piątek, 13 stycznia 2012

Nie tylko o autostradach

Filmik pokazujący U.S. Marines sikających na zwłoki zabitych Talibów wywołuje powszechne oburzenie opinii publicznej świata i robi wrażenie, ale głównie na tych, którzy nigdy nie byli na wojnie, lub chociażby nie czytali żadnych reportaży wojennych.

Ani nie wzrusza mnie do łez empatia Sekretarza Obrony USA Leona Panetty, który dzisiaj serdecznie przeprasza Prezydenta Karzaia za ten „haniebny incydent” i zapowiada drobiazgowe śledztwo. A co innego ma do zrobienia ? Szczególnie w obliczu opinii publicznej i zbliżających się negocjacji z Talibami. Gdyby wrażliwość władz USA była rzeczywista, a nie podyktowana hipokryzją i cynizmem, to przede wszystkim USA zamknęłyby już dawno więzienie Guantanamo (Noblista pokojowy Obama zdecydował w roku 2009 o zamknięciu go za rok, ale do dziś niczego w tym kierunku nie uczyniono) i uznałyby stosowanie tortur za nielegalne ("ulegalnił" je Donald Rumsfeld w 2003 roku).
Ale sprawy te, chociaż ogólnie znane, nie są już na topie newsów, przestały więc być skandalem medialnym.

Wojna nie zna litości, a chyba nie było takiej wojny, podczas której niektórzy żołnierze nie wyładowywali swoich uczuć na pokonanych przeciwnikach.

Czasy rycerskich potyczek, jeżeli kiedykolwiek były, w co wątpię, odeszły wieki temu. Były zawsze wyjątkiem. Warto zastanowić się chociażby nad poziomem agresji i wrogości, która towarzyszy piłkarzom grającym mecz, którzy tylko czekają na okazję kopnięcia przeciwnika lub przyładowania mu łokciem w ryj – gdy sędzia akurat spojrzy w drugą stronę. Nie mówiąc już o kibicach, których wyczyny od czasu do czasu pokazuje telewizja. Albo o zachowaniach „prawdziwych patriotów” uczestniczących w Marszach Niepodległości.

A to tylko próbka mini agresji i pogardy odczuwanej wobec przeciwnika utożsamianego z wrogiem. A co dopiero biedni zestresowani młodzi żołnierze na polu walki, którzy nie walczą o wygrany mecz, ale o własne życie ! Mają oni zupełnie inny poziom strachu i agresji, którą po likwidacji wroga muszą na swój sposób odreagować. W końcu w starciu z Talibami to U.S Marines mogli zginąć, ryzykowali własnym życiem. Nie dziwię się im, chociaż ten filmik budzi i we mnie odrazę. Ale takie są realia wojny.

Podczas II Wojny Światowej Niemcy tak samo postępowali wobec oficerów politycznych Czerwonej Armii, czerwonoarmiejcy zaś czołgami rozjeżdżali na żywca, pojmanych żołnierzy niemieckich. Czy to takie różne od sikania na nieżywych Talibów ? Różnice są dla mnie jedynie w estetyce, ale nie w etyce.

Wciąż oburzonym na U.S. Marines polecam koniecznie refleksję. Przypomnijcie sobie nakręcone przez głęboko wierzących mahometan filmy z "odgławiania" Europejczyków i Amerykanów, często cywilów wogóle niezaangażowanych w wojnę, "bezpieczniaków" z firmy Blackwater, chroniących ambasady, których spalono, a ich ciała wywieszono na moście w Faludży. Pamiętajcie o żołnierzach amerykańskich w Mogadiszu, wleczonych po mieście za jeepami somalijskich bandziorów.

A więc czy to przypadkiem nie Talibowie sikają codziennie na prawo międzynarodowe i podstawowe prawa człowieka ?

Zamieszanie w sprawie sposobu wypisywania recept, rażących błędach na listach leków refundowanych itd. zajmuje wciąż wiele miejsca w mediach. Oczywiste jest, że stanowi to rezultat niedbałego przygotowania reformy. Jak to zwykle u nas, dokonywanie istotnych zmian odbywa się na bieżąco, na żywym organizmie służby zdrowia i chorych ludzi.
Zamysł młodego ministra jest taki, że najpierw wprowadza w ostatniej chwili fundamentalne zmiany, a potem reaguje poprawkami i słownymi zapewnieniami na zgłaszane skargi. Aptekarze i lekarze okopują się w swoich protestach i trwa pat. Następuje próba sił: kto kogo. Tandeta legislacyjna tym razem w resorcie zdrowia.

Podobny bałagan organizacyjny wystąpił przy poprzednich zmianach w rozkładzie PKP: najpierw wprowadzono źle przygotowane zmiany, spowodowano wielki bałagan, wybuchł skandal, a potem stopniowo i powoli korygowano błędy. Typowe działanie reaktywne.

Złe przygotowanie zmian, czy wogóle niechlujne przygotowanie znaczących przedsięwzięć, to stała wada polskich decydentów. Podobnie dzieje się w temacie autostrady. Owszem, budowy trwają, część już oddano do użytku, ale na pewno nie powstanie ich tyle, ile planowano. A ich jakość ? Zależeć będzie od tego, czy i ile ukradziono materiału podczas budowy danego odcinka.
Warto w tym miejscu przypomnieć jak budowano autostrady w Niemczech. Rozpoczęcie budowy pierwszego odcinka Frankfurt – Darmstadt (60 km) nastąpiło w 1933 roku, po dojściu Hitlera do władzy. Ale to nie on stworzył wstępne plany, te powstały już w roku 1913 ! Po dojściu Hitlera do władzy nazywano je Die Strassen Adolf Hitlers. W 6 lat oddano do użytku 3000 km, wraz z mostami, wiaduktami, wjazdami i zjazdami. Początkowo mosty były stalowe, jednak wraz ze zbliżającymi się terminami wojen budowano je wyłącznie z kamienia. I tak powstały największe mosty kamienne od czasów rzymskich...
Trzeba tu dodać, że budowano wszystko ręcznie, bo nie było odpowiednich maszyn. Łopatami kopano ziemię, a do transportu używano małych wagoników.

