artykuł o „kartoflach” w prywatnej niemieckiej gazecie ? Można by przytaczać w nieskończoność jego nieudolności, małe i duże złośliwości oraz epitety którymi hojnie obdarzał adwersarzy.
I nagle, po tym tragicznym wypadku lotniczym, media kreują go na Wielkiego Męża Stanu i Męża Opatrznościowego naszego narodu. Człowieka ciepłego i dowcipnego zarazem. Takiego dobrego wujka z Pałacu Prezydenckiego.
Kanał TVP w reportażach przytacza opinie ludzi w rodzaju: „To był jedyny prawdziwy patriota” lub „W katastrofie pod Smoleńskiem straciłam życiowy drogowskaz”. Współczuję tej pani.
W obliczu nagłej i tragicznej śmierci, niektórzy ludzie wyraźnie zatracili wszelkie proporcje. Głosami nieznanych – dotychczas - osób zgłosili parę prezydencką na Wawel, a kardynał Dziwisz bezmyślnie „przyklepał” tę propozycję.
I w ten sposób zamienił okres żałoby w okres polemiki i kontestacji. To przed pogrzebem, a co będzie w następnych dniach, czy tygodniach ? Pojednanie narodu i polityków w następstwie tragicznej śmierci ? Ukulturalnienie debaty politycznej i wprowadzenie jej na tory czysto merytoryczne ?
Wiara w takie następstwa w ogóle, a teraz szczególnie, to chyba krańcowa naiwność.
Już dużo bardziej prawdopodobne jest obecnie zbliżenie Polski z Rosją, niż zbliżenie rozentuzjazmowanych, a podzielonych Polaków.
I tak jak bezsensowna była próba wylądowania w technice „na oko” i we mgle z elitą polityczną państwa na pokładzie (takie polskie kamikaze, albo „Polak potrafi”), tak bezsensowna była decyzja kardynała o pochówku na Wawelu.
Szkoda tylko, że nieco w cieniu powyższych turbulencji, pozostał los i rozpacz rodzin po śmierci tylu innych pechowych pasażerów tego Tupolewa 154M.
Ta ostatnia konstatacja obrazuje stan emocji w narodzie po koszmarnym wypadku lotniczym pod Smoleńskiem. Gdyby brać poważnie niektóre telewizyjne wypowiedzi pielgrzymujących do Pałacu Prezydenckiego rodaków, to nastąpił Armageddon i koniec świata, a nasz naród juz nigdy się nie podźwignie w oparciu o tych, którzy pozostali przy życiu. Takich „Polaków” jak, za przeproszeniem, Tusk, czy Komorowski.
Naród, który od szkoły podstawowej w ramach nauki języka polskiego i historii karmiony jest nadmiernie martyrologią rodaków, odsłanianiem coraz to nowych pomników bohaterów walki i męczeństwa, czyli kultem śmierci w obronie ojczyzny (taka polska wersja Dżihadu), wpadł obecnie w psychozę kultu zmarłego prezydenta i jego żony.
Ma sie to nijak do chłodnej oceny jego prezydentury przez społeczeństwo jeszcze miesiąc temu, a więc również do oceny jego jako człowieka (bo w końcu był najpierw człowiekiem a potem prezydentem) za jego doczesnego życia.
Jak wszyscy wiemy, kolejne sondaże nie dawały mu żadnych szans w I jak i w II turze wyborów. Zarzucano mu małostkowość, bierność, złośliwość, psucie wizerunku Polski za granicą itd. itp.
Nie zdołał nawet opanować swojej, nazwijmy to łagodnie, niechęci do premiera, gdy ten po angielsku witał Condoleezzę Rice. Rozumiem, że nie rozumiał co Tusk do niej mówił, ale czy to wystarczy żeby publicznie obśmiewać kolegę-rodaka i premiera Polski ?
Lub aby domagać się reakcji kanclerz Merkel na artykuł o „kartoflach” w prywatnej niemieckiej gazecie ? Można by przytaczać w nieskończoność jego nieudolności, małe i duże złośliwości oraz epitety którymi hojnie obdarzał adwersarzy.
I nagle, po tym tragicznym wypadku lotniczym, media kreują go na Wielkiego Męża Stanu i Męża Opatrznościowego naszego narodu. Człowieka ciepłego i dowcipnego zarazem. Takiego dobrego wujka z Pałacu Prezydenckiego.
Kanał TVP w reportażach przytacza opinie ludzi w rodzaju: „To był jedyny prawdziwy patriota” lub „W katastrofie pod Smoleńskiem straciłam życiowy drogowskaz”. Współczuję tej pani.
W obliczu nagłej i tragicznej śmierci, niektórzy ludzie wyraźnie zatracili wszelkie proporcje. Głosami nieznanych – dotychczas - osób zgłosili parę prezydencką na Wawel, a kardynał Dziwisz bezmyślnie „przyklepał” tę propozycję.
I w ten sposób zamienił okres żałoby w okres polemiki i kontestacji. To przed pogrzebem, a co będzie w następnych dniach, czy tygodniach ? Pojednanie narodu i polityków w następstwie tragicznej śmierci ? Ukulturalnienie debaty politycznej i wprowadzenie jej na tory czysto merytoryczne ?
Wiara w takie następstwa w ogóle, a teraz szczególnie, to chyba krańcowa naiwność.
Już dużo bardziej prawdopodobne jest obecnie zbliżenie Polski z Rosją, niż zbliżenie rozentuzjazmowanych, a podzielonych Polaków.
I tak jak bezsensowna była próba wylądowania w technice „na oko” i we mgle z elitą polityczną państwa na pokładzie (takie polskie kamikaze, albo „Polak potrafi”), tak bezsensowna była decyzja kardynała o pochówku na Wawelu.
Szkoda tylko, że nieco w cieniu powyższych turbulencji, pozostał los i rozpacz rodzin po śmierci tylu innych pechowych pasażerów tego Tupolewa 154M.
niedziela, 11 kwietnia 2010
Polacy. Islamofoby i rasiści ?
W Warszawie ogłoszono, że powstaje nowy meczet.
Budowę finansuje szejk z Arabii Saudyjskiej. Miejsce wybrano historyczne dla Polaków: Reduta Ordona. To wkurzyło nieco warszawiaków i nie tylko ich. Na manifę protestacyjną przyjechali również rodacy z różnych krajów Europy, zaalarmowani tym wydarzeniem. Oczywiście protestujący mieli wielokrotna przewagę liczebną nad zwolennikami budowy (hasła na ich transparentach: Islamofoby !, Rasiści !), ale nie to jest istotą sprawy.
Wyznawców proroka jest u nas niewielu, raptem około 20 tysięcy. To kropla w morzu w porównaniu do Francji (4 miliony), czy Niemiec (3 miliony). Więc to raczej burza w szklance wody. Po co ten protest ? Komu zagraża 20 tysięcy mahometan pragnących uzyskać wreszcie godne warunki do modlitwy i spotkań ? Czy Polacy to „islamofoby” i rasiści ?
Po kolei.
Fakt, że kapitał saudyjski finansuje budowę efektownej, nowoczesnej świątyni moim zdaniem świadczy o tym, że Polska, członek Unii Europejskiej, rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Dopóki Polska była biednym postkomunistycznym krajem, kapitał saudyjski czy omański nie finansował budowy meczetów, chociaż Tatarzy polscy mieszkają tu od ponad 500 lat, są doskonale zintegrowani i przelali w tym czasie wiele własnej krwi w obronie Rzeczpospolitej.
Nawiasem mówiąc, Tatarzy polscy (w końcu tylko mniejszość narodowa) zapisali wyjątkowy i chlubny rozdział naszej historii walki o wolność. Zapewne dlatego wśród protestujących znalazły się transparenty „Tatarzy TAK, Liga Muzułmańska NIE”.
Natomiast w poprzedzających kilkudziesięciu latach „uchodźcy” z krajów islamskich uchodzili głównie do bogatych krajów zachodniej Europy i Australii. Często pod pozorem rzekomych prześladowań w macierzystych krajach. Socjalistyczne administracje na przykład w krajach skandynawskich już od 60tych lat kierując się poprawnością polityczna przyjmowały uchodzących „uchodźców” w imię miłości chrześcijańskiej i solidarności z uciemiężonymi i prześladowanymi. Takim „biedakom” nie wypadało odmawiać prawa do osiedlania się i pomocy finansowej. Gdy którykolwiek z miejscowych polityków protestował przeciwko pochopnemu udzielaniu statusu uchodźcy, szybko okrzyczany był egoistycznym rasistą a z taką nalepką na życiorysie nie mógł marzyc o dalszej karierze. A stopniowo rzesza azylantów spod znaku półksiężyca rosła liczebnie i dysponowała sprytnymi prawnikami, którzy dbali o to, aby żaden „uchodźca” nie został deportowany. Naiwne i zamożne społeczeństwa skandynawskie nie zawracały sobie głowy napływem pojedynczych czarnowłosych przybyszów, a piękne nordyckie blondynki były wręcz zafascynowane smagłymi młodzieńcami.
Pracując wiele lat w Skandynawskich Liniach Lotniczych SAS, poznałem proste i popularne metody „wciskania się” do zamożnej Danii czy Szwecji. Gościu w którymś z islamskich krajów kupował paszport z fałszywą wizą i bilet lotniczy w pakiecie od zawodowego „szmuglera” za parę tysięcy dolarów, na takich samych zasadach jak robią to często np. Czeczeni, Mołdawianie czy Gruzini planując obecnie wyjazdy „turystyczne” do Unii Europejskiej. Przed lądowaniem w Kopenhadze czy Sztokholmie przyszły Skandynaw wyrzucał dokumenty do samolotowego kibla i podczas kontroli paszportowej powtarzał rzekomo jedyne słowo jakie znał: azyl, azyl. Trzeba było sprowadzać na lotnisko tłumaczy, ale nie było od razu wiadomo z jakiego języka. I już sprytny gościu nocował w lotniskowej „przechowalni”. Po rozszyfrowaniu jego kraju pochodzenia pokazywał gest obrazujący poderżnięcie gardła, co miało oznaczać, że to właśnie czekało na niego po ewentualnej deportacji. Wtedy już sprawą zajmowała się prasa polująca na newsa. To nie do wiary, ale skandynawskie władze bojąc się stygmatu rasistowskiego, przerzucały lekkomyślnie i bez komplikacji takich azylantów do obozów przejściowych, co było już przedsionkiem do załatwienia im prawa pobytu.
Skandynawia zaczęła już w latach 60tych uchodzić za raj dla uciemiężonych. I uważała to za zaszczyt i powód do dumy.
Zamożni nordycy (podobnie jak mieszkańcy zachodniej Europy) nie interesowali się tym, że jeden azylant po paru miesiącach przymusowej kwarantanny domagał się połączenia z rodziną, zwykle bardzo liczną. A adwokaci już wyspecjalizowani w obronie interesów kolorowych „biedaków” nauczyli się skutecznie doprowadzać do legalnego już sprowadzania ich krewnych (niehumanitarne jest odmawianie kontaktu z bliskimi), co sprawiało, że po kilku latach jeden azylant stawał się zalążkiem wieloosobowej rodziny. Wszystko na koszt skandynawskiego podatnika.
