sobota, 29 maja 2010

Czas na elektryfikację

Tak się złożyło, że wpis ten przypadkowo znów zaczynam od Angeli Merkel, gdyż to u niej 3 maja spotkali się czołowi niemieccy producenci samochodów, aby starać się o subwencje na konstruowanie nowych modeli o napędzie elektrycznym. To dopiero pierwsze kroki świadczące o tym, że kiełkuje u nich świadomość, iż napęd obecny, bazujący w 98% na ropie, absolutnie nie ma przyszłości.

Ostateczny sukces należeć będzie jednak do tego lub tych producentów, którzy faktycznie przestawią odpowiednio swoją produkcję. W roku 2050 większość aut musi już być elektryczna. Kilka gwiazd filmowych z Hollywood już je ma. George Clooney jeździ Teslą. 4 sekundy do setki, zasięg 350km, baterie ładuje z gniazdka. Baterie, których zestaw kosztuje 35.000$. To 1/3 ceny całego samochodu !
I to jest też cena, którą trzeba dzisiaj płacić za to, że od początku XX wieku nie upowszechniano tego napędu. Który wtedy już (początek stulecia) poruszał wszystkie nowojorskie taksówki i niemieckie wozy strażackie.
To auta elektryczne jako pierwsze przekraczały 100 km/godz.
I reklamowane były jako pojazdy dla pań - ciche, eleganckie i szykowne.

Ich sprzedaż spadła dopiero przed I wojną światową. I nawet kryzys paliwowy lat 70tych i 80tych nie zbudził ze snu producentów – takimi pojazdami jeździli nadal tylko zamożni fanatycy cichej i ekologicznej jazdy. To zrozumiałe, bo przy braku inwestycji w postęp technologiczny w tej dziedzinie, pozostały podstawowe wady napędu: wielkie, drogie i ciężkie baterie. Oraz długi okres ładowania i mały zasięg aut.
Pierwsza oznaka przebudzenia nastąpiła w postaci Toyoty Prius. Samochód „chwycił” w Kalifornii. Nie zachwyca stylistyką, ale nie o stylistykę tu chodzi. Zasięg na naładowanych bateriach i silniku elektrycznym ma tylko 3km, powyżej 30km/godz włącza się silnik spalinowy, ale jako że dysponuje możliwością odzyskiwania energii w czasie hamowania, jest bardzo ekonomiczny w jeździe miejskiej. Prius to najpopularniejsza na świecie hybryda.

I jest już licznie w Kalifornii modyfikowana poprzez wymianę fabrycznych baterii na bardziej zaawansowane krzemowo-jonowe. Zasięg wciąż jest skromny, ale to już 15km. Ta niefabryczna przeróbka kosztuje 10.000$. Do licznych jej amatorów zalicza się również były szef CIA, James Whoolsey.

Ale nie da się ukryć, to wciąż margines sprzedaży. Niechęć koncernów do radykalnych zmian jest bardzo widoczna. Weźmy General Motors (zatrudnienie przed kryzysem 250.000 ludzi). Już w 1996 roku z dumą wyprodukowali 2 osobowy samochód EV1 (Electric Vehicle 1) w ilości 1000 sztuk. Ale nie na sprzedaż, a jedynie na umowy leasingowe.
Popyt był wielki, podaż śladowa. Baterie ołowiowe, ładowanie z gniazdka. Zasięg spory – 100km. Wielki entuzjazm konsumentów został wygaszony przez GM, które odebrało klientom w 2002 roku wszystkie egzemplarze i zmagazynowało je jeden na drugim na pustyni koło Phoenix.
Oficjalny powód: „nie ma podstaw do stwierdzenia, że produkcja elektrycznego samochodu, to zyskowna propozycja biznesowa”. Zyskowna propozycja dla GM to były wówczas wielkie i ciężkie żarłoki benzynowe: SUVy i vany, na których dało się latami zarobić o wiele więcej niż na EV1.
W dobie obecnego kryzysu popyt na te „zyskowne propozycje” spadł jednak gwałtownie i jak pamiętamy, przerażone GM stanęło nagle na progu bankructwa.
Jak pisał znawca duszy ludzkiej Adolf Hitler w Mein Kampf, nic tak skutecznie nie motywuje, jak strach.
Dlatego nagle odżyły zapomniane koncepty i prawie błyskawicznie (w trakcie upraszania o pomoc finansową w Białym Domu) przedstawiono plany produkcji Chevroleta Volt. Zasięg 60km, a przy pomocy ładowania przez drugi silnik – spalinowy – ponad 1000km.
GM wkroczyło na drogę, z której zeszło 12 lat temu, a Volt to przedsięwzięcie, które zadecyduje o losach całego koncernu.