Ciekawostka: robotnicy pracujący fizycznie po 10-12 godzin dziennie narzekali na wyczerpanie i w 1934 roku zastrajkowali. „Lekarstwem” na ten strajk okazało się Gestapo, które spowodowało natychmiastowy powrót do pracy zbuntowanych. Wtedy liczni „malkontenci” rozpoczęli wysyłkę listów do samego Fuehrera o treści: „Gdyby Pan tylko wiedział jakie trudne mamy warunki pracy, to by Pan ... itd.” Listy te od razu przekierowano do Gestapo i niezadowoleni naiwni wylądowali w Dachau. Ordnung und Disziplin muss sein !

Autostrady zaprojektowano tak, aby były przystosowane dla pojazdów jadących z szybkością 160 km/godz (wówczas jeżdżono maksymalnie 120 km/godz). A więc projektowano z wizją. Grubość nawierzchni: 70 cm betonu i asfaltu ! Dzisiaj w USA nawierzchnie mają grubość tylko 30 cm. Dlaczego ? Bo Niemcy stawiali od razu na wysoką jakość i nie mieli planów wprowadzania ograniczeń szybkości. Gładkość jezdni, (mimo małych szybkości maksymalnych ówczesnych samochodów), była taka, że w roku 1938 postanowiono ustanowić rekord szybkości przejazdu autostradą pod Sztuttgartem. Rudolf Caracciola uzyskał wtedy szybkość ... 432 km/h, którą dzisiaj osiąga się „łatwo”, ale na jeziorze Słonym, a nie na autostradzie. Tego samego dnia inny Niemiec Bernd Rosemeyer chciał pobić od razu ten rekord. Niestety, przy szybkości ponad 440 km/h, złapał boczny wiatr i zjechał z jezdni rozbijając pojazd na tysiąc kawałków.
Autobahny projektowano od początku tak, aby kierowca mógł podziwiać piękno ziemi niemieckiej, różnice wzniesień utrzymano na max. 7% (na jednym kilometrze dopuszczalna różnica wysokości jezdni – 70m) i jednocześnie zaplanowano liczne, chociaż łagodne zakręty, w tym celu, aby kierowcom i pasażerom jazda nie wydała się nudna. Dzisiaj wiemy, że było to bardzo słuszne z uwagi na bezpieczeństwo, ponieważ w USA, przeciwnie, projektowano Interstate highways z oszczędności w linii prostej, co często powoduje zaśnięcia za kierownicą.

Autostrady były wtedy taką dumą Niemiec (a u nas dzisiaj nie są ?), że organizowano wycieczki na ich zwiedzanie. Najlepiej widać je było z powietrza, więc używano balonów Zeppelin.
W 1939 roku Niemcy miały już 3000 km z zaplanowanych 7000. Wtedy stosowano już nowoczesne maszyny, które przygotowywały teren i kładły poszczególne warstwy nawierzchni.
Roboty, prowadzone w szybkim tempie zostały w 1939 roku prawie całkowicie wstrzymane, gdyż niecierpliwy Adolf H. (typowy zodiakalny Baran) postawił na błyskawiczną wojnę. Tak więc między rokiem 1939 a 1942 zbudowano zaledwie kilkaset kilometrów autostrad. Tempo robót przypominało to, którego obecnie jesteśmy świadkami w naszym pięknym kraju.

Po przegranej przez Niemców wojnie, zajęli się oni energicznie odbudową zniszczonych przez siebie mostów (prawie wszystkie, około 1000, wysadzili w powietrze aby utrudnić zwycięski marsz Aliantów) i rozbudową sieci. W 1970 roku mięli już przecież 14 mln. samochodów. „Wojna” przeniosła się tym razem na drogi – zginęło w tamtym roku 19.000 osób.
Cel rozbudowy na dzisiaj jest ambitny: aby z każdego miejsca Niemiec było nie dalej, niż 10km do wjazdu na autostradę. A jest ich już ponad 13.000 km.

Lewym pasem można, jak dawniej, jechać legalnie bez ograniczenia szybkości, ile fabryka dała. Jedziesz lewym aż 180, patrz jednak w lusterko, może chce wyprzedzić cię porsche, lub bmw z szybkością 250-300. Legalnie.

Najostrzej karzą tam jednak za inne wykroczenia. Zamożny Draengler, który siedzi ci na ogonie wymuszając ucieczkę w prawo, zapłaci nawet powyżej ... 20.000 Euro ! W powszechnym użyciu jest system 3 ukrytych kamer (przed wiaduktem, na wiadukcie, za wiaduktem), które zrobią zdjęcia tak, aby przed sądem nie było wątpliwości.
Popularny w Polsce po '89 roku, zaimportowany z Zachodu „gest przyjaźni” - środkowy palec, kciuk stykający się z palcem wskazującym (Arschloch) lub machanie ręką na wzór wycieraczek samochodowych (kierowca wariat) – wszystkie te zachowania podpadają pod prawną kategorię Beleidigung i karane są grzywną od 800 Euro wzwyż.

Ostatnio pomyślano także o pieszych. Jeżeli przekraczasz jezdnię poza wyznaczonymi pasami pod innym kątem niż prosty, płacisz 5 Euro kary.

Czy więc u nas nie jest znacznie łatwiej jeździć i chodzić ?

Bo ja wiem ...