Azylanci islamscy, aby nie czuć się wyobcowani w nowych miejscach pobytu, uczęszczali na sponsorowaną przez Skandynawów naukę nowego języka (niechętnie) i otrzymywali comiesięczne zasiłki (to był prawdziwy cel ich podróży).
No i potrzebowali miejsc do modlitwy zgodnie ze swoja religią. A że nie dysponowali środkami, trzeba im było sfinansować budowy meczetów. Ewentualna odmowa sponsorowania była natychmiast oprotestowywana i okrzyczana jako przejaw nietolerancji, rasizmu i znieczulicy.
A społeczności islamskie w Skandynawii stopniowo rosły w siłę, tym bardziej, że znani z dużego przyrostu naturalnego powiększali się szybko liczebnie i ci nowo narodzeni stawali się już obywatelami Danii, Norwegii, czy Szwecji. A obywatel, to już o wiele więcej niż uchodźca i ma prawo domagać się i żądać. Oraz z czasem wpływać na politykę swojego nowego kraju.
Od samego też początku tej nowej imigracji powstawać zaczęły w miastach enklawy nędzy, bezrobocia i przestępczości. Enklawy te łączyła obca krajowi gospodarza religia, stopniowo coraz bardziej zradykalizowana i konfrontacyjna. A nic tak bardzo nie dzieli ludzi, jak odmienność religijna. To wiemy, bo więcej ludzi zginęło w wojnach religijnych, niż we wszystkich innych konfliktach zbrojnych.
Z czasem Skandynawia zatraciła swój skandynawski koloryt i obudziła się z obiema rękami w nocniku. Ale to przebudzenie obecnie już nic nie da. Trudno walczyć z własnymi obywatelami.
Pod hasłami tolerancji dla uchodźców i miłosierdzia dla prześladowanych, naiwni i zamożni frajerzy z północy oddali już w dużej mierze swe kraje z niepowtarzalną historia, kulturą i tradycjami we władanie ludziom, którzy z tą historia, kultura i tradycjami nie maja absolutnie nic wspólnego. Że tak powiem, wręcz przeciwnie.
Podobne procesy zaszły już dawno w Niemczech, gdzie miejscowym nie chciało się wykonywać prac fizycznych i sprowadzali sobie tanią siłę robocza z Turcji. Teraz walczą o przetrwanie i zachowanie własnej tożsamości narodowej, a pani kanclerz ostrożnie ostatnio protestuje przeciwko gimnazjom prowadzonym w języku tureckim przez nauczycieli oczywiście nie znających języka niemieckiego, a będących na 2 letnich kontraktach organizacji podległej rządowi tureckiemu.
A administracje miast niemieckich, wychodząc naprzeciw postulatom społeczności nieislamskiej (wciąż jeszcze będącej większością) bardzo nieśmiało zgłaszają zastrzeżenia co do lokalizacji i wielkości planowanych meczetów (w Kolonii wyznawcy Proroka żądali początkowo 60 metrowych minaretów !). Nieśmiało, aby nie zgrzeszyć przeciwko poprawności politycznej i nie uchodzić za nietolerancyjnych spadkobierców faszyzmu. Problemy z ułożeniem sobie właściwych stosunków z mahometanami prześladują kolejne administracje niemieckie, a końca ich nie widać.
Widać natomiast wyraźnie, że napór Islamu na Europę wzrasta z każdym rokiem.
Czy to jest zagrożenie czy szansa ? I jedno i drugie. Dla Europy o korzeniach chrześcijańskich to nowe i szybko postępujące zagrożenie, ale dla Islamu to wielka dziejowa szansa. Szansa na stopniową dominację w tej części świata. I nie ważne, że nastąpi to dopiero za kilkadziesiąt lat. Ale nastąpi na pewno, bo wystarczy porównać rozrodczość wyznawców Islamu w ich nowych ojczyznach z tą europejskich chrześcijan.
Półżartem: to taki bardzo skuteczny, chociaż opóźniony, odwet za „nasze”wyprawy krzyżowe. I za zwycięstwo połączonych armii pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.
Na własne życzenie zamożnej, krótkowzrocznej i naiwnej Europy. Spętanej tzw. poprawnością polityczną, która stanowi swoiste kajdany nałożone na rozum, i instynkt samozachowawczy.
W czasie manify obok placu budowy warszawskiego meczetu, padały często z obu stron identyczne hasła: Tolerancja ! Demokracja ! To piękne słowa. Z tym, ze każda strona rozumie je inaczej.
Chrześcijanie, czy też niewierzący chcieliby tolerancyjnego i humanitarnego Islamu.
Takiego, którego wyznawcy chętnie i łatwo integrują się z obywatelami nowej ojczyzny-gospodarza.
Są otwarci na obyczaje i sposób życia „miejscowych”.
Podobnie jak Polacy w Niemczech, Skandynawii, Skandynawowie w Anglii czy Francji, itd.
Takiego Islamu, który nie powoduje tworzenia zamkniętych enklaw jak bastionów religijnych, gdzie miejscowy Francuz, Duńczyk czy Anglik praktycznie, dla własnego bezpieczeństwa, nie powinien się dzisiaj pojawiać.
Takiego Islamu, który jest religią pojednania a nie konfrontacji z „niewiernymi” kraju-gospodarza.
Takiego, który nie ogłasza fatwy i nie ściga pisarza czy karykaturzysty.
Takiego, który daje równouprawnienie kobietom, i nie ubiera ich w stroje, które przypominają pokrowce na meble. Idea możliwie jak najszczelniejszego zakrywania ciała kobiety jest zupełnie obca w tej części świata i w obecnych czasach.
Tak samo jak obca naszej cywilizacji jest idea gloryfikowania samobójstwa jako metody walki politycznej, rozwiązywania konfliktów, jako symbolu patriotyzmu i skutecznego sposobu pozbywania się „niewiernych”.
Cywilizowany świat chciałby takiego Islamu, który potępia swoich wyznawców mordujących siostry, żony i córki w obronie „honoru” rodziny. Palących szkoły dla dziewcząt, kamienujących na śmierć zgwałcone dziewczęta jako cudzołożnice, okaleczających małe dziewczynki – wszystko w imię Allaha, bo Koran i Szariat to nakazuje.
Tolerancyjny Islam w naszym rozumieniu to przede wszystkim nieuważanie chrześcijan, czy żydów za „niewiernych”. Bo konsekwencją tego jest dążenie do rozszerzania wpływów Islamu środkami, które w rezultacie są zaczynem dla rozwoju terroryzmu.
To że wielu wyznawców Islamu uważa walkę na śmierć i życie z „niewiernymi” za swoją życiową misję i posłannictwo, to nie wymysł rzekomych „islamofobów”. To fakty.
Ataki na ludność cywilną w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie, Biesłanie, Moskwie, Kizlarze itd. to rzeczywistość. A historia prawie z każdym dniem dopisuje do tej listy nowe lokalizacje i nowe zbrodnie.
Islam nawet w czysto islamskich krajach nie jest w stanie wyrzec się stosowania zbrodniczych metod na niespotykaną w Europie skalę. I tak w Iraku szyici mordują codziennie sunnitów, a sunnici szyitów. Czy może więc dziwić traktowanie przez Chrześcijan Islamu jako religii nienawiści i skrajnej nietolerancji ?
Czy w ramach chrześcijaństwa katolicy mordują prawosławnych lub protestantów ? Lub vice versa ?
Różnice w praktycznych metodach podchodzenia do „innych” są aż nadto widoczne w tych dwu religiach w naszych czasach.
Dlatego niech islamscy zwolennicy budowy warszawskiego meczetu nie szermują kompletnie obcymi Islamowi hasłami tolerancji dla siebie. Nie teraz.
W obecnych czasach światowy Islam powinien zorganizować się i usilnie działać w kierunku ucywilizowania „swoich”. Współdziałać z europejskimi i światowymi organami ścigania, aby zapobiegać w zarodku organizowaniu zamachów terrorystycznych. W koordynacji z nimi przenikać skutecznie do islamskich komórek terroru, ponieważ organa wywiadu w naszej części świata mają znacznie utrudnioną możliwość ich penetracji i inwigilacji, ze zrozumiałych powodów etnicznych, kulturowych i językowych.
Niestety, nic takiego obecnie nie ma miejsca. Przeciwnie. W wielu krajach islamskich zbrodnie ekstremistów budzą często nieskrywaną satysfakcję. A najczęściej napotykają na bierne postawy obywateli.
Można to porównać z zupełną biernością Niemców w 30 i 40tych latach w obliczu powszechnej wiedzy o zbrodniach Hitlera i jego ekipy.
Po kolejnym wysadzeniu się „wiernego” w imię obrony wiary i uśmierceniu „niewiernych”, wśród opinii publicznej tamtego świata rozlegają się głosy rejestrowane nawet prze telewizję Al Jazeera: Kolejny raz dowaliliśmy „niewiernym” ! Niech czują naszą potęgę !
Uważam również, że władze naszego kraju (i reszty Europy) winny standardowo uzależniać wydawanie zezwoleń na budowę kolejnych meczetów, udzielaniem zezwoleń na budowę chrześcijańskich świątyń w krajach Islamu. I aprobatą na publiczną działalność ośrodków kultury chrześcijańskiej w ich krajach. Zacznijmy może od Rijadu.
Mam dosyć naszej naiwnej „tolerancji dla innych kultur”, gdy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ropy, Arabia Saudyjska finansuje budowy meczetów i madras w których uczy się nienawiści, a nie udziela żadnych pozwoleń na finansowanie przez Amerykanów czy Europejczyków budowy kościołów, synagog, czy szkół religijnych w których uczono by miłości i prawdziwej tolerancji.
W wyniku handlu ropą Europa pośrednio, ale de facto, finansuje działalność komórek terrorystycznych we własnych krajach. I czynnie wspomaga islamizację tej części świata.
Tolerancja ? Tak, ale w obie strony.
Tylko w taki sposób mogą wyznawcy Islamu „oswoić” do niego Chrześcijan i spowodować, że nasi rodacy z sympatią powitają powstanie kolejnego przybytku islamskiego kultu religijnego.
Niestety, obecnie to wirtualna „pieśń przyszłości”.
Budowę finansuje szejk z Arabii Saudyjskiej. Miejsce wybrano historyczne dla Polaków: Reduta Ordona. To wkurzyło nieco warszawiaków i nie tylko ich. Na manifę protestacyjną przyjechali również rodacy z różnych krajów Europy, zaalarmowani tym wydarzeniem. Oczywiście protestujący mieli wielokrotna przewagę liczebną nad zwolennikami budowy (hasła na ich transparentach: Islamofoby !, Rasiści !), ale nie to jest istotą sprawy.