A co słychać w Europie „w tym temacie” ?
BMW już ma kandydata do zelektryzowania. To Mini z zasięgiem 250km, świetne przyspieszenie, ładowanie z gniazdka i brak zmiany biegów. Przejazd 100km kosztować ma ca. 15 złotych.
Kiedy u dealerów ? Nie wiadomo, a dokładniej: nie w najbliższym czasie.
To zrozumiałe, bo wszystko co pod maską w tym Mini – pochodzi od amerykańskiego dostawcy z Kalifornii.
A co u VW ? Obiecali w 2008 ładowany z gniazdka samochód flotowy, rok później prezes Winterkorn zaprezentował flotę składającą się z 1 samochodu, hybrydy Twin Drive, (Golfa Steckdose). Kiedy u dealerów ? „Wiele lat upłynie, zanim takie lekkie samochody pojawią się w masowej produkcji” - tyle rzecznik VW. Przyczyna: zacofana technologia bateryjna.

A dlaczego zacofana ? Bo przez dziesiątki lat nie inwestowano w jej rozwój. Paradoksalnie, znalazły się pieniądze dopiero dzięki firmie Black & Decker, która potrzebowała małych baterii do zasilania swoich wiertarek itp. narzędzi. Opracował ją chiński profesor na uniwersytecie MIT. Ta technologia z kolei znalazła zastosowanie w samochodach dzięki panu Pat Cadam, który dokonuje przeróbek Priusów, o których pisałem wyżej.
Montuje w nich pakiety Hymotion, które przy mniejszych gabarytach dają pięciokrotnie większy od fabrycznego zasięg.
Jeżeli Pat Cadam może – dlaczego wielcy producenci nie wykazywali zainteresowania ?
Ponieważ zainwestowali tyle pieniędzy w rozwój technologii silników spalinowych, że teraz czekają na zwrot wkładów i zysk.

Stosunkowo największe w Niemczech zainteresowanie „elektryfikacją” wykazał Mercedes, bo zainwestował w fabrykę baterii w Saksonii i za 3 lata zamierza wypuścić elektryczne Smarty.
A klasa C lub E ? Może kiedyś, ale nie prędko.

A inni ?
Renault-Nissan związał się z bateryjna firmą japońską i w 2011 skieruje do masowej sprzedaży 3 modele: od najmniejszych do Megana. Uwaga ! Tylko jeden silnik – elektryczny.

I na koniec coś chyba naprawdę genialnego.
Twórca konceptu jest Żydem, lub jak kto woli, obywatelem Izraela i nazywa się Shai Agassi. Jego pomysł to stacje wymiany baterii. Wymiana pakietu bateryjnego trwa 2 minuty. Twój samochód kupujesz bez baterii, baterie są w leasingu, więc płacisz tylko za wymianę. W związku z tym, cena auta ma być niższa niż obecnie. Druga strona medalu, to jednak koszty inwestycji i ogrom prac związanych z budową odpowiedniej infrastruktury.
Aby jednak wejść na najwyższą górę, trzeba zrobić pierwszy krok, jak mawiał Przewodniczący Mao. Ten krok to sieć 6 stacji wymiany baterii, które powstaną w Izraelu w 2011 roku. Obsługiwane samochody elektryczne: Renault-Nissan.