______________________________________________
komentuj bezpośrednio na mój email: andrzejsmolski@gmail.com

wtorek, 3 stycznia 2012

Co tam Panie w polityce ?

Początek nowego roku to właściwy czas na ocenę poprzedniego.

Optymistycznie trzeba stwierdzić, ze był to dobry rok: nie rozpoczęła się żadna wielka nowa wojna. A wręcz przeciwnie, zakończyła się „główna” w Iraku. To znaczy formalnie się zakończyła, bo zagraniczni żołnierze (ci którzy przeżyli) wrócili do domu na Święta, co im się słusznie należy. Powinni, moim zdaniem, dostać odszkodowania od rządów państw, które ich tam wysłały.

A wysłały bez sensu kompletnie, chyba że za sens przyjmiemy osiąganie korporacyjnych zysków z produkcji broni i zaopatrzenia dla wojsk.

USA ponoszą pełną odpowiedzialność moralną przed światem za spowodowanie rozszerzenia się terroryzmu na obszarze Iraku i nie tylko tam. Szczególnie w świetle rozbudowywania potencjału nuklearnego Iranu i całkiem realnych zagrożeń w dostawach ropy przez cieśninę Ormuz.

(A może USA mają w planach awaryjnych - contingency plans - kolejną inwazję, tym razem na Iran. Nie może, ale na pewno, ponieważ wizja poważnego zakłócenia dostaw ropy z tego regionu grozi dużo poważniejszymi konsekwencjami dla całej gospodarki światowej, niż wojna z Saddamem H.)

To niesłychane, ze poprzedni „Mesjasz” z Białego Domu, wybrany glosami większości narodu tego jedynego (jeszcze) mocarstwa światowego, był takim kretynem. I że otoczył się wianuszkiem podobnych kretynów, którzy głosili że terrorystów z bronią masowego rażenia „will bring them to justice” oraz „hold them responsible”.

Teraz ich samych trzeba by „bring to justice”. A oni cieszą sie życiem, świetnym zdrowiem i zyskami których ta ośmioletnia wojna im przysporzyła. Im, bowiem narodowi przysporzyła jedynie cierpień (rodzinom 4500 zabitych i wielu tysiącom dożywotnio okaleczonych fizycznie i psychicznie).

Dodatkowym, przepraszam za wyrażenie, smaczkiem, jest nieudolnie przez długi czas utajniona prawda o tym, że zwłoki wielu poległych i przetransportowanych do ojczyzny żołnierzy USA znajdowano potem (w całości, lub rozkawałkowanych) na wysypiskach śmieci. Tak honorowano bohaterów narodu.

To już jest, mówiąc cynicznie, taka „wisienka na torcie” którym była cała ta, z powodu butnej arogancji (atak na Bagdad nazwali „Shock and Awe”), chęci zysku, krótkowzroczności i bezbrzeżnego cynizmu władz USA prowadzona „wojna z terroryzmem”.

Co zostawili Amerykanie w opuszczonym przez siebie Iraku ? Skorumpowany lokalny rząd oraz zaostrzone konflikty religijno - polityczne (sunnici, szyici, Kurdowie). Czyli chaos polityczny a gospodarczy bajzel, co bez wątpienia zostanie wykorzystane przez Iran.

Oraz ponad 150.000 zabitych cywilów. Saddam Hussein nie był aż tak okrutny.

A co zyskali na tej wojnie Amerykanie ? Producenci broni i wszelkiego zaopatrzenia - miliardy dolarów. A American people ? Dużo mniej niż zero - koszty tej kowbojskiej wyprawy to 3 biliony dolarów.

Z powyższego płynie dla wszystkich między innymi taki wniosek, że demokratycznie wybrane władze (np. USA) niekoniecznie mają rację. I niekoniecznie należy je ślepo wspierać.

Afganistan to podobne szambo przez USA spowodowane. I znowu podobne motto Busha, które towarzyszy tej wojnie – walka z terroryzmem. Jak się to faktycznie kończy ? Znacznym i wciąż mającym miejsce wzmacnianiem władzy Talibów, rozszerzeniem produkcji i eksportu narkotyków, ściślejszej współpracy Talibów z Afganistanu z fundamentalistami w Pakistanie i wzrost poczucia wrogości mahometan do całego „bezbożnego” Zachodu.

Korzyści dla bezpieczeństwa światowego z obu wojen ? Proszę o następne pytanie.

Jeżeli jeszcze przypomnimy sobie o kraju od którego rozpoczął się i kontynuuje obecny światowy kryzys gospodarczy, to niniejszy wpis należeć musi do zdecydowanie antyamerykańskich. Szkoda, bo to piękny kraj, chociaż źle rządzony. Wielki, ale dlatego błędna polityka jego skutkuje wstrząsami dla reszty świata. Jego wielkości nie towarzyszy niestety odpowiedzialność.

Polityczna sytuacja wewnątrz USA nie daje nadziei na rychłą poprawę. Ostatni wywiad Obamy dla sieci CBS obejrzałem pozamerytorycznie skupiając sie również na jego „mowie ciała”, czyli w tym przypadku wyrazie twarzy i sile głosu. Frustracja, przygnębienie i defensywa.

I cisną się na usta pewne analogie do niedawnej sytuacji w Polsce: PIS vs. PO.

Obama mówił że jest trochę bezsilny, bo cokolwiek zaproponuje, jest miażdżone przez Republikanów w Kongresie. Republikanie obwiniają go o wszystko (...wina Tuska). Nie chcą żadnych porozumień ponadpartyjnych (bipartisan cooperation) dla dobra kraju. Dążą do wytworzenia poczucia zagrożenia interesów USA pod rządami obecnego prezydenta. Skąd my to znamy ?

Czym się chwalił ? Zabiciem Osamy. Nie wspomniał jedynie jakim kosztem i po jakim czasie. Typowy przykład na prezydencki ego trip. Paradoksalnie, akurat to wydarzenie zantagonizowało dodatkowo świat Islamu do "bezbożników".