Wyznawców proroka jest u nas niewielu, raptem około 20 tysięcy. To kropla w morzu w porównaniu do Francji (4 miliony), czy Niemiec (3 miliony). Więc to raczej burza w szklance wody. Po co ten protest ? Komu zagraża 20 tysięcy mahometan pragnących uzyskać wreszcie godne warunki do modlitwy i spotkań ? Czy Polacy to „islamofoby” i rasiści ?
Po kolei.
Fakt, że kapitał saudyjski finansuje budowę efektownej, nowoczesnej świątyni moim zdaniem świadczy o tym, że Polska, członek Unii Europejskiej, rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Dopóki Polska była biednym postkomunistycznym krajem, kapitał saudyjski czy omański nie finansował budowy meczetów, chociaż Tatarzy polscy mieszkają tu od ponad 500 lat, są doskonale zintegrowani i przelali w tym czasie wiele własnej krwi w obronie Rzeczpospolitej.
Nawiasem mówiąc, Tatarzy polscy (w końcu tylko mniejszość narodowa) zapisali wyjątkowy i chlubny rozdział naszej historii walki o wolność. Zapewne dlatego wśród protestujących znalazły się transparenty „Tatarzy TAK, Liga Muzułmańska NIE”.
Natomiast w poprzedzających kilkudziesięciu latach „uchodźcy” z krajów islamskich uchodzili głównie do bogatych krajów zachodniej Europy i Australii. Często pod pozorem rzekomych prześladowań w macierzystych krajach. Socjalistyczne administracje na przykład w krajach skandynawskich już od 60tych lat kierując się poprawnością polityczna przyjmowały uchodzących „uchodźców” w imię miłości chrześcijańskiej i solidarności z uciemiężonymi i prześladowanymi. Takim „biedakom” nie wypadało odmawiać prawa do osiedlania się i pomocy finansowej. Gdy którykolwiek z miejscowych polityków protestował przeciwko pochopnemu udzielaniu statusu uchodźcy, szybko okrzyczany był egoistycznym rasistą a z taką nalepką na życiorysie nie mógł marzyc o dalszej karierze. A stopniowo rzesza azylantów spod znaku półksiężyca rosła liczebnie i dysponowała sprytnymi prawnikami, którzy dbali o to, aby żaden „uchodźca” nie został deportowany. Naiwne i zamożne społeczeństwa skandynawskie nie zawracały sobie głowy napływem pojedynczych czarnowłosych przybyszów, a piękne nordyckie blondynki były wręcz zafascynowane smagłymi młodzieńcami.
Pracując wiele lat w Skandynawskich Liniach Lotniczych SAS, poznałem proste i popularne metody „wciskania się” do zamożnej Danii czy Szwecji. Gościu w którymś z islamskich krajów kupował paszport z fałszywą wizą i bilet lotniczy w pakiecie od zawodowego „szmuglera” za parę tysięcy dolarów, na takich samych zasadach jak robią to często np. Czeczeni, Mołdawianie czy Gruzini planując obecnie wyjazdy „turystyczne” do Unii Europejskiej. Przed lądowaniem w Kopenhadze czy Sztokholmie przyszły Skandynaw wyrzucał dokumenty do samolotowego kibla i podczas kontroli paszportowej powtarzał rzekomo jedyne słowo jakie znał: azyl, azyl. Trzeba było sprowadzać na lotnisko tłumaczy, ale nie było od razu wiadomo z jakiego języka. I już sprytny gościu nocował w lotniskowej „przechowalni”. Po rozszyfrowaniu jego kraju pochodzenia pokazywał gest obrazujący poderżnięcie gardła, co miało oznaczać, że to właśnie czekało na niego po ewentualnej deportacji. Wtedy już sprawą zajmowała się prasa polująca na newsa. To nie do wiary, ale skandynawskie władze bojąc się stygmatu rasistowskiego, przerzucały lekkomyślnie i bez komplikacji takich azylantów do obozów przejściowych, co było już przedsionkiem do załatwienia im prawa pobytu.
Skandynawia zaczęła już w latach 60tych uchodzić za raj dla uciemiężonych. I uważała to za zaszczyt i powód do dumy.
Zamożni nordycy (podobnie jak mieszkańcy zachodniej Europy) nie interesowali się tym, że jeden azylant po paru miesiącach przymusowej kwarantanny domagał się połączenia z rodziną, zwykle bardzo liczną. A adwokaci już wyspecjalizowani w obronie interesów kolorowych „biedaków” nauczyli się skutecznie doprowadzać do legalnego już sprowadzania ich krewnych (niehumanitarne jest odmawianie kontaktu z bliskimi), co sprawiało, że po kilku latach jeden azylant stawał się zalążkiem wieloosobowej rodziny. Wszystko na koszt skandynawskiego podatnika.
Azylanci islamscy, aby nie czuć się wyobcowani w nowych miejscach pobytu, uczęszczali na sponsorowaną przez Skandynawów naukę nowego języka (niechętnie) i otrzymywali comiesięczne zasiłki (to był prawdziwy cel ich podróży).
No i potrzebowali miejsc do modlitwy zgodnie ze swoja religią. A że nie dysponowali środkami, trzeba im było sfinansować budowy meczetów. Ewentualna odmowa sponsorowania była natychmiast oprotestowywana i okrzyczana jako przejaw nietolerancji, rasizmu i znieczulicy.
A społeczności islamskie w Skandynawii stopniowo rosły w siłę, tym bardziej, że znani z dużego przyrostu naturalnego powiększali się szybko liczebnie i ci nowo narodzeni stawali się już obywatelami Danii, Norwegii, czy Szwecji. A obywatel, to już o wiele więcej niż uchodźca i ma prawo domagać się i żądać. Oraz z czasem wpływać na politykę swojego nowego kraju.
Od samego też początku tej nowej imigracji powstawać zaczęły w miastach enklawy nędzy, bezrobocia i przestępczości. Enklawy te łączyła obca krajowi gospodarza religia, stopniowo coraz bardziej zradykalizowana i konfrontacyjna. A nic tak bardzo nie dzieli ludzi, jak odmienność religijna. To wiemy, bo więcej ludzi zginęło w wojnach religijnych, niż we wszystkich innych konfliktach zbrojnych.
Z czasem Skandynawia zatraciła swój skandynawski koloryt i obudziła się z obiema rękami w nocniku. Ale to przebudzenie obecnie już nic nie da. Trudno walczyć z własnymi obywatelami.
Pod hasłami tolerancji dla uchodźców i miłosierdzia dla prześladowanych, naiwni i zamożni frajerzy z północy oddali już w dużej mierze swe kraje z niepowtarzalną historia, kulturą i tradycjami we władanie ludziom, którzy z tą historia, kultura i tradycjami nie maja absolutnie nic wspólnego. Że tak powiem, wręcz przeciwnie.
Podobne procesy zaszły już dawno w Niemczech, gdzie miejscowym nie chciało się wykonywać prac fizycznych i sprowadzali sobie tanią siłę robocza z Turcji. Teraz walczą o przetrwanie i zachowanie własnej tożsamości narodowej, a pani kanclerz ostrożnie ostatnio protestuje przeciwko gimnazjom prowadzonym w języku tureckim przez nauczycieli oczywiście nie znających języka niemieckiego, a będących na 2 letnich kontraktach organizacji podległej rządowi tureckiemu.
A administracje miast niemieckich, wychodząc naprzeciw postulatom społeczności nieislamskiej (wciąż jeszcze będącej większością) bardzo nieśmiało zgłaszają zastrzeżenia co do lokalizacji i wielkości planowanych meczetów (w Kolonii wyznawcy Proroka żądali początkowo 60 metrowych minaretów !). Nieśmiało, aby nie zgrzeszyć przeciwko poprawności politycznej i nie uchodzić za nietolerancyjnych spadkobierców faszyzmu. Problemy z ułożeniem sobie właściwych stosunków z mahometanami prześladują kolejne administracje niemieckie, a końca ich nie widać.
Widać natomiast wyraźnie, że napór Islamu na Europę wzrasta z każdym rokiem.
Czy to jest zagrożenie czy szansa ? I jedno i drugie. Dla Europy o korzeniach chrześcijańskich to nowe i szybko postępujące zagrożenie, ale dla Islamu to wielka dziejowa szansa. Szansa na stopniową dominację w tej części świata. I nie ważne, że nastąpi to dopiero za kilkadziesiąt lat. Ale nastąpi na pewno, bo wystarczy porównać rozrodczość wyznawców Islamu w ich nowych ojczyznach z tą europejskich chrześcijan.
Półżartem: to taki bardzo skuteczny, chociaż opóźniony, odwet za „nasze”wyprawy krzyżowe. I za zwycięstwo połączonych armii pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.
Na własne życzenie zamożnej, krótkowzrocznej i naiwnej Europy. Spętanej tzw. poprawnością polityczną, która stanowi swoiste kajdany nałożone na rozum, i instynkt samozachowawczy.
W czasie manify obok placu budowy warszawskiego meczetu, padały często z obu stron identyczne hasła: Tolerancja ! Demokracja ! To piękne słowa. Z tym, ze każda strona rozumie je inaczej.
Chrześcijanie, czy też niewierzący chcieliby tolerancyjnego i humanitarnego Islamu.
Takiego, którego wyznawcy chętnie i łatwo integrują się z obywatelami nowej ojczyzny-gospodarza.
Są otwarci na obyczaje i sposób życia „miejscowych”.
Podobnie jak Polacy w Niemczech, Skandynawii, Skandynawowie w Anglii czy Francji, itd.
Takiego Islamu, który nie powoduje tworzenia zamkniętych enklaw jak bastionów religijnych, gdzie miejscowy Francuz, Duńczyk czy Anglik praktycznie, dla własnego bezpieczeństwa, nie powinien się dzisiaj pojawiać.
Takiego Islamu, który jest religią pojednania a nie konfrontacji z „niewiernymi” kraju-gospodarza.
Takiego, który nie ogłasza fatwy i nie ściga pisarza czy karykaturzysty.
Takiego, który daje równouprawnienie kobietom, i nie ubiera ich w stroje, które przypominają pokrowce na meble. Idea możliwie jak najszczelniejszego zakrywania ciała kobiety jest zupełnie obca w tej części świata i w obecnych czasach.
Tak samo jak obca naszej cywilizacji jest idea gloryfikowania samobójstwa jako metody walki politycznej, rozwiązywania konfliktów, jako symbolu patriotyzmu i skutecznego sposobu pozbywania się „niewiernych”.
Cywilizowany świat chciałby takiego Islamu, który potępia swoich wyznawców mordujących siostry, żony i córki w obronie „honoru” rodziny. Palących szkoły dla dziewcząt, kamienujących na śmierć zgwałcone dziewczęta jako cudzołożnice, okaleczających małe dziewczynki – wszystko w imię Allaha, bo Koran i Szariat to nakazuje.
Tolerancyjny Islam w naszym rozumieniu to przede wszystkim nieuważanie chrześcijan, czy żydów za „niewiernych”. Bo konsekwencją tego jest dążenie do rozszerzania wpływów Islamu środkami, które w rezultacie są zaczynem dla rozwoju terroryzmu.