Ja myślę, że jeżeli to wypali, Shai Agassi (znak Zodiaku: Baran) może uzyskać stopniowo potężne wsparcie finansowe, o które zresztą stale zabiega. Nie zaniedbuje również spotkań z politykami z USA, Kanady, Australii oraz państw UE. Oby mu się udało ! Timing jest chyba odpowiedni.

A jeżeli któryś z wielkich koncernów motoryzacyjnych przegapi swoją szansę na dokonanie możliwie szybko największego przełomu technologicznego od 100 lat, jego dotychczasowe sukcesy i renoma staną się w przyszłości bezprzedmiotowe.

wtorek, 25 maja 2010

Auto-mat Angeli

Katastrofa, powódź i wybory (mniejszego zła) – oto co zabiera „większą połowę” czasu antenowego i powierzchni gazetowej w naszym kraju, od dłuższego już czasu.
Może więc warto w tak zwanym międzyczasie oderwać się od tych tematów i zająć się tym co ponadczasowe, ponadpartyjne i co dotyczy wszystkich ugrupowań, płci i orientacji seksualnych.

A mianowicie samochodami.
W zeszłym roku powszechnie u nas chwalono światłe rządy Angeli Merkel, która zafundowała swym rodakom jako fragment pakietu antykryzysowego, tzw. Abwrackpremie.
Warto tu wspomnieć, że słowo to oznaczające premię za zezłomowanie samochodu, uznane zostało przez Towarzystwo Języka Niemieckiego - Gesellschaft für deutsche Sprache – za słowo roku.

Czyli dopłacała Niemcom równowartość około 10.000 złotych za zakup nowego samochodu poprzedzony zezłomowaniem starego, co najmniej 9 letniego. Opozycja grzmiała na rząd Tuska, że jest bezczynny w dobie kryzysu i nie chce pomóc narodowi dożynającemu na dziurawych drogach swoje grubo ponad 9 letnie pojazdy spalinowe. Rząd Tuska jednak nie był skłonny kopiować w tej sprawie pani kanclerz.

Wykazał się niewątpliwie dużą odpornością psychiczną. To nie jedyny przykład jego odporności.
Minister Kopacz, jakiś czas potem, również pokazała duże F fanom szczepionek, a czas potwierdził jej rozsądek, logikę i zimną krew. To tyle podlizywania się PO.

Wróćmy zatem do samochodów.
Dopłaty pani Merkel zadziałały niemal błyskawicznie. Niemcy masowo ruszyli do salonów. Przy okazji również do naszych, z uwagi na niższe ceny. A więc sukces totalny i same pozytywy:
Kanclerz Merkel ożywia gospodarkę swego kraju na przekór kryzysowi
Nowe samochody mniej trują – chronią środowisko
Niemcy dokonują skoku technologicznego – jeżdżą bezpieczniejszymi i nowocześniejszymi pojazdami
I jako produkt uboczny niemieckich dopłat, korzystamy również my, bo sąsiedzi zza Odry bardzo znacznie podnoszą sprzedaże naszych dealerów, czyli ożywiają i nasz kulejący rynek samochodowy.

Czyli, niemieckie dopłaty to strzał w dziesiątkę. Czy na pewno ?
Niestety nie. Po początkowym ożywieniu, przyszła wielka stagnacja. Efekt kryzysowy został jedynie odsunięty w czasie i trwa nadal w dużo ostrzejszej formie. Już od czerwca 2009 rozpoczęły się bankructwa dealerów. Ocenia się, że do końca bieżącego roku 1/3 z nich zamknie na zawsze swoje przedstawicielstwa. Spadek eksportu aut z Niemiec w 2010 będzie największy od II wojny światowej. Żeby w ogóle sprzedać nowe auto, pozostali na rynku dealerzy proponują obecnie największe w historii rabaty, co jeszcze bardziej pogarsza ich sytuacje finansową.
Kto stracił najwięcej ? BMW i Mercedes. Hyundai natomiast notuje 80% wzrost.