Postawa Republikanów i zła sytuacja gospodarcza kraju wpływają znacząco na stosunek American people do ewentualnej reelekcji Obamy. Obama tłumaczy się, ze jest to tak, jakby pasażerowie statku kołyszącego się gwałtownie po wzburzonym morzu obwiniali kapitana za swoją chorobę morska.

Niemniej, fala przejęć domów z niespłacanymi ratami przez banki nie maleje. Na słonecznej Florydzie co 4 dziecko pochodzące z tych przymusowych wyprowadzek głoduje i mieszka z rodzicami w samochodzie (przeciętnie 5 miesięcy). Ludzie ci, z dnia na dzień wyrzuceni na bruk, parkują z musu przeważnie w okolicach w których w nocy drżą o swoje życie, a w szkole dzieci jako adres zamieszkania podają ze wstydu: motel. Przydałby się tam Owsiak.

Jako, że każda każdego ocena rzeczywistości jest relatywna, możemy optymistycznie stwierdzić, że u nas jest znacznie lepiej.

Banki i Fundusze nie padają, zadowolony naród wybrał tę samą partię ponownie, a dzięki brakowi naprawdę poważnych problemów spory toczą się generalnie o bzdety (krzyż w Sejmie, przemówienie Sikorskiego w Berlinie, błędy na liście leków refundowanych, parytety, orzełek na koszulce piłkarzy, nieomylność decyzyjna prezesa PIS, przywództwo na lewicy, co powiedział Ojciec Dyrektor, zakaz występów ks. Bonieckiego, nieterminowe oddanie kolejnego odcinka autostrady, Nergal: Antychryst to, czy jeno skandalista, itp.)

Oby tak dalej w tym Nowym Roku !

Oby Polacy przestali wreszcie narzekać jak zgorzkniałe stare panny na wszystko dookoła, oby zrozumieli, że mają szczęście żyć w normalnym i niepodległym państwie, które generalnie nieźle funkcjonuje na co dzień.

Bo jest to bezwzględnie najlepsze państwo polskie od stuleci.

Czy kocham Tuska za jego doskonałość ? W życiu. Doskonały to on jest może w swoim domu. Ale będę go popierał obiema rękami, bo jest głową mojego rządu, suwerennego rządu, który od czasu do czasu strzeli sobie samobója. Każdy z nas ma prawo do popełnienia błędu.

Pomyśl sobie Obywatelu, że obecny rząd nie składa się z oszołomów, fanatyków religijnych, paranoików, którym wszystko kojarzy się ze Smoleńskiem, bałwanów, bigotów, ekstremistów, przekręciarzy, anarchistów i podobnego szmelcu politycznego.

Ależ tak, krytykuj Obywatelu błędy ministrów, gdy je widzisz, rób to energicznie, ale konstruktywnie. Chociaż nie rządzisz bezpośrednio, ale poczuj swoją pozycję gospodarza kraju - rozmawiaj o wszystkim w biurach poselskich, demonstruj na ulicy.

Udoskonalaj, jeżeli możesz, wszystko co cię wkurza. Ale nie niszcz nigdy wizerunku tego państwa, to jest Twoje państwo !


I tym optymistycznym Noworocznym akcentem...


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Order "Złote Jaja"

Już bardzo dawno nie było okazji do takiego poczucia dumy, jakie można było przeżyć jako Polak, słuchając przemówienia końcowego Donalda Tuska oraz większości europoselskich wystąpień podsumowujących naszą prezydencję w Parlamencie Europejskim. I użyte sformułowania i meritum poruszanych spraw, pozwala stwierdzić że Premier przeszedł długą drogę rozwoju swojej osobowości politycznej, co tylko potwierdza jak duży ma potencjał i jak z niego korzysta. Jego osoba szczególnie przypadła do gustu Niemcom i to nie tylko dlatego, że generalnie Tusk popiera linię Merkel, ale że jego uzasadnionym wezwaniom do dużo większej integracji, nie towarzyszyła zbyt ostra krytyka Zjednoczonego Królestwa i Premiera Camerona.

Raczej zawód z niespełnionych nadziei zjednoczenia całej 27-emki państw wokół wspólnego projektu.

Jego wyważona postawa pełna była jednak dynamizmu i entuzjazmu, cech których trochę Niemcom brakuje i z czego obywatele niemieccy zdają sobie sprawę. Ten dynamizm, entuzjazm i świeżość spojrzenia na wyjście z kryzysu Unii zaraził nie tylko Niemców, ale Niemców w szczególności. Symbolicznie oczywiście narzuca mi się porównanie osobowości Jana Pawła II z Benedyktem XVI. Wiemy o co chodzi.

Niedawne mocne, dynamiczne wystąpienie Sikorskiego przed członkami niemieckiego think tanku dopełniło aktualnego politycznego obrazu Polski. Obrazu, który, to trzeba podkreślić, w swojej dojrzałości zaskoczył sąsiadów zza Odry. I nie tylko ich.

Tzw. Stara Europa zetknęła się z Polską, jakiej od niepamiętnych czasów nie widziała. Nareszcie zobaczyła w Polsce Partnera przez duże P, że nie powiem dynamicznego lidera z gospodarką, która nie ugięła się przed szalejącym kryzysem, która nie dała się obarczyć nadmiernym długiem publicznym i życiem ponad stan. Tak jak szereg innych zasłużonych lecz zadłużonych po uszy członków Starej Unii.