To że wielu wyznawców Islamu uważa walkę na śmierć i życie z „niewiernymi” za swoją życiową misję i posłannictwo, to nie wymysł rzekomych „islamofobów”. To fakty.
Ataki na ludność cywilną w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie, Biesłanie, Moskwie, Kizlarze itd. to rzeczywistość. A historia prawie z każdym dniem dopisuje do tej listy nowe lokalizacje i nowe zbrodnie.
Islam nawet w czysto islamskich krajach nie jest w stanie wyrzec się stosowania zbrodniczych metod na niespotykaną w Europie skalę. I tak w Iraku szyici mordują codziennie sunnitów, a sunnici szyitów. Czy może więc dziwić traktowanie przez Chrześcijan Islamu jako religii nienawiści i skrajnej nietolerancji ?
Czy w ramach chrześcijaństwa katolicy mordują prawosławnych lub protestantów ? Lub vice versa ?
Różnice w praktycznych metodach podchodzenia do „innych” są aż nadto widoczne w tych dwu religiach w naszych czasach.
Dlatego niech islamscy zwolennicy budowy warszawskiego meczetu nie szermują kompletnie obcymi Islamowi hasłami tolerancji dla siebie. Nie teraz.
W obecnych czasach światowy Islam powinien zorganizować się i usilnie działać w kierunku ucywilizowania „swoich”. Współdziałać z europejskimi i światowymi organami ścigania, aby zapobiegać w zarodku organizowaniu zamachów terrorystycznych. W koordynacji z nimi przenikać skutecznie do islamskich komórek terroru, ponieważ organa wywiadu w naszej części świata mają znacznie utrudnioną możliwość ich penetracji i inwigilacji, ze zrozumiałych powodów etnicznych, kulturowych i językowych.
Niestety, nic takiego obecnie nie ma miejsca. Przeciwnie. W wielu krajach islamskich zbrodnie ekstremistów budzą często nieskrywaną satysfakcję. A najczęściej napotykają na bierne postawy obywateli.
Można to porównać z zupełną biernością Niemców w 30 i 40tych latach w obliczu powszechnej wiedzy o zbrodniach Hitlera i jego ekipy.
Po kolejnym wysadzeniu się „wiernego” w imię obrony wiary i uśmierceniu „niewiernych”, wśród opinii publicznej tamtego świata rozlegają się głosy rejestrowane nawet prze telewizję Al Jazeera: Kolejny raz dowaliliśmy „niewiernym” ! Niech czują naszą potęgę !
Uważam również, że władze naszego kraju (i reszty Europy) winny standardowo uzależniać wydawanie zezwoleń na budowę kolejnych meczetów, udzielaniem zezwoleń na budowę chrześcijańskich świątyń w krajach Islamu. I aprobatą na publiczną działalność ośrodków kultury chrześcijańskiej w ich krajach. Zacznijmy może od Rijadu.
Mam dosyć naszej naiwnej „tolerancji dla innych kultur”, gdy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ropy, Arabia Saudyjska finansuje budowy meczetów i madras w których uczy się nienawiści, a nie udziela żadnych pozwoleń na finansowanie przez Amerykanów czy Europejczyków budowy kościołów, synagog, czy szkół religijnych w których uczono by miłości i prawdziwej tolerancji.
W wyniku handlu ropą Europa pośrednio, ale de facto, finansuje działalność komórek terrorystycznych we własnych krajach. I czynnie wspomaga islamizację tej części świata.
Tolerancja ? Tak, ale w obie strony.
Tylko w taki sposób mogą wyznawcy Islamu „oswoić” do niego Chrześcijan i spowodować, że nasi rodacy z sympatią powitają powstanie kolejnego przybytku islamskiego kultu religijnego.
Niestety, obecnie to wirtualna „pieśń przyszłości”.
środa, 3 lutego 2010
„Tęsknię za tobą, Żydzie !”
To nowa akcja ambitnego artysty-plastyka Rafała Betlejewskiego, którą, jak pisze prasa, właśnie rozpoczął.
Polega na malowaniu na murach miast wielometrowych napisów „Tęsknię za tobą, Żydzie !”.
Gdy malował na Powiślu, zatrzymała go policja pod zarzutem szerzenia antysemickich treści. (?!)
Jest to jedna z wielu akcji, które różni plastycy inicjują aby zaistnieć medialnie. Taki marketing artystyczny z przesłaniem. Z tym, że temat wybrany przez Betlejewskiego to Żydzi, a okazja to Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu.
A Żydzi to temat w Polsce, jak by to określiła prasa komunistyczna, „nabolały”.
I to od kiedy sięga pamięć najstarszych Polaków.
Polaków ?
A polscy Żydzi to nie Polacy ? A kto decyduje o tym kto jest Polakiem ? Nie chodzi tu oczywiście o obywatelstwo, bo to jest oczywiste. Ale kto jest POLAKIEM ?
Czy ja, z pochodzenia Tatar, jestem Polakiem ? Moi przodkowie są w Polsce od XVI wieku, ale czy to wystarczy, żeby uważano mnie za Polaka ?
Jeżeli tak, to dlaczego Żydzi, oraz ich sympatycy, jak uważa m. in. motłoch na stadionach piłkarskich, czy policjanci którzy zatrzymali Betlejewskiego, powinni spier... do Izraela ?
Więc może i ja do Tatarstanu ? Na szczęście motłoch póki co nie zabrał się za „naszych”.
To niesamowite, jak emocjonalnie reaguje nasz naród na słowo „Żyd”. Widać, że to nie Stany, czy parę innych cywilizowanych krajów, np. Argentyna czy Urugwaj.
Przy czym Żyd, według naszego motłochu, to nie tylko obywatel Izraela, ale ktokolwiek, kto wydaje się nam wredny lub podejrzany. Lub ma tzw. dziwne nazwisko. Mogą to być również członkowie innej niż „nasza” drużyny piłkarskiej i to nie tylko z innego miasta, ale również z naszego. Pełen obłęd.
Przypomina to jako żywo czasy Ustaw Norymberskich z 1935 roku i powiedzenie przypisywane Goeringowi : Wer bei mir Jude ist, bestimme ich! - czyli, ja decyduje o tym kto jest Żydem.
(Na marginesie: faktycznie powiedzenie to pochodzi od Dr Karla Luegera, słynnego burmistrza Wiednia z przełomu XIX i XX wieku i miało nieco inny kontekst polityczny. Lueger twierdził z rozbrajającą szczerością, że antysemityzm jest świetnym narzędziem awansu politycznego, ale gdy już osiągnie się swoje cele, nie służy niczemu, jest tylko sportem motłochu. Dlatego Hitler z początku podziwiał antysemityzm Luegera, ale w końcu doszedł do wniosku, że był to antysemityzm na niby. I tak z bezkrwawego przeistoczył się w największą zbrodnię w dziejach ludzkości, co powinno wszystkim dawać do myślenia).
Czy to, że w piećdziesiątych latach XX wieku pracując w bezpiece mordowali Polaków-Goi skazuje wszystkich Polaków pochodzenia żydowskiego na wieczne potępienie ?
Jeżeli tak, to dlaczego tak usilnie staramy się robić dobre geszefty z Niemcami ? I tak licznie pracujemy w niemieckich firmach. W niepodległej przecież Polsce i w Niemczech. Gdzie tu logika ?
Zwykle nie lubimy tego przed czym mamy obawy, albo czego dobrze nie znamy, albo przed czymś, co jest nam obce. A Żydów się boimy, bo mogliby nas wykupić i zrobić z nas niewolników – wielu Polaków ma to w podświadomości. Gołym okiem widać jak ta wszędzie mniejszość kontroluje dużą część światowych mediów, bryluje w kulturze, finansach itd. - od zawsze.
Do tego stopnia się obawiamy, że wypatrujemy Żyda w każdym, kto nam nie odpowiada. Jeżeli gdzieś podejrzewamy spisek, to z pewnością stoją za nim Żydzi. Nie twierdzę, że tak czasem nie jest, ale to wynika z wielu czynników – chcą przetrwać jak najlepiej, wszędzie będąc mniejszością.
A są często bystrzejsi i bardziej solidarni niż Goje. Czy dlatego mamy ich nienawidzieć ?
Jeżeli uważamy, że jesteśmy gorsi, czy głupsi, czy mniej solidarni, to pewnie nic innego nam nie pozostaje. Nasza niechęć jest wtedy oznaką naszej słabości.
A co myśleć o Żydach, którzy robią w bambuko innych Żydów ? Madoff przecież oszukał na gigantyczne sumy mnóstwo prominentnych Żydów na całym świecie. I dodatkowo zrobił z nich publicznie idiotów. Czy może wróg naszych wrogów jest wtedy naszym przyjacielem ?
Każdy facet nieco zaawansowany intelektualnie staje do codziennej walki o przetrwanie z Żydem, Niemcem, czy za przeproszeniem, Francuzem. Oraz innym Polakiem. Bez kompleksów. To jest normalne życie samca na tej ziemi.
Jak więc ocenić Betlejewskiego malowanie napisów na murach naszych miast ?
Ja to oceniam tak samo jak graffiti, które brudzą czasami świeżo odmalowane ściany. I tyle. Lepsze to niż wulgarne słowa, które pokazują tylko chamstwo piszącego.
Jeżeli jednak gościu chce wyrazić swoją prawdziwą tęsknotę wizualnie, niech lepiej wykupi duuuuże ogłoszenie w Wyborczej. Albo w Naszym Dzienniku.
Polega na malowaniu na murach miast wielometrowych napisów „Tęsknię za tobą, Żydzie !”.
Gdy malował na Powiślu, zatrzymała go policja pod zarzutem szerzenia antysemickich treści. (?!)
Jest to jedna z wielu akcji, które różni plastycy inicjują aby zaistnieć medialnie. Taki marketing artystyczny z przesłaniem. Z tym, że temat wybrany przez Betlejewskiego to Żydzi, a okazja to Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu.
A Żydzi to temat w Polsce, jak by to określiła prasa komunistyczna, „nabolały”.
I to od kiedy sięga pamięć najstarszych Polaków.
Polaków ?
A polscy Żydzi to nie Polacy ? A kto decyduje o tym kto jest Polakiem ? Nie chodzi tu oczywiście o obywatelstwo, bo to jest oczywiste. Ale kto jest POLAKIEM ?
Czy ja, z pochodzenia Tatar, jestem Polakiem ? Moi przodkowie są w Polsce od XVI wieku, ale czy to wystarczy, żeby uważano mnie za Polaka ?
Jeżeli tak, to dlaczego Żydzi, oraz ich sympatycy, jak uważa m. in. motłoch na stadionach piłkarskich, czy policjanci którzy zatrzymali Betlejewskiego, powinni spier... do Izraela ?
Więc może i ja do Tatarstanu ? Na szczęście motłoch póki co nie zabrał się za „naszych”.
To niesamowite, jak emocjonalnie reaguje nasz naród na słowo „Żyd”. Widać, że to nie Stany, czy parę innych cywilizowanych krajów, np. Argentyna czy Urugwaj.