Aby uniknąć zwolnień skracany jest czas pracy, a produkcja przenoszona do tańszych krajów.
Mimo to szacuje się, że w całej branży, a więc również u dostawców, zwolni się w tym roku w Niemczech 100.000 osób. Dostawcy bankrutują (20% w tym roku) również dlatego, że firmy samochodowe nie są w stanie terminowo płacić za części, a banki odmawiają kredytów. Spadek produkcji aut u naszych zachodnich sąsiadów w 2010 szacowany jest na 1 mln sztuk.

Jak by tego było mało, pojawiła się nowa konkurencja: Internet. Dotychczas można było kupić w Internecie auta używane – teraz także nowe, z 20% rabatem !

Z perspektywy czasu, większość niemieckich eksporterów uważa, że decyzja rządu o dopłatach do zakupów nowych samochodów była zdecydowanie zła, bo dała jedynie krótkotrwałe ożywienie sprzedaży i obliczona była na doraźny efekt polityczny.

Wychodzi na to, że nasz rząd, wbrew malkontenckiej opozycji, nie jest taki zły.

niedziela, 9 maja 2010

Charyzma jest dobra na salonach

Prezydencka kampania wyborcza zaczyna sie rozkręcać. Okoliczności jej towarzyszące są szczególne, zważywszy na niedawną katastrofę pod Smoleńskiem.
Co prawda, to niby niedopuszczalne i w złym smaku co najmniej, aby kandydaci starali się o głosy, wykorzystując istniejące po żałobie nastroje społeczne, ale wszyscy wiemy, że w wyścigu do Pałacu, tak naprawdę, wszystkie chwyty będą stosowane.


Jeden sposób działania kandydatów (w oparciu o swoje partie), to promowanie siebie samych. A drugi, sprzężony z pierwszym, jak bracia bliźniacy, to aktywne obniżanie atrakcyjności kandydatów rywalizujących, czyli mówiąc po polsku, gnojenie przeciwników.

Szczególnie zainteresował mnie ostatnio pojawiający się w mediach temat charyzmatyczności.
Oczywiście w kontekście dwu kandydatów: Kaczyńskiego i Komorowskiego.
Politolodzy, politycy i kto tylko może, stwierdza, że Kaczyński jest wybitnie charyzmatyczny, a Komorowski nudny jak flaki z olejem i nie nadaje sie na Wodza Najjaśnieszej.

Trochę, muszę się przyznać, to do mnie nie trafia, bo w historii świata było wielu charyzmatycznych przywódców, ale skutki ich charyzmy były nierzadko tragiczne, chociaż początkowo ich przywództwo powodowało entuzjazm tłumów, a nawet omdlenia niewiast w różnym wieku. I społeczeństwa przez długi czas stały za nimi murem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że większość niekoniecznie ma rację. Wbrew powtarzanej często opinii, że społeczeństwo jako całość nigdy się nie myli. Otóż myli się jak cholera, a może nawet bardziej.

Przykłady pierwsze z brzegu: Hitler, Stalin, Salazar, Franco, Peron, Castro, Saddam Hussein, Chomeini. A także Napoleon Bonaparte.
Dlatego określenie „charyzmatyczny przywódca” nie jest eo ipso określeniem jednoznacznie pozytywnym. A może nawet wręcz przeciwnie.

(Chlubny wyjątek, potwierdzający jednak regułę: Jan Paweł II)

Ale po kolei. Niemiecki socjolog Max Weber (zmarł w 1920 roku) twierdził, że najlepsze warunki do pojawienia się charyzmatycznego przywódcy są wtedy, gdy istnieje stan zbiorowego zagrożenia. Najważniejsze jest więc, aby taki stan postrzegania rzeczywistości przez społeczeństwo istniał. Weber uważał, że tworzy się wtedy nowy katalog wartości i zbiorowej identyfikacji. To dopiero stanowi żyzny grunt do uatrakcyjnienia postaci charyzmatycznego przywódcy – zbawcy i pasterza narodu.
Ale, jak konkludował, władza taka staje się stopniowo niedemokratyczna, gdyż przywódcy żądają bezwarunkowego uznania ich katalogu wartości za jedynie właściwy.
Ten typ władzy ma charakter przejściowy i personalny i trudno jest znaleźć następców takich przywódców. Tyle Weber „w tym temacie”.