Tak, kochani, nieczęsto to robimy w Polsce, ale teraz można śmiało wypić szampana – dzień dzisiejszy na to pozwala. Nareszcie mamy światowych przywódców, facetów z jajami, a nie z kamiennymi twarzami frustratów. Wystąpienia Kurskiego i Poręby w Europarlamencie udowodniły wszystkim wahającym się, że nie chodzi tu o żaden interes narodowy, ale jedynie o wyrażenie swojego głębokiego bólu i wściekłości, że to nie oni spróbowali kształtować politykę europejską i nadać impet koniecznym przemianom w głowach Starych Europejczyków.

Pis i Pis bis wybrali sobie na (kolejnego, po premierze Orbanie) idola Camerona, który kontynuuje tradycyjną politykę dumnych wyspiarzy, którzy nie popierają idei wspólnego kształtowania polityki europejskiej, o ile w niej nie dominują.

Uroczysta kolacja w Brukseli, poprzedzająca najtrudniejsze dotychczasowe obrady 27 przywódców państw Unii, przypominała więc Ostatnią Wieczerzę z Judaszem po środku stołu.

I tak partyjne interesy brytyjskich konserwatystów wzięły górę nad wspólnym interesem Europy.

Gdybym miał więc ustanowić odznaczenie Tuska i Sikorskiego na pożegnanie Prezydencji, wręczyłbym im Ordery Złotych Jaj.

wtorek, 4 października 2011

Kaczka zeżarła Lisa !

Walka wyborcza na ostatniej prostej przed metą zaostrzyła się znacznie. Jest to zupełnie zrozumiałe w sytuacji, gdy obie największe partie idą, według sondaży, jak to się mówi, łeb w łeb.Natomiast następna grupa, złożona z SLD, Ruchu Poparcia i PSL walczą o przeżycie lub może coś więcej. O nich napiszę dalej.

Jak od lat, największe emocje towarzyszą pojedynkowi Tusk – Kaczyński. Ten ostatni wystąpił wczoraj w programie u Lisa i pokazał pewność siebie, graniczącą z samouwielbieniem.

Po raz pierwszy widziałem go tak wyluzowanego i po raz pierwszy Lisa, który z trudem opanowywał swoje zdenerwowanie. Prezes był prowokująco zaczepny i agresywny w najwyższym stopniu, a jednocześnie jego język ciała przekazywał, że w każdej chwili panuje nad sytuacją. Często atakował samego Lisa za jego rzekome nieprzygotowanie do programu, stronniczość, tchórzostwo wobec Niemiec i Rosji i nerwowość. Czym spowodował, że z kolei język ciała szczwanego Lisa, pochylającego się w swoim fotelu ekstremalnie do przodu, z czerwieniejącą stężałą twarzą, wyrażał skrajny stres i bezsilność wobec siły argumentów Prezesa.

Argumentów ?

Głównie wykrętów, wymijających odpowiedzi, kłamstw i nieuzasadnionych ataków, ale podanych w formie wyluzowanej, ironicznej i lekceważącej wszystkich poza jego zwolennikami.

Lis, zwykle pewny siebie opiniotwórczy dziennikarz, otrzymał od Prezesa dotkliwą lekcję pokory. I przy okazji zdał wyjątkowo trudny, godzinny egzamin z opanowania w warunkach stresu.

Wczorajszy jego program powinien ułatwić decyzję wyborczą każdemu niezdecydowanemu. Sęk w tym, że część naszego społeczeństwa jest wyraźnie zafascynowana charyzmą Prezesa. Jak wiadomo charyzmą można zdobyć wyborców, ale sama charyzma nic nie mówi o tym jak ewentualny szef rządu będzie kierował krajem. To natomiast było już ćwiczone w poprzedniej kadencji i skończyło się klęską PISu i Prezesa. I zatęchłą atmosferą w kraju, podobną do tej z czasów stanu wojennego: intrygi, prowokacje, nagonki, procesy i donosy.

Przypominało się wtedy powiedzenie z czasów podobnego demokraty - Mieczysława Moczara: Kto nie z Mieciem, tego zmieciem.

Wałęsa trafnie podsumował Przezesa PISu wiele lat temu mówiąc, że Kaczyński to perfekcyjny destruktor, idealnie czujący się w prowadzeniu wojny polsko-polskiej. Ale i jak się okazuje polsko-niemieckiej i polsko-rosyjskiej.

Wyznaczając sobie politycznego wroga Prezes dostaje adrenalinowego kopa i nabiera zuchwałej odwagi. Byłoby to godne uznania, gdyby jego potrzebie walki i unicestwienia wroga towarzyszyła chłodna ocena możliwości uzyskania ostatecznego sukcesu. Innymi słowy, ratlerek nie powinien gryźć amstafa, gdyż szansę na zagryzienie go ma niewielką. Prezes z kolei, gratulując obitemu niemiłosiernie bokserowi Adamkowi dzielnej postawy w walce z Kliczką (sam go sobie wybrał za przeciwnika), chce udowodnić, że jest coś wzniosłego w ratlerku rzucającym się na amstafa. Oglądałem tę walkę 2 razy i od pierwszej chwili widać było, że Adamek dostanie łomot, tylko nie było wiadomo ile rund przetrzyma.

Podobnej mentalności inicjatorzy Powstania Warszawskiego posyłali na pewną śmierć 3000 osób (czyli tyle, ile zginęło we wszystkich zamachach 11 września 2001 roku w USA !) - dziennie, przez 66 dni w 1944 roku.

Aż dziw bierze, że nowo wydana z okazji Wyborów książka Prezesa – Polska Naszych Marzeń, nie nosi tytułu Mein Kampf. W końcu właśnie walka, to jego żywioł. A tak, wyszedł knot pełen plot, podobnie jak i inne „dzieło” znienawidzonego przez Kaczyńskiego Palikota. (A pamiętacie Alfabet Urbana ? To podobna lektura klozetowa tamtych czasów).

Oj, obrodziło nam na Wybory „literatów”...