Przy czym Żyd, według naszego motłochu, to nie tylko obywatel Izraela, ale ktokolwiek, kto wydaje się nam wredny lub podejrzany. Lub ma tzw. dziwne nazwisko. Mogą to być również członkowie innej niż „nasza” drużyny piłkarskiej i to nie tylko z innego miasta, ale również z naszego. Pełen obłęd.
Przypomina to jako żywo czasy Ustaw Norymberskich z 1935 roku i powiedzenie przypisywane Goeringowi : Wer bei mir Jude ist, bestimme ich! - czyli, ja decyduje o tym kto jest Żydem.
(Na marginesie: faktycznie powiedzenie to pochodzi od Dr Karla Luegera, słynnego burmistrza Wiednia z przełomu XIX i XX wieku i miało nieco inny kontekst polityczny. Lueger twierdził z rozbrajającą szczerością, że antysemityzm jest świetnym narzędziem awansu politycznego, ale gdy już osiągnie się swoje cele, nie służy niczemu, jest tylko sportem motłochu. Dlatego Hitler z początku podziwiał antysemityzm Luegera, ale w końcu doszedł do wniosku, że był to antysemityzm na niby. I tak z bezkrwawego przeistoczył się w największą zbrodnię w dziejach ludzkości, co powinno wszystkim dawać do myślenia).
Czy to, że w piećdziesiątych latach XX wieku pracując w bezpiece mordowali Polaków-Goi skazuje wszystkich Polaków pochodzenia żydowskiego na wieczne potępienie ?
Jeżeli tak, to dlaczego tak usilnie staramy się robić dobre geszefty z Niemcami ? I tak licznie pracujemy w niemieckich firmach. W niepodległej przecież Polsce i w Niemczech. Gdzie tu logika ?
Zwykle nie lubimy tego przed czym mamy obawy, albo czego dobrze nie znamy, albo przed czymś, co jest nam obce. A Żydów się boimy, bo mogliby nas wykupić i zrobić z nas niewolników – wielu Polaków ma to w podświadomości. Gołym okiem widać jak ta wszędzie mniejszość kontroluje dużą część światowych mediów, bryluje w kulturze, finansach itd. - od zawsze.
Do tego stopnia się obawiamy, że wypatrujemy Żyda w każdym, kto nam nie odpowiada. Jeżeli gdzieś podejrzewamy spisek, to z pewnością stoją za nim Żydzi. Nie twierdzę, że tak czasem nie jest, ale to wynika z wielu czynników – chcą przetrwać jak najlepiej, wszędzie będąc mniejszością.
A są często bystrzejsi i bardziej solidarni niż Goje. Czy dlatego mamy ich nienawidzieć ?
Jeżeli uważamy, że jesteśmy gorsi, czy głupsi, czy mniej solidarni, to pewnie nic innego nam nie pozostaje. Nasza niechęć jest wtedy oznaką naszej słabości.
A co myśleć o Żydach, którzy robią w bambuko innych Żydów ? Madoff przecież oszukał na gigantyczne sumy mnóstwo prominentnych Żydów na całym świecie. I dodatkowo zrobił z nich publicznie idiotów. Czy może wróg naszych wrogów jest wtedy naszym przyjacielem ?
Każdy facet nieco zaawansowany intelektualnie staje do codziennej walki o przetrwanie z Żydem, Niemcem, czy za przeproszeniem, Francuzem. Oraz innym Polakiem. Bez kompleksów. To jest normalne życie samca na tej ziemi.
Jak więc ocenić Betlejewskiego malowanie napisów na murach naszych miast ?
Ja to oceniam tak samo jak graffiti, które brudzą czasami świeżo odmalowane ściany. I tyle. Lepsze to niż wulgarne słowa, które pokazują tylko chamstwo piszącego.
Jeżeli jednak gościu chce wyrazić swoją prawdziwą tęsknotę wizualnie, niech lepiej wykupi duuuuże ogłoszenie w Wyborczej. Albo w Naszym Dzienniku.
sobota, 19 grudnia 2009
Understatement of the Year
czyli niedomówienie roku. To angielskie określenie przyszło mi natychmiast do głowy, gdy oglądając wywiad Moniki Olejnik z gen. Jaruzelskim usłyszałem jego wyznanie, że nigdy nie był rusofobem. Uff, nigdy też bym go o to nie posądzał. Pamiętam tamte ciekawe czasy i naszego bohatera-patriotę, który głosi że uratował Polskę przed większym złem.
To ciekawe, bo w tamtych czasach Polacy postrzegali właśnie komunę jako największe zło i dlatego z nią próbowali walczyć, zresztą już od samego końca drugiej wojny. Dla generała zaś nasze największe zło było największym dobrem, którego bronił przez całe swoje dojrzałe życie. Jego dobro opierało się na wiernej służbie Wielkiemu Bratu ze wschodu, kosztem interesów Polaków.
Dzisiaj, w 20 lat po zmianie systemu generał może bezkarnie opowiadać bzdury o swojej niezależnej pozycji jako zwierzchnika sił zbrojnych PRLu, ale w tamtych czasach wszystkie decyzje albo podejmował za niego Kreml, albo jego propozycje opiniował oraz potwierdzał.
Pamiętam hasło z tamtych ponurych czasów: Przyjaźń Pomoc Przykład ZSRR.
Rozumiem tamten stres generała spowodowany niepewnością, czy aby uda mu się przeprowadzić efektywnie i efektownie gwałt na własnym narodzie wprowadzając stan wojenny. Dlatego, pragmatykiem będąc, starał się zapewnić sobie bratnią pomoc w przypadku ewentualnych problemów z ludem pracującym miast i wsi oraz z choćby kilku jednostkami wojskowymi, które „zdezorientowane przez dowódców-wichrzycieli” poparłyby ten lud.
Gdyby ta pomoc nadeszła, „radzieccy” ponieśliby w rezultacie historyczną odpowiedzialność za ewentualną masakrę Polaków wynikającą z bratniej interwencji. A generał dalej uchodziłby za patriotę, któremu nie udało się opanować i uratować „zdezorientowanego” narodu. „Radzieccy” nie dali się jednak wpuścić w maliny i odmówili aktywnej obrony posad takich panów jak ci dzisiejsi goście telewizji TVN.
Bo tego samego dnia miałem okazję oglądać również wywiad z magistrem-prezydentem dwu kadencji.
Ten wygadany i śliski aparatczyk-propagandzista wychowany wśród kolegów- komuchów dał popis swojej wyjątkowej bezczelności próbując wmówić zakłopotanej nieco Justynie Pochanke, że gdyby nie stan wojenny, to nie byłoby ani TVNu ani pracy dla tej pani. Wszystko co dzisiaj dobrego mamy – twierdzi „magister” - zawdzięczamy generałowi, który przechytrzył władców na Kremlu. Uau, jak mówi dzisiaj nasza młodzież.
Ja myślę, że błędem jest zapraszanie do studia TV takich ludzi. Nic nowego nie wnoszą poza kłamliwymi frazesami. Nie mają wyjścia - zawsze będą bronić swoich komuszych życiorysów.
I umacniać w społeczeństwie wiarę, że byli zawsze niezależni, odważni i patriotyczni.
Tak jakby to oni przywrócili nam wolność i demokrację z własnej i nieprzymuszonej woli.
Do diabła ! Nie dajmy się zwariować ! Przecież ludzie w Polsce prowadzili przez cały okres „ograniczonej suwerenności” ofiarną walkę o wolność, łamano ich kariery, marnowano ich najlepsze lata w więzieniach lub mordowano, podczas gdy ci obecni goście telewizyjni posłusznie głosząc „nierozerwalną przyjaźń z narodami radzieckimi”, cieszyli się przywilejami i władzą z nadania obcego mocarstwa.
Jeżeli generałowie radzieccy twierdzą, że generał Jaruzelski prosił o bratnią pomoc, to widocznie tak było. Oni nie mają dzisiaj żadnego interesu, aby kłamać. Żadnego.
A generał i były prezio-magister jak najbardziej.
I nawet się nie dziwię, że w polskiej opinii publicznej generał cieszy się poparciem, szczególnie wśród młodszego pokolenia. Jest wiekowy, wygląda dostojnie, jest schorowany, mówi stale o swoim patriotyzmie – jak takiego sympatycznego dziadka nie szanować ?
Toć Pinochet u schyłku życia również miał znaczne poparcie w Chile – też był wiekowy i schorowany, wyglądał dostojnie, poruszał się na wózku i mówił o swojej miłości do ojczyzny.
Upływ czasu stępia ostrość spojrzenia.
A nasz naród ? Duża część zapomina, a reszta olewa. W końcu stan wojenny i tak dla prawie nikogo nie ma już dzisiaj znaczenia.
To ciekawe, bo w tamtych czasach Polacy postrzegali właśnie komunę jako największe zło i dlatego z nią próbowali walczyć, zresztą już od samego końca drugiej wojny. Dla generała zaś nasze największe zło było największym dobrem, którego bronił przez całe swoje dojrzałe życie. Jego dobro opierało się na wiernej służbie Wielkiemu Bratu ze wschodu, kosztem interesów Polaków.
Dzisiaj, w 20 lat po zmianie systemu generał może bezkarnie opowiadać bzdury o swojej niezależnej pozycji jako zwierzchnika sił zbrojnych PRLu, ale w tamtych czasach wszystkie decyzje albo podejmował za niego Kreml, albo jego propozycje opiniował oraz potwierdzał.
Pamiętam hasło z tamtych ponurych czasów: Przyjaźń Pomoc Przykład ZSRR.
Rozumiem tamten stres generała spowodowany niepewnością, czy aby uda mu się przeprowadzić efektywnie i efektownie gwałt na własnym narodzie wprowadzając stan wojenny. Dlatego, pragmatykiem będąc, starał się zapewnić sobie bratnią pomoc w przypadku ewentualnych problemów z ludem pracującym miast i wsi oraz z choćby kilku jednostkami wojskowymi, które „zdezorientowane przez dowódców-wichrzycieli” poparłyby ten lud.
Gdyby ta pomoc nadeszła, „radzieccy” ponieśliby w rezultacie historyczną odpowiedzialność za ewentualną masakrę Polaków wynikającą z bratniej interwencji. A generał dalej uchodziłby za patriotę, któremu nie udało się opanować i uratować „zdezorientowanego” narodu. „Radzieccy” nie dali się jednak wpuścić w maliny i odmówili aktywnej obrony posad takich panów jak ci dzisiejsi goście telewizji TVN.
Bo tego samego dnia miałem okazję oglądać również wywiad z magistrem-prezydentem dwu kadencji.
Ten wygadany i śliski aparatczyk-propagandzista wychowany wśród kolegów- komuchów dał popis swojej wyjątkowej bezczelności próbując wmówić zakłopotanej nieco Justynie Pochanke, że gdyby nie stan wojenny, to nie byłoby ani TVNu ani pracy dla tej pani. Wszystko co dzisiaj dobrego mamy – twierdzi „magister” - zawdzięczamy generałowi, który przechytrzył władców na Kremlu. Uau, jak mówi dzisiaj nasza młodzież.