W Polsce obecnie jedyna partia i jedyny jej przywódca do którego pasuje opinia tego niemieckiego socjologa, to PiS i Jarosław Kaczyński. Gdyby okazało się, że jego charyzma skłoni społeczeństwo do wybrania go, to po raz kolejny w historii wzięłaby ona górę nad chłodną oceną kandydata do Pałacu. Bo pamiętajmy, że gdyby nie było katastrofy lotniczej, elektorat Jarosława nie różniłby się wielkością od, powiedzmy sobie, Olechowskiego czy Pawlaka.

Z ostatnich sygnałów wysyłanych przez ludzi Prezesa wynika, że PiS stara się wygładzić swój wizerunek, uspokoić retorykę i unikać agresywnych wypowiedzi.

To jednak o wiele za mało, aby społeczeństwo „łyknęło” nowego Jarosława. Pozostaje wciąż rzeka spraw, które sama powściągliwa obecnie postawa kandydata nie odsunie w zapomnienie. JK stworzył w IV RP listę pojęć, ocen i poglądów oraz duszną atmosferę polityczną, której zapomnieć się nie da.
Jeżeli obecnie JK uważa, że to wszystko było błędem, to trudno go zakwalifikować jako poważnego i zrównoważonego człowieka, o kwalifikacjach na urząd Prezydenta nie wspominając.
Poza tym musiałby - to co zrobił, do czego dążył - odwołać punkt po punkcie. Bo jeżeli pominie swoją przeszłość w IV RP milczeniem, to oznacza, że jedynie odwiesza na okres wyborów swoje prawdziwe oblicze, przyjmując dla celów kampanii kamuflaż obliczony na naiwność i sklerozę wyborców.
Warto pamiętać, co Prezes mówił po przegranych wyborach parlamentarnych: "IV RP to nie jest idea na jeden sezon, nie na jedną kadencję. Ta idea lepszej, sprawiedliwszej Polski pozostaje żywa".
"IV Rzeczpospolita tak czy owak wróci. Kraj skonstruowany na podobieństwo III RP nie ma żadnych szans rozwoju".

Oraz:
"Wszyscy dziennikarze pracujący dla niepolskich właścicieli powinni stosować pewien zakres samokontroli. (...) chodzi przede wszystkim o media niemieckie".

"Tych moherów jest w Polsce dużo więcej, niż się sądzi. To są ludzie, którzy są przywiązani do polskiego państwa i polskości. Nie ukrywam, że my na nich stawiamy, to zdecydowanie nasz elektorat. Każdy głos przyjmiemy z radością, ale uważamy, że podstawą budowy porządnego polskiego państwa są właśnie ci ludzie".

Po likwidacji WSI: „nie spodziewałem się, że żyliśmy naprawdę w Ubekistanie".
"Lista wszystkich agentów powinna być ujawniona. To warunek porządku moralnego w Polsce i poważny element uporządkowania spraw w życiu publicznym i gospodarczym". "Natomiast ujawnienie wszystkich materiałów, dotyczących wszystkich obywateli, to jest przedsięwzięcie co najmniej wielce ryzykowne".

Czy JK nadal uważa, że to komuniści promowali Lecha Wałęsę na urząd prezydencki ?

I tak dalej, i tym podobne.
Pamiętajmy, że otoczenie, które stworzył JK to ci sami pełni nienawiści ludzie, którzy spowodowali, że w powszechnej opinii PiS stał się partią bez przyszłości, opartą na jednym, nie do zastąpienia, samotnym człowieku.
Ale to było przed 10 kwietnia. Od tego czasu, część opinii publicznej się zradykalizowała, a niektórzy twierdza, że dopiero teraz doceniają działalność tandemu bliźniaków.
Oszaleli ?
Aby wykorzystać maksymalnie społeczne współczucie, Jarosław K. unika mediów, a jego pretorianie wytwarzają napięcie i oczekiwanie na pierwsze kampanijne słowa Wodza, które wkrótce padną.