Wczorajszy godzinny program wyraźnie potwierdził, że po ew. zwycięstwie PISu powtórka z IV RP nastąpi tym razem w wersji turbo. Czyli będzie radykalniej i ostrzej. I znacznie głupiej. Insynuująca i pogardliwa wypowiedź Prezesa odnośnie Merkel pokazuje dobitnie, że jego szaleństwo nie zna granic, a poczucie realizmu politycznego jest mu obce. Zachował się w tym przypadku podobnie do Tymińskiego ze słynną czarna teczką: wiem coś kompromitującego tę panią, ale chwilowo nie powiem co... Niewerbalna sugestia dla pytającego o szczegóły: Sam się domyśl, palancie.

Jeżeli naród wybierze PIS, czyli jego, potwierdzi to tylko to o czym nie raz już pisałem, że większość niekoniecznie ma rację, podając przykład demokratycznego wyboru Hitlera w Roku Pańskim 1933.

I na koniec o pozostałych partiach, które toczą morderczy bój o przetrwanie, lub może coś więcej.

Napieralski cierpi na brak jakiejkolwiek spójnej koncepcji i niezdecydowanie: czy postawić na starych, którzy go przerastają o głowę, ale on ich nie lubi, czy na swoich rówieśników, którzy by jednak nie stanowili konkurencji dla niego samego. To bardzo mierny soft-polityk o zadęciu na prawdziwego lidera, którym jednak nie jest.

Pawlak nie kojarzy mi się z chłopskim przywódcą. „Wyrobił się” przez lata swojego życia politycznego i obecnie jest o niebo nowocześniejszy niż cała jego partia z zaledwie kilkoma wyjątkami, np. Piechocińskim i Sawickim. To za mało, aby uzyskać 10% i osiągnąć znaczącą pozycję w państwie. Jednak w przypadku dostania się do Sejmu, co najprawdopodobniej nastąpi, PSL, jako partia niekontrowersyjna, będzie atrakcyjna, jako partner, dla każdej zwycięskiej partii.

Palikot. Ten facet zdecydowanie najbardziej korzysta z wojny polsko-polskiej PISu z Platformą, skandalu na kolei, autostradowej porażce Grabarczyka i wszelkim małym lub większym niepowodzeniom PO. Dodatkowo, umiejętnie eksploatuje impotencyjny bezwład i hipokryzję zadufanego w sobie kleru, obrastającego w majątki nieprzystające do ogólnej polskiej biedy. Dlatego coraz mniej ludzi jest zniesmaczonych jego retoryką.

Ma istotne wspólne cechy z Kaczyńskim: obaj kochają ploty i błotniste niedomówienia co do konkurentów, oraz zieją gejzerami żółci.

Elektorat polski w coraz większym stopniu chce zmian. Na lepsze, ma się rozumieć.

Jest jak panna na wydaniu, słuchająca obietnic wdzięczących się absztyfikantów, próbując skumać z kim będzie się wygodniej żyło. Przypomina mi się sztuka „Ożenek” genialnego Gogola.

Czy wybierze jednak opcję lepszego przetrwania w warunkach pełzającego kryzysu gospodarczego na świecie ?

Czy też opcję, która będzie walczyć z tym kryzysem przy pomocy modlitw, krzyży, pomników, pochodów i obchodów, zawierzaniu losów narodu Matce Boskiej i Jezusowi Chrystusowi oraz wyszukiwaniu kolejnych wrogów i zdrajców.

Pożyjemy, zobaczymy.






niedziela, 4 września 2011

Debata o debacie

Okres przedwyborczy. W polityce napięcie wzrasta. PO – uniwersalna partia (prawie) wszystkich Polaków czuje się (prawie) pewna zwycięstwa. I jako taka proponuje PISowi debaty one-on-one: ministrów oraz szefów partii.
Kaczyński wyraźnie boi się i nie chce takich debat, a szczególnie swojej z Tuskiem. Pamięta, że ostatnią przegrał wyraźnie – był agresywny, ale mniej błyskotliwy od przeciwnika, miał gorszy body language –stąd ta niechęć. Mówienie o podwójnej białej fladze i tym podobnych bzdurach – to tylko nieudany i dziwaczny pretekst, aby tak postawić sprawę, by premier nie przyjął warunków i debata (wtedy jakoby z winy Tuska) się nie odbyła. Jasne i przejrzyste działanie ex-premiera i jego sztabu. Chociaż, jak mawiają członkowie PISu o przeciwnikach, działanie kuriozalne.

Ja widzę cały ten problem z debatami nieco inaczej, niż medialni komentatorzy. Uważam, że debaty stanowią atrakcję dla telewidzów w tym samym stopniu, co mecze piłkarskie. Innymi słowy – jako widowisko telewizyjne, medialny event. I nic więcej.
Taki egzamin ze sprawności medialnej,w której wielką rolę odgrywa, poza błyskotliwością, także body language.

Przeciętny telewidz (czytaj:ewentualny wyborca) nie kuma nudnych szczegółów merytorycznych, które przy takiej okazji sypią się z ekranu. On patrzy na aktorów i zapamiętuje ich gestykulacje i wyrazy twarzy. Ich modulacje głosowe i stosowanie pauz podczas artykułowania spraw. Zapytany na drugi dzień o to co widział, odpowie ogólnie, że na przykład Tusk wypadł lepiej, bo mówił spokojniej i nie był napastliwy, albo że raz puściły mu nerwy.