Ja myślę, że błędem jest zapraszanie do studia TV takich ludzi. Nic nowego nie wnoszą poza kłamliwymi frazesami. Nie mają wyjścia - zawsze będą bronić swoich komuszych życiorysów.
I umacniać w społeczeństwie wiarę, że byli zawsze niezależni, odważni i patriotyczni.
Tak jakby to oni przywrócili nam wolność i demokrację z własnej i nieprzymuszonej woli.
Do diabła ! Nie dajmy się zwariować ! Przecież ludzie w Polsce prowadzili przez cały okres „ograniczonej suwerenności” ofiarną walkę o wolność, łamano ich kariery, marnowano ich najlepsze lata w więzieniach lub mordowano, podczas gdy ci obecni goście telewizyjni posłusznie głosząc „nierozerwalną przyjaźń z narodami radzieckimi”, cieszyli się przywilejami i władzą z nadania obcego mocarstwa.
Jeżeli generałowie radzieccy twierdzą, że generał Jaruzelski prosił o bratnią pomoc, to widocznie tak było. Oni nie mają dzisiaj żadnego interesu, aby kłamać. Żadnego.
A generał i były prezio-magister jak najbardziej.
I nawet się nie dziwię, że w polskiej opinii publicznej generał cieszy się poparciem, szczególnie wśród młodszego pokolenia. Jest wiekowy, wygląda dostojnie, jest schorowany, mówi stale o swoim patriotyzmie – jak takiego sympatycznego dziadka nie szanować ?
Toć Pinochet u schyłku życia również miał znaczne poparcie w Chile – też był wiekowy i schorowany, wyglądał dostojnie, poruszał się na wózku i mówił o swojej miłości do ojczyzny.
Upływ czasu stępia ostrość spojrzenia.
A nasz naród ? Duża część zapomina, a reszta olewa. W końcu stan wojenny i tak dla prawie nikogo nie ma już dzisiaj znaczenia.
środa, 11 listopada 2009
USA – update do przemocy z akcentem antykryzysowym
Już jakiś czas po napisaniu poprzedniego tekstu o przemocy nastąpiły głośne wydarzenia, które niestety nawiązują bezpośrednio do tytułowego zagadnienia. Jak to się mówi, stanowią jego update.
A oto ich kalendarium.
5 listopada. Fort Hood w Teksasie – strzelał 39 letni wojskowy psychiatra (!), zabił 13 nieznanych sobie kolegów, ranił 30, oddał około 100 strzałów, strzelał ze swojej prywatnej broni: półautomatycznego pistoletu oraz rewolweru Magnum. Oddałby niewątpliwie więcej strzałów, gdyby sam nie został postrzelony – miał w kieszeniach jeszcze wiele pełnych magazynków.
Psychiatra – zawsze uważałem, że to podejrzany zawód.
6 listopada. Orlando, Floryda - 40 letni facet, mający poważne problemy finansowe zastrzelił nieznanego sobie człowieka w swoim poprzednim miejscu pracy. Ranił 5 osób.
Bo go firma zwolniła, a koledzy zostawili bez pomocy. W ten sposób chciał ich nauczyć empatii...
7 listopada. Amarillo, Teksas – 25 letni mężczyzna rabując kasę baru zastrzelił 28 letniego brytyjskiego turystę, który odwiedził to miasto wyłącznie z powodu swojej ulubionej piosenki „Is this the way to Amarillo”... Smutny to koniec sentymentalnego miłośnika starego przeboju.
A tak na marginesie, pamiętam że jako człowiek mający czasami dziwne pomysły, a będąc kiedyś przejazdem w hiszpańskim mieście Malaga, chciałem zjeść danie, które było popularne w Polsce za komuny: indyk w maladze. I zjadłem wreszcie kawałek tego ptaka w którejś knajpie. Nie było to smaczne, ale przynajmniej nikt tam nie strzelał. To w końcu Europa.
I na koniec tego update'u interesująca i specyficzna dla USA wiadomość o charakterze ogólnym. Podczas gdy w Europie Zachodniej mamy do czynienia z dawno niespotykanym boomem w sprzedaży nowych samochodów - w Niemczech wzrost sprzedaży w październiku przekroczył 24%, we Francji 20%, w Hiszpanii 25%, w Zjednoczonym Królestwie 32% - w USA trwa niespotykany od lat boom na broń i amunicję.
W roku w którym w tym kraju rośnie wciąż liczba bezrobotnych i panuje dalej ostry kryzys gospodarczy, bite są co miesiąc rekordy sprzedaży tych, jak widać, artykułów pierwszej potrzeby.
Sklepy z amunicją pustoszeją, bo fabryki nie nadążają z produkcją. W bieżącym roku posiadacze broni zakupili już 12 miliardów sztuk amunicji (przeciętnie kupują 7 do 10 mld). Statystycznie biorąc to 38 sztuk na jednego obywatela, bez względu na wiek. Kupili by jeszcze więcej, gdyby na rynku nie było tzw. „przejściowych trudności w zaopatrzeniu”. Producenci amunicji usprawiedliwiają te trudności faktem, że wojny w Iraku i Afganistanie pochłaniają wielkie ilości miedzi i mosiądzu.
Skąd się wziął ten boom ? Jak za komuny nazywali to nasi politycy, gdy ludzie wykupywali ze sklepów mąkę i cukier, zadziałała tu „stugębna plotka”. Mówi się w USA, że obecna administracja Obamy rzekomo nosi się z zamiarem wprowadzenia ograniczeń w zakupie broni i amunicji, a może też wzrosną również ich ceny. To spowodowało prawie panikę, bo Amerykanie kupują teraz amunicję również o kalibrach do których jeszcze nie posiadają broni – że niby jak kupią kiedyś nową „klamkę”, to może być kłopot z naładowaniem magazynków...
W mojej ukochanej ojczyźnie za komuny niektórzy nowożeńcy w prezencie dostawali wyprawki. Że gdyby się zdecydowali kiedyś na dziecko, to już coś mają na początek, bo później może być (przejściowy, ma się rozumieć) kłopot z dostawami.
Aby zahamować to „chomikowanie”niezbędnej do życia amunicji, lokalne władze Dystryktu Columbia wprowadziły zakaz jej sprzedaży do takich kalibrów broni, na które jej posiadacz nie ma rejestracji. Sprytne ?
Summa summarum: co kraj, to obyczaj. W tym przypadku widać jak można w USA rozkręcić konsumpcję w dobie zakupowej wstrzemięźliwości. Wystarczy obawa przed Obamą i już rośnie produkcja i dochody państwa: wzrost dochodów z podatków ze sprzedaży broni – 42%, a amunicji 49% w porównaniu do 2008. U nas, niestety, rząd musi szukać innych, bardziej wymyślnych sposobów na pobudzenie gospodarki...
A oto ich kalendarium.
5 listopada. Fort Hood w Teksasie – strzelał 39 letni wojskowy psychiatra (!), zabił 13 nieznanych sobie kolegów, ranił 30, oddał około 100 strzałów, strzelał ze swojej prywatnej broni: półautomatycznego pistoletu oraz rewolweru Magnum. Oddałby niewątpliwie więcej strzałów, gdyby sam nie został postrzelony – miał w kieszeniach jeszcze wiele pełnych magazynków.
Psychiatra – zawsze uważałem, że to podejrzany zawód.
6 listopada. Orlando, Floryda - 40 letni facet, mający poważne problemy finansowe zastrzelił nieznanego sobie człowieka w swoim poprzednim miejscu pracy. Ranił 5 osób.
Bo go firma zwolniła, a koledzy zostawili bez pomocy. W ten sposób chciał ich nauczyć empatii...
7 listopada. Amarillo, Teksas – 25 letni mężczyzna rabując kasę baru zastrzelił 28 letniego brytyjskiego turystę, który odwiedził to miasto wyłącznie z powodu swojej ulubionej piosenki „Is this the way to Amarillo”... Smutny to koniec sentymentalnego miłośnika starego przeboju.
A tak na marginesie, pamiętam że jako człowiek mający czasami dziwne pomysły, a będąc kiedyś przejazdem w hiszpańskim mieście Malaga, chciałem zjeść danie, które było popularne w Polsce za komuny: indyk w maladze. I zjadłem wreszcie kawałek tego ptaka w którejś knajpie. Nie było to smaczne, ale przynajmniej nikt tam nie strzelał. To w końcu Europa.
I na koniec tego update'u interesująca i specyficzna dla USA wiadomość o charakterze ogólnym. Podczas gdy w Europie Zachodniej mamy do czynienia z dawno niespotykanym boomem w sprzedaży nowych samochodów - w Niemczech wzrost sprzedaży w październiku przekroczył 24%, we Francji 20%, w Hiszpanii 25%, w Zjednoczonym Królestwie 32% - w USA trwa niespotykany od lat boom na broń i amunicję.
W roku w którym w tym kraju rośnie wciąż liczba bezrobotnych i panuje dalej ostry kryzys gospodarczy, bite są co miesiąc rekordy sprzedaży tych, jak widać, artykułów pierwszej potrzeby.
Sklepy z amunicją pustoszeją, bo fabryki nie nadążają z produkcją. W bieżącym roku posiadacze broni zakupili już 12 miliardów sztuk amunicji (przeciętnie kupują 7 do 10 mld). Statystycznie biorąc to 38 sztuk na jednego obywatela, bez względu na wiek. Kupili by jeszcze więcej, gdyby na rynku nie było tzw. „przejściowych trudności w zaopatrzeniu”. Producenci amunicji usprawiedliwiają te trudności faktem, że wojny w Iraku i Afganistanie pochłaniają wielkie ilości miedzi i mosiądzu.
Skąd się wziął ten boom ? Jak za komuny nazywali to nasi politycy, gdy ludzie wykupywali ze sklepów mąkę i cukier, zadziałała tu „stugębna plotka”. Mówi się w USA, że obecna administracja Obamy rzekomo nosi się z zamiarem wprowadzenia ograniczeń w zakupie broni i amunicji, a może też wzrosną również ich ceny. To spowodowało prawie panikę, bo Amerykanie kupują teraz amunicję również o kalibrach do których jeszcze nie posiadają broni – że niby jak kupią kiedyś nową „klamkę”, to może być kłopot z naładowaniem magazynków...
W mojej ukochanej ojczyźnie za komuny niektórzy nowożeńcy w prezencie dostawali wyprawki. Że gdyby się zdecydowali kiedyś na dziecko, to już coś mają na początek, bo później może być (przejściowy, ma się rozumieć) kłopot z dostawami.
Aby zahamować to „chomikowanie”niezbędnej do życia amunicji, lokalne władze Dystryktu Columbia wprowadziły zakaz jej sprzedaży do takich kalibrów broni, na które jej posiadacz nie ma rejestracji. Sprytne ?