Ja myślę, że w Pałacu potrzeba dzisiaj przywódcy uczciwego, zrównoważonego i NORMALNEGO, współpracującego nad wypracowaniem spójnej relacji: rząd – prezydent.
Z obecnych poważnych kandydatów jedynie Komorowski budzi szacunek, sympatię i nadzieję.

A nie agresywnego zakompleksionego fanatyka, który walkę z rządem uczynił już dawno swoim posłannictwem.

Charyzma jest dobra na salonach.

wtorek, 27 kwietnia 2010

Pospieszne hipotezy

Rośnie lawinowo ilość hipotez dotyczących katastrofy pod Smoleńskiem.
Trudno za nimi nadążyć, ale poza „oczywistą” wersją zestrzelenia rakietą, zmylenia przyrządów nawigacyjnych samolotu, przemieszczenia świateł nakierowujących lądujący samolot na pas, zaingerowania w system mierzący aktualną wysokość od ziemi, istnieje przypuszczenie rozstrzelania na ziemi jeszcze żywych członków załogi samolotu.
W tle powyższych wersji wyłania się z gęstniejącej mgły obraz chichoczących Putina i Miedwiediewa zjednoczonych we wspólnym celu: wyeliminowania za jednym zamachem (zamachem !) elity polskich przywódców cywilnych i wojskowych.

W tej zamglonej gmatwaninie obłędnych hipotez pływają w TVP różne pospieszalskie ryby i podrzucają sobie nawzajem coraz bardziej paranoidalne przypuszczenia, które w rezultacie mają wypromować jedynego człowieka godnego posady następcy-kontynuatora w Pałacu Prezydenckim. Takiego Lecha-bis.
Gdyby ten plan się zrealizował, byłoby to w nowoczesnym świecie i w Europie wydarzenie kuriozalne. Szczególnie w obliczu bardzo słabej oceny Lecha jako prezydenta w końcówce jego życia.

Jeszcze bardziej dziwne jest to, że w następstwie tragicznej śmierci, w kilka dni, ostatniemu prezydentowi podskoczyły notowania aż o 25% ! Znaczy, że po śmierci stał się lepszy o 25% ?
Chyba tak, bo gdyby nie umarł, byłby o te 25% gorszy. Logiczne ? Tak, chociaż bez sensu.
Jedyny powód tej zmiany ocen tkwi zatem w histerycznym i chimerycznym podejściu społeczeństwa do ludzi – uczestników katastrofy. Po prostu społeczeństwo postrzega ofiary inaczej niż gdy były żywymi ludźmi. Ustawicznie powtarzany w TV komputerowo generowany przebieg nieszczęsnego lądowania, dzięki towarzyszącej widzom telewizyjnym empatii wzmaga w wielkim stopniu współczucie dla ofiar.
To w wymiarze ludzkim jest zrozumiałe, ale nie powinno mieć żadnego wpływu na ocenę tego jak człowiek, za życia, piastował urząd na który został powołany. No, ale jak widać ma.
Z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że gdyby zmarł nagle na zawał, lub w wyniku upadku ze schodów pałacowych po wesołym bankiecie, współczucie narodu byłoby znacznie mniejsze a i Wawel niepewny.
Tak to, jak zawsze twierdzę, przypadek często powoduje spore zawirowania.

Przykład koronny: gdyby arcyksiążę nie upierał się, aby z żoną zafundować sobie przejażdżkę po Sarajewie w 1914 roku, nie zginęłoby 20 milionów ludzi.

Bo gdyby latającą maszyną dowodził zwyczajny, cywilny, kapitan np. LOTu, czy SASu, czy Lufthansy i miał zaplanowane przed wylotem, jak to jest standardem, 2 lotniska awaryjne – to według normalnych procedur skorzystałby z jednego z nich i ceremonia w Katyniu byłaby tylko nieco opóźniona. I dalej żyłoby tych 96 nieszczęsnych ludzi.