Czy takie debaty wzbogacą naszą wiedzę o kandydatach i ich programach ?
Według mnie potwierdzą jedynie nasze dotychczasowe o nich opinie (przecież znamy tych ludzi od lat !) i dostarczą mniej lub bardziej ekscytujących 60 telewizyjnych minut w tzw. prime time.
Chyba, że wybitnie naiwny młody odbiorca uwierzy po raz kolejny w obietnice przedwyborcze kandydatów.
I tu mała dygresja, ale na temat.Wczoraj jechałem autobusem i vanem ZTM na nowo uruchomionych liniach łączących moja podkonstancińską wioskę z Konstancinem i Warszawą.
Pewna elegancka i doświadczona życiowo pasażerka w wieku Kaczyńskiego skomentowała to komunikacyjne usprawnienie: Jestem zachwycona, ale obawiam się, że to zlikwidują po wyborach ...

Dlaczego więc na przykład w USA takie debaty to stały element walki przedwyborczej ? Bo tam nie do pomyślenia jest fakt, żeby takich debat nie było i żeby kandydat na tak wysokie stanowisko stawiał upokarzające (zaporowe) warunki drugiej stronie. Odczytano by to jednoznacznie jako tchórzliwy unik i słabość. I myślę, że u nas będzie podobnie.
W końcu normalniejemy jako społeczeństwo z każdym rokiem.




wtorek, 2 sierpnia 2011

Zerwać z narodową tradycją !

Po 15 miesiącach od katastrofy smoleńskiej ukazał się wreszcie raport komisji Millera i od razu przyćmił wszystkie inne wydarzenia, włącznie z rzezią w Norwegii.

Każdy kanał polskiej TV nadaje obszerne wywiady ze wszystkimi: bliższymi i dalszymi rodzinami ofiar, ekspertami i pseudo ekspertami. Myślę, że wiedza Polaków na temat wypadków lotniczych przekracza wielokrotnie wiedzę przeciętnego Niemca, Anglika, czy Hiszpana. Nasycenie mediów tą tematyką przez cały okres 15 miesięcy było tak znaczne, że mimo woli każdy rodak obudzony w środku nocy odróżni bez problemu termin „ścieżka” od terminu „kurs”, wie doskonale co to jest „drugi krąg”, a zapytany w mig odpowie jakiego wysokościomierza należy używać na danym pułapie.

Co natychmiast postawi go na znacznie bardziej profesjonalnej pozycji od załogi nieszczęsnego Tupolewa 154M, która w krytycznym okresie lotu zwracała uwagę nie na ten przyrząd, który trzeba.
Dodajmy, na co nikt dotychczas w wywiadach TV nie zwrócił szczególnej uwagi, że chodzi tu o załogę 3 osobową, której asystował (bez pasów bezpieczeństwa podczas próby lądowania !) jako czwarty w kokpicie, szef wojsk powietrznych RP w randze generała.
(Według pilota i eksperta komisji Wieslawa Jedynaka generał odczytywał prawidłowo wysokość samolotu, ale nie mając na uszach słuchawek lotniczych, nie był prawdopodobnie słyszany przez załogę. Mój komentarz: Więc po co tam był – żeby stresować swoją obecnością pilotów, czy w charakterze gapia ?!)
W tym kontekście warto sobie uświadomić, że od lat 90-tych załogi kokpitowe Boeingów i Airbusów śmigających wiele razy dziennie np. nad Atlantykiem, liczą tylko 2 osoby.

Przypomina mi się tutaj dowcip (ethnic joke) o tym, ilu Polaków potrzeba, aby przykręcić żarówkę: pięciu - jeden wchodzi na stół i trzyma żarówkę, a czterech obraca stołem.

To, co nas biednych telewidzów i czytelników prasy nieuchronnie teraz czeka, to polski dialog między PISem i PO. Polski to dialog dlatego, że zamiast rzeczowych argumentów podanych w złośliwej, ale często dowcipnej formie (zażarte dyskusje w brytyjskiej Izbie Gmin) jedna strona zarzuci drugiej, jak zwykle, zdradę narodową, brak honoru i sprzedajność – ogólnie biorąc Targowicę do kwadratu. Na ekranach można będzie oglądać do woli, stężałe i nieruchome twarze polityków, starających się wbrew swoim naturom i odruchom kontrolować wydzielane z siebie decybele i ukazywane na wizji tiki nerwowe, kontynuując jednocześnie jak najobfitsze wytryski żółci.

Bezradna i sfrustrowana pani redaktor Kropki nad I zapewne znów nie przebije się przez nieustający 20 minutowy słowotok posłanki Kempy, która opanowała do perfekcji trudną sztukę nieprzerwanego mówienia zarówno na wdechu jak i na wydechu.

Niejako w cieniu tych wypowiedzi pozostaną fakty. Już teraz PISowcy uważają, że raport Millera niedostatecznie uwypukla błędy strony rosyjskiej, kosztem wizerunku strony polskiej.
Nie wdając się nawet w analizę tego aspektu, uważam, że wymieniony w raporcie Millera zestaw błędów strony polskiej jest tak nieprawdopodobnie wielki, obciążający i kompromitujący zarazem, że przypomina mi się nadane niedawno w TV niemieckiej, odtworzone przemówienie Adolfa Hitlera po kampanii polskiej, w którym z jednej strony z wielkim szacunkiem wyraża się o bohaterstwie i waleczności naszych żołnierzy, ale jednak z drugiej podsumowuje: “… aber die Organisation war… Polnisch”.