Summa summarum: co kraj, to obyczaj. W tym przypadku widać jak można w USA rozkręcić konsumpcję w dobie zakupowej wstrzemięźliwości. Wystarczy obawa przed Obamą i już rośnie produkcja i dochody państwa: wzrost dochodów z podatków ze sprzedaży broni – 42%, a amunicji 49% w porównaniu do 2008. U nas, niestety, rząd musi szukać innych, bardziej wymyślnych sposobów na pobudzenie gospodarki...
środa, 4 listopada 2009
USA – przemoc na codzień
Stany Zjednoczone narodziły się w wyniku przemocy, agresji i przelewu krwi. Pierwsi osadnicy nie przebierali w środkach. Karczowali nie tylko lasy. Tradycja tego energicznego i zdecydowanego podejścia europejskich przybyszów do Indian, jest głęboko zakorzeniona i kontynuowana w społeczeństwie amerykańskim, chociaż Indian już praktycznie nie ma.
Na marginesie: takie podejście do jednej grupy etnicznej zdarzało się wiele razy w historii świata. Warto dodać że zostało „twórczo” rozwinięte przez Nazistów w odniesieniu do Żydów podczas konferencji w Wannsee w grudniu 1942 (Endlosung).
Ale nie o Żydach jest ten blog. Asumpt do napisania o przemocy w USA stanowi wiadomość, która niedawno zelektryzowała ten kraj: 14 żołnierzy amerykańskich zginęło w Afganistanie w katastrofie 2 helikopterów, a rannych było 26. To największe w tej wojnie jednodniowe żniwo śmierci od ponad 4 lat.
Gdyby jednak porównać je do dnia codziennego na ulicach miast w całych Stanach, to jest to kompletny nonevent. Nie wart drobnego druku na 10 stronie gazety.
Warto wiedzieć, że w Ameryce popełnianych jest 15 razy więcej morderstw na 1000 mieszkańców niż np. we Francji, czy Niemczech. Można by wyciągnąć wniosek, że Amerykanie to bardzo niebezpieczny naród. W Chicago dokonuje się przeciętnie 500 morderstw przy pomocy broni palnej rocznie. Rannych jest oczywiście znacznie więcej. Sam widziałem na przedmieściach Los Angeles tablicę z napisem: od 4 dni nikt tu nie został zastrzelony. Pytany przeze mnie czarny obywatel stojący obok tej tablicy powiedział z dumą, że rekord tego miejsca to aż 45 dni. Przybysz z Polski, nawet jeżeli sporo jeździ po świecie, ma prawo czuć się trochę nieswojo.
Ale w końcu prawie każdy film z USA obfituje od dziesiątków lat w coraz okrutniejsze sceny. Sceny pokazujące nie tylko zabijanie aby coś zdobyć, czy kogoś pokonać, ale zabijanie dla jaj.
Poza filmami można obejrzeć i posłuchać „gangsta rap” ze słowami opisującymi obrazowo co komu się zrobi i dlaczego. Oglądałem wywiad z Ice-T, w którym twierdzi, że w swoich utworach jedynie opisuje rzeczywistość a nie inspiruje do zabijania. I chętnie pozbędzie się całej swojej broni, jeżeli tylko inni zrobią to samo.
Nie zrobią. Druga Poprawka do Konstytucji USA z roku 1791 zezwala obywatelom na posiadanie i noszenie broni. A np. w Teksasie (i w 25 innych stanach) obowiązuje zmodyfikowane ostatnio prawo zwane „Castle Law”, według którego obywatele są uprawnieni do użycia wszelkich dostępnych środków w celu ochrony swojej osoby i własności, bez obawy zostania pociągniętym do odpowiedzialności za spowodowanie uszkodzenia ciała lub śmierci rabusia.
Oto nalepka na szybę samochodu – tylko $ 1,95.

A jak to działa w praktyce ? Oto kilka autentycznych przypadków.
Dennis Baker, właściciel domu niedaleko lotniska Love Field w Dallas, gromadził w garażu narzędzia, które były kilkakrotnie kradzione przez włamywaczy. A miał w domu papugę o imieniu Salvador. Pewnego wieczoru Salvador wrzasnął: Hello ! Papuga reagowała tak tylko wtedy, gdy obok ktoś przechodził. Baker włączył monitor i widząc na nim włamywacza chwycił za broń i wybiegł z domu. Zastrzelił go gdy tamten wychodził z łupem z garażu i następnie wezwał policję. Policjant po obejrzeniu nagrania powiedział tylko: Wszystko zgodnie z prawem. I koniec sprawy, znanej szeroko głównie za sprawą Salvadora – papugi.
Waco, rok 1990. Pewnej nocy właściciel samochodu widzi przez okno swojego domu chłopców którzy kradną kołpaki z felg jego samochodu. Strzela i zabija jednego z nich. Sąd Najwyższy umarza sprawę.
Inny przypadek. Mężczyzna wraca z pracy i obserwuje jak ktoś kradnie rower z parkingu rowerowego na podwórzu apartamentowca. Jako że zdarzały się tam poprzednio tego typu kradzieże, wyjmuje swoją dwudziestkędwójkę i strzela, ciężko raniąc niedoszłego złodzieja. Prokurator odmawia ścigania. A rower nie należał nawet do strzelającego...
Wiceprokurator Harris County, Texas (liczba ludności ok. 4 miliony) podsumowuje: „Przez ostatnie 25 lat nie słyszałem, żeby sądzono właściciela domu lub biznesmena za zabicie włamywacza lub złodzieja”.
Nasuwa się pytanie: czy kara wymierzana na miejscu jest proporcjonalna do dokonanego czynu ? Nie trzeba być prawnikiem, żeby wiedzieć, że nie. Bo przecież za każde z powyższych przestępstw nie grozi złodziejowi, czy włamywaczowi kara śmierci, gdyby sprawa trafiła do sądu.
Po co więc istnieje w USA policja, jeżeli nie policja jest pierwszą linią obrony, a sam obywatel ? To on bierze sprawę w swoje ręce i ma prawo stosować karę śmierci za samą próbę zaboru mienia za parę dolarów. Policja przyjeżdża zwykle po 7-10 minutach jedynie po to, aby policzyć zwłoki i zorganizować ich transport do miejsca, gdzie rodzina dokona ich identyfikacji.
Na forum gazety Dallas News znalazłem taki wpis czytelniczki: „A co powiecie o przypadku mojego męża, który był upośledzony umysłowo i nagle znalazł się boso i bez broni w otwartym garażu domu w Copperas Cove, Texas o godzinie 3 po południu ? Właściciel domu zabił go 9 strzałami. Czy to nie przesada, że stosując Castle Law ludzie mają prawo zabijać ?”
Dennis Baker, ten od papugi Salvador, próbował racjonalizować swój przypadek następująco: każdy zawód niesie ze sobą ryzyko. Strażak może zginąć gasząc pożar, górnik podczas wybuchu metanu. A włamywacz podczas włamania...
Wniosek: po prostu w USA jest nieporównanie większe ryzyko zawodowe dla włamywaczy, niż np. w naszym pięknym kraju.
Ryzyko tym większe im więcej sztuk broni jest w posiadaniu obywateli. A jest tego około 225 milionów na 305 milionów mieszkańców, włączając w to oczywiście małolaty i zgrzybiałych starców. W niektórych dzielnicach łatwiej znaleźć sklep z bronią, niż spożywczak.
Na regularnie odbywające się Gun Shows przyjeżdżają po kościele całe rodziny na zakupy. Bez żadnej licencji można zaopatrzyć się w amunicję – jednak legalnie „tylko” do 50 sztuk.
Okresowe fajerwerki zbrodni z użyciem broni palnej, wtedy gdy ginie większa ilość osób podczas jednego incydentu, budzą jedynie umiarkowaną i krótkotrwałą sensację. Kilku celebrytów, czy organizacji, podniesie problem ograniczenia sprzedaży, ale nic z tego w praktyce nie wynika.
Nie wynika, bo po pierwsze, wszelka próba rozbrojenia społeczeństwa jest traktowana jak zamach na swobody obywatelskie, na równi z ograniczeniem wolności religijnej czy swobodnego głoszenia poglądów.
Po drugie, szacunek dla tradycji narodowej, wspomagany m.in. wciąż popularnymi w telewizji kultowymi westernami, wymaga zachowania obrosłych w legendę obyczajów. W zgodnej opinii producentów, nie sprzedadzą się filmy, w których będzie brak drastycznych i plastycznie pokazywanych licznych scen zabijania.
No i po trzecie i to jest najskuteczniejsza przeszkoda w ograniczeniu prawa do posiadania broni palnej, NRA (National Rifle Association) nigdy na to nie pozwoli.
NRA (ok. 4 miliony członków) jest uważana za najbogatszego, czytaj: najpotężniejszego lobbystę w Stanach. Kupuje sobie bez problemu i od zawsze głosy członków Kongresu. Organizacja ta powstała w 1871 roku i ma na celu przeciwdziałanie naruszeniom Drugiej Poprawki do Konstytucji USA i ochronę praw do posiadania broni. Jest najstarszą amerykańską organizacją chroniącą prawa obywatelskie.
Wszelkie próby ograniczenia sprzedaży broni (np. w Chicago: propozycja ograniczenia sprzedaży do 1 sztuki miesięcznie), lub próby jej konfiskaty przez policję, tępione są przez NRA natychmiast (niejako z urzędu) na drodze sądowej i zawsze z sukcesem. Gdy w dramatycznych okolicznościach huraganu Katrina policja odbierała broń osobom lokowanym w przeludnionych centrach ewakuacyjnych aby nie doszło tam do przypadkowego rozlewu krwi, NRA zaprotestowała i w rezultacie rozpoczęto zwrot skonfiskowanego uprzednio arsenału.
W ramach NRA, młodszym instruktorem uprawnionym do nauczania posługiwania się bronią palną, można zostać już w wieku 15 lat, czyli wcześniej niż u nas młodzież zdobywa prawo jazdy.
W tej sytuacji, rokrocznie ginie w USA od broni 30.000 ludzi. Dla porównania: w całej wojnie wietnamskiej – przez 11 lat – zginęło w walkach 47.000 Amerykanów. Też na darmo i też bez sensu.
Trzeba tu podkreślić, że to wielkie żniwo śmierci dotyczy prawie wyłącznie biednych miast i biednych dzielnic, zamieszkałych głównie przez kolorową ludność. 18 latek z tych miejsc ma zerowe szanse na jakikolwiek awans społeczny i niewielkie na przeżycie. USA to idealny przykład na istnienie tzw. parallel society czyli społeczeństwa o wielkich kontrastach materialnych, gdzie obok siebie w dzielnicach skrajnej nędzy, kontrolowanych przez gangi, życie jest nic nie warte i dzielnicach w których zamożni obywatele nie odczuwają żadnego zagrożenia.
Również w innych krajach o dużych skupiskach emigrantów jest podobna sytuacja. Podobna, ale o wiele mniej niebezpieczna, ponieważ nie ma tam nawet w przybliżeniu tylu sztuk broni w rękach potencjalnych desperatów.
Są dwa główne powody dla których to bogate i jedyne mocarstwo światowe, posiadające w swoich szeregach największą ilość noblistów, przypomina miejscami wojenne pola bitew: powszechna dostępność broni palnej oraz nędza. To wstyd i hańba, że tak zamożny kraj, uporczywie usiłujący wmówić światu, że jest niekwestionowanym autorytetem w tak wielu dziedzinach, tak niewiele potrafił dotychczas zrobić dla tak wielu swoich obywateli.
Na marginesie: takie podejście do jednej grupy etnicznej zdarzało się wiele razy w historii świata. Warto dodać że zostało „twórczo” rozwinięte przez Nazistów w odniesieniu do Żydów podczas konferencji w Wannsee w grudniu 1942 (Endlosung).
Ale nie o Żydach jest ten blog. Asumpt do napisania o przemocy w USA stanowi wiadomość, która niedawno zelektryzowała ten kraj: 14 żołnierzy amerykańskich zginęło w Afganistanie w katastrofie 2 helikopterów, a rannych było 26. To największe w tej wojnie jednodniowe żniwo śmierci od ponad 4 lat.
Gdyby jednak porównać je do dnia codziennego na ulicach miast w całych Stanach, to jest to kompletny nonevent. Nie wart drobnego druku na 10 stronie gazety.
Warto wiedzieć, że w Ameryce popełnianych jest 15 razy więcej morderstw na 1000 mieszkańców niż np. we Francji, czy Niemczech. Można by wyciągnąć wniosek, że Amerykanie to bardzo niebezpieczny naród. W Chicago dokonuje się przeciętnie 500 morderstw przy pomocy broni palnej rocznie. Rannych jest oczywiście znacznie więcej. Sam widziałem na przedmieściach Los Angeles tablicę z napisem: od 4 dni nikt tu nie został zastrzelony. Pytany przeze mnie czarny obywatel stojący obok tej tablicy powiedział z dumą, że rekord tego miejsca to aż 45 dni. Przybysz z Polski, nawet jeżeli sporo jeździ po świecie, ma prawo czuć się trochę nieswojo.
Ale w końcu prawie każdy film z USA obfituje od dziesiątków lat w coraz okrutniejsze sceny. Sceny pokazujące nie tylko zabijanie aby coś zdobyć, czy kogoś pokonać, ale zabijanie dla jaj.
Poza filmami można obejrzeć i posłuchać „gangsta rap” ze słowami opisującymi obrazowo co komu się zrobi i dlaczego. Oglądałem wywiad z Ice-T, w którym twierdzi, że w swoich utworach jedynie opisuje rzeczywistość a nie inspiruje do zabijania. I chętnie pozbędzie się całej swojej broni, jeżeli tylko inni zrobią to samo.
Nie zrobią. Druga Poprawka do Konstytucji USA z roku 1791 zezwala obywatelom na posiadanie i noszenie broni. A np. w Teksasie (i w 25 innych stanach) obowiązuje zmodyfikowane ostatnio prawo zwane „Castle Law”, według którego obywatele są uprawnieni do użycia wszelkich dostępnych środków w celu ochrony swojej osoby i własności, bez obawy zostania pociągniętym do odpowiedzialności za spowodowanie uszkodzenia ciała lub śmierci rabusia.
Oto nalepka na szybę samochodu – tylko $ 1,95.
A jak to działa w praktyce ? Oto kilka autentycznych przypadków.
Dennis Baker, właściciel domu niedaleko lotniska Love Field w Dallas, gromadził w garażu narzędzia, które były kilkakrotnie kradzione przez włamywaczy. A miał w domu papugę o imieniu Salvador. Pewnego wieczoru Salvador wrzasnął: Hello ! Papuga reagowała tak tylko wtedy, gdy obok ktoś przechodził. Baker włączył monitor i widząc na nim włamywacza chwycił za broń i wybiegł z domu. Zastrzelił go gdy tamten wychodził z łupem z garażu i następnie wezwał policję. Policjant po obejrzeniu nagrania powiedział tylko: Wszystko zgodnie z prawem. I koniec sprawy, znanej szeroko głównie za sprawą Salvadora – papugi.
Waco, rok 1990. Pewnej nocy właściciel samochodu widzi przez okno swojego domu chłopców którzy kradną kołpaki z felg jego samochodu. Strzela i zabija jednego z nich. Sąd Najwyższy umarza sprawę.
Inny przypadek. Mężczyzna wraca z pracy i obserwuje jak ktoś kradnie rower z parkingu rowerowego na podwórzu apartamentowca. Jako że zdarzały się tam poprzednio tego typu kradzieże, wyjmuje swoją dwudziestkędwójkę i strzela, ciężko raniąc niedoszłego złodzieja. Prokurator odmawia ścigania. A rower nie należał nawet do strzelającego...
Wiceprokurator Harris County, Texas (liczba ludności ok. 4 miliony) podsumowuje: „Przez ostatnie 25 lat nie słyszałem, żeby sądzono właściciela domu lub biznesmena za zabicie włamywacza lub złodzieja”.
Nasuwa się pytanie: czy kara wymierzana na miejscu jest proporcjonalna do dokonanego czynu ? Nie trzeba być prawnikiem, żeby wiedzieć, że nie. Bo przecież za każde z powyższych przestępstw nie grozi złodziejowi, czy włamywaczowi kara śmierci, gdyby sprawa trafiła do sądu.
Po co więc istnieje w USA policja, jeżeli nie policja jest pierwszą linią obrony, a sam obywatel ? To on bierze sprawę w swoje ręce i ma prawo stosować karę śmierci za samą próbę zaboru mienia za parę dolarów. Policja przyjeżdża zwykle po 7-10 minutach jedynie po to, aby policzyć zwłoki i zorganizować ich transport do miejsca, gdzie rodzina dokona ich identyfikacji.
Na forum gazety Dallas News znalazłem taki wpis czytelniczki: „A co powiecie o przypadku mojego męża, który był upośledzony umysłowo i nagle znalazł się boso i bez broni w otwartym garażu domu w Copperas Cove, Texas o godzinie 3 po południu ? Właściciel domu zabił go 9 strzałami. Czy to nie przesada, że stosując Castle Law ludzie mają prawo zabijać ?”
Dennis Baker, ten od papugi Salvador, próbował racjonalizować swój przypadek następująco: każdy zawód niesie ze sobą ryzyko. Strażak może zginąć gasząc pożar, górnik podczas wybuchu metanu. A włamywacz podczas włamania...
Wniosek: po prostu w USA jest nieporównanie większe ryzyko zawodowe dla włamywaczy, niż np. w naszym pięknym kraju.
Ryzyko tym większe im więcej sztuk broni jest w posiadaniu obywateli. A jest tego około 225 milionów na 305 milionów mieszkańców, włączając w to oczywiście małolaty i zgrzybiałych starców. W niektórych dzielnicach łatwiej znaleźć sklep z bronią, niż spożywczak.
Na regularnie odbywające się Gun Shows przyjeżdżają po kościele całe rodziny na zakupy. Bez żadnej licencji można zaopatrzyć się w amunicję – jednak legalnie „tylko” do 50 sztuk.
Okresowe fajerwerki zbrodni z użyciem broni palnej, wtedy gdy ginie większa ilość osób podczas jednego incydentu, budzą jedynie umiarkowaną i krótkotrwałą sensację. Kilku celebrytów, czy organizacji, podniesie problem ograniczenia sprzedaży, ale nic z tego w praktyce nie wynika.
Nie wynika, bo po pierwsze, wszelka próba rozbrojenia społeczeństwa jest traktowana jak zamach na swobody obywatelskie, na równi z ograniczeniem wolności religijnej czy swobodnego głoszenia poglądów.
Po drugie, szacunek dla tradycji narodowej, wspomagany m.in. wciąż popularnymi w telewizji kultowymi westernami, wymaga zachowania obrosłych w legendę obyczajów. W zgodnej opinii producentów, nie sprzedadzą się filmy, w których będzie brak drastycznych i plastycznie pokazywanych licznych scen zabijania.
No i po trzecie i to jest najskuteczniejsza przeszkoda w ograniczeniu prawa do posiadania broni palnej, NRA (National Rifle Association) nigdy na to nie pozwoli.
NRA (ok. 4 miliony członków) jest uważana za najbogatszego, czytaj: najpotężniejszego lobbystę w Stanach. Kupuje sobie bez problemu i od zawsze głosy członków Kongresu. Organizacja ta powstała w 1871 roku i ma na celu przeciwdziałanie naruszeniom Drugiej Poprawki do Konstytucji USA i ochronę praw do posiadania broni. Jest najstarszą amerykańską organizacją chroniącą prawa obywatelskie.
Wszelkie próby ograniczenia sprzedaży broni (np. w Chicago: propozycja ograniczenia sprzedaży do 1 sztuki miesięcznie), lub próby jej konfiskaty przez policję, tępione są przez NRA natychmiast (niejako z urzędu) na drodze sądowej i zawsze z sukcesem. Gdy w dramatycznych okolicznościach huraganu Katrina policja odbierała broń osobom lokowanym w przeludnionych centrach ewakuacyjnych aby nie doszło tam do przypadkowego rozlewu krwi, NRA zaprotestowała i w rezultacie rozpoczęto zwrot skonfiskowanego uprzednio arsenału.
W ramach NRA, młodszym instruktorem uprawnionym do nauczania posługiwania się bronią palną, można zostać już w wieku 15 lat, czyli wcześniej niż u nas młodzież zdobywa prawo jazdy.
W tej sytuacji, rokrocznie ginie w USA od broni 30.000 ludzi. Dla porównania: w całej wojnie wietnamskiej – przez 11 lat – zginęło w walkach 47.000 Amerykanów. Też na darmo i też bez sensu.
Trzeba tu podkreślić, że to wielkie żniwo śmierci dotyczy prawie wyłącznie biednych miast i biednych dzielnic, zamieszkałych głównie przez kolorową ludność. 18 latek z tych miejsc ma zerowe szanse na jakikolwiek awans społeczny i niewielkie na przeżycie. USA to idealny przykład na istnienie tzw. parallel society czyli społeczeństwa o wielkich kontrastach materialnych, gdzie obok siebie w dzielnicach skrajnej nędzy, kontrolowanych przez gangi, życie jest nic nie warte i dzielnicach w których zamożni obywatele nie odczuwają żadnego zagrożenia.
Również w innych krajach o dużych skupiskach emigrantów jest podobna sytuacja. Podobna, ale o wiele mniej niebezpieczna, ponieważ nie ma tam nawet w przybliżeniu tylu sztuk broni w rękach potencjalnych desperatów.
Są dwa główne powody dla których to bogate i jedyne mocarstwo światowe, posiadające w swoich szeregach największą ilość noblistów, przypomina miejscami wojenne pola bitew: powszechna dostępność broni palnej oraz nędza. To wstyd i hańba, że tak zamożny kraj, uporczywie usiłujący wmówić światu, że jest niekwestionowanym autorytetem w tak wielu dziedzinach, tak niewiele potrafił dotychczas zrobić dla tak wielu swoich obywateli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)