Tak, bohaterskie i samobójcze czyny to kwintesencja tradycji polskiej. Z kawalerią na czołgi, z paroma zdobycznymi samochodami pancernymi i domowo kleconą bronią maszynową na po zęby uzbrojonego wroga (Powstanie Warszawskie – akurat 67 rocznica), z niedoszkoloną załogą na rosyjską gęstą mgłę na prymitywnym lotnisku Smoleńsk, na którym brakowało żarówek do oświetlenia pasa startowego !
Ale co tam zresztą Smoleńsk ?
Raptem 96 zabitych ! W Powstaniu rozpoczętym z naszej inicjatywy, również bez sensu, ginęło ponad 3000 ludzi dziennie ! (W Iraku poległo tyle samo ludności cywilnej w ostatnich 8 latach, co w Powstaniu przez 63 dni). Dobrze, że nie trwało ono dłużej, bo nie byłoby się komu poddać Niemcom.
I co ? Ano obchodzimy starannie każdą rocznicę tego zbiorowego samobójstwa i zniszczenia substancji materialnej naszej stolicy. To nasz, polski, tradycyjny kult bezsensownej śmierci, której rezultatem były dramaty indywidualne i zbiorowe, klęska i potworne straty materialne.

Może jednak na początku 21 wieku trzeba zacząć zrywać z tą, jak widać, wieloletnią (ale mało praktyczną) tradycją narodową czynów szalonych, niechlujstwa, niedbalstwa, ogólnego braku poszanowania dla obowiązujących przepisów i „jakoś to będzie”.
Chyba, że jesteśmy głęboko wierzącymi Polakami-katolikami i powiemy sobie jasno po każdym dramacie: „Bóg tak chciał”. A na przyszłość zawierzymy nasz los Maryi, Królowej Polski – zawsze dziewicy, a dodatkowo w Sejmie uchwalimy, że Jezus Chrystus jest Królem Polski.
Dwie osoby na tronie ojczystym, to byłaby potęga !
(Król z Królową się chyba nie pokłóci, bo to przecież rodzina).

Wtedy sprawę smoleńską i parę innych spraw mielibyśmy z głowy. I spoko. Co nie ?

sobota, 30 lipca 2011

Utracone dziewictwo

Kraje skandynawskie w porównaniu do reszty Europy stanowiły przez stulecia pewną homogeniczność kulturową i obyczajową. Oczywiście grubą przesadą byłoby Skandynawów kiedykolwiek traktować jak monolit, jednakowoż ich „nordyckość” fizjonomii, zewnętrzny chłód i rezerwa w kontaktach, dobra organizacja życia społecznego, pracowitość i wytrwałość, stanowiły „od zarania dziejów” zespół cech wyróżniających tych ludzi północy.

Z tym, że od lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku rozpoczął się proces, który trwa nieprzerwanie, a polega na stopniowym zacieraniu się wspólnych cech pozwalających zdecydowanie odróżnić ich od mieszkańców pozostałych części Europy.
Ktoś kto tak jak ja miał okazje do bardzo częstego odwiedzania Skandynawii już od końca lat 60-tych, widzi bardzo wyraźnie zmiany wynikające z procesu, który stanowi kolejny etap „wędrówki ludów”. Tym razem to już nie niegdysiejsze wyprawy krzyżowe, ale, używając analogii, „wyprawy półksiężycowe”. Odbywane za pełną aprobatą, ba, nawet zachętą ze strony „najeżdżanych” krajów, w imię miłości bliźniego i ratowania prawdziwych i fikcyjnych azylantów pochodzących z biednych, przeważnie islamskich krajów.

W Roku Pańskim 2011 nie warto już sięgać głębiej do genezy zmian etnicznych w Danii, Norwegii czy Szwecji. Jest jak jest. A za następne 50 lat pewnie nikomu smukła blondynka nie będzie kojarzyła się ze Skandynawią, chociażby dlatego, że rozrodczość ciemnoskórych (zwanych za PRLu beżowymi) dalece przekracza tę Białasów.
Czy uda się natomiast proces integracji kulturowo-obyczajowej ciemnoskórych z lokalnymi – przypuszczam, że wątpię. W Niemczech, zdaniem Niemców, nie tylko że integracja nie wypaliła (klęska multikulti), ale wciąż są kłopoty nawet z integracją byłych NRD-owców z byłymi RFN-owcami. A taka obustronna euforia panowała w 1990 roku!

Póki co Norwegowie robią dobrą minę do złej gry i zapowiadają kontynuowanie polityki miłości. Brawo ! Chociaż na tym tle, starannie i precyzyjnie zorganizowany wybryk Breivika pokazuje, że nie wszyscy reprezentują takie podejście. Oczywiście, że Breivik to oszołom, skandynawska mutacja fundamentalisty islamskiego, ale oszołomów nie lubiących „obcych” jest więcej niż jeden w Norwegii, jak i w innych krajach, w których zachodzą radykalne przemiany etniczne. Proces integracji „obcych” nigdzie nie przebiega bezkonfliktowo. Każdy kraj musi sobie wypracować własną politykę w tej dziedzinie. Procesu „importu” obcych religijnie i kulturowo nie da się już zatrzymać ani nawet spowolnić. To działa jak koło zamachowe, które kręci się coraz szybciej od lat 60-tych ubiegłego stulecia.
Dlaczego coraz szybciej ? Z jednej strony z powodu wspomnianej większej rozrodczości, a z drugiej z powodu procesu łączenia rodzin imigrantów z rodzinami z ich dawnych ojczyzn.
Coraz trudniej jest też śledzić procesy zmian etnicznych, ponieważ są już w Skandynawii setki tysięcy dawnych imigrantów, którzy nabyli obywatelstwa krajów – gospodarzy.
Czasami nazywa się ich ironicznie Nowymi Duńczykami, Nowymi Szwedami i td.

Dlatego co pewien czas będą pojawiać się kolejni Breivikowie. Aż do pewnego momentu w przyszłości, kiedy Białasów będzie mniej niż Ciemnych i to ci ostatni, mam naiwną nadzieję, będą uczyli swoje dzieci tolerancji dla mniejszości – autochtonów - chrześcijańskich Białasów.

A Breivik ? Będzie już dawno starym sfrustrowanym emerytem, który pozbawił dziewictwa i niewinności Norwegię – społeczeństwo spokoju, porządku i miłości.