I tylko redaktor Pospieszalski z kolegami nie mógłby pospieszać z pospiesznymi choć zawoalowanymi hipotezami antypolskiego spisku pewnej grupy z poza kraju realizującej celowy zamach. Do której to grupy, to moja podpowiedź, powinien dodać ministra Klicha, za którego kadencji nie wyjaśniono do końca przyczyn wypadków CASY, MI-2 oraz Bryzy. Czy więc katastrofa Tupolewa to naprawdę przypadek ?? Czy może... Nie daj Boże.

sobota, 17 kwietnia 2010

Jeszcze Polska nie zginęła !

Celibat zaostrza zmysły, a śmierć stępia krytyczne oceny.
Ta ostatnia konstatacja obrazuje stan emocji w narodzie po koszmarnym wypadku lotniczym pod Smoleńskiem. Gdyby brać poważnie niektóre telewizyjne wypowiedzi pielgrzymujących do Pałacu Prezydenckiego rodaków, to nastąpił Armageddon i koniec świata, a nasz naród juz nigdy się nie podźwignie w oparciu o tych, którzy pozostali przy życiu. Takich „Polaków” jak, za przeproszeniem, Tusk, czy Komorowski.


Naród, który od szkoły podstawowej w ramach nauki języka polskiego i historii karmiony jest nadmiernie martyrologią rodaków, odsłanianiem coraz to nowych pomników bohaterów walki i męczeństwa, czyli kultem śmierci w obronie ojczyzny (taka polska wersja Dżihadu), wpadł obecnie w psychozę kultu zmarłego prezydenta i jego żony.
Ma sie to nijak do chłodnej oceny jego prezydentury przez społeczeństwo jeszcze miesiąc temu, a więc również do oceny jego jako człowieka (bo w końcu był najpierw człowiekiem a potem prezydentem) za jego doczesnego życia.
Jak wszyscy wiemy, kolejne sondaże nie dawały mu żadnych szans w I jak i w II turze wyborów. Zarzucano mu małostkowość, bierność, złośliwość, psucie wizerunku Polski za granicą itd. itp.
Nie zdołał nawet opanować swojej, nazwijmy to łagodnie, niechęci do premiera, gdy ten po angielsku witał Condoleezzę Rice. Rozumiem, że nie rozumiał co Tusk do niej mówił, ale czy to wystarczy żeby publicznie obśmiewać kolegę-rodaka i premiera Polski ?
Lub aby domagać się reakcji kanclerz Merkel na artykuł o „kartoflach” w prywatnej niemieckiej gazecie ? Można by przytaczać w nieskończoność jego nieudolności, małe i duże złośliwości oraz epitety którymi hojnie obdarzał adwersarzy.
I nagle, po tym tragicznym wypadku lotniczym, media kreują go na Wielkiego Męża Stanu i Męża Opatrznościowego naszego narodu. Człowieka ciepłego i dowcipnego zarazem. Takiego dobrego wujka z Pałacu Prezydenckiego.
Kanał TVP w reportażach przytacza opinie ludzi w rodzaju: „To był jedyny prawdziwy patriota” lub „W katastrofie pod Smoleńskiem straciłam życiowy drogowskaz”. Współczuję tej pani.

W obliczu nagłej i tragicznej śmierci, niektórzy ludzie wyraźnie zatracili wszelkie proporcje. Głosami nieznanych – dotychczas - osób zgłosili parę prezydencką na Wawel, a kardynał Dziwisz bezmyślnie „przyklepał” tę propozycję.
I w ten sposób zamienił okres żałoby w okres polemiki i kontestacji. To przed pogrzebem, a co będzie w następnych dniach, czy tygodniach ? Pojednanie narodu i polityków w następstwie tragicznej śmierci ? Ukulturalnienie debaty politycznej i wprowadzenie jej na tory czysto merytoryczne ?
Wiara w takie następstwa w ogóle, a teraz szczególnie, to chyba krańcowa naiwność.
Już dużo bardziej prawdopodobne jest obecnie zbliżenie Polski z Rosją, niż zbliżenie rozentuzjazmowanych, a podzielonych Polaków.
I tak jak bezsensowna była próba wylądowania w technice „na oko” i we mgle z elitą polityczną państwa na pokładzie (takie polskie kamikaze, albo „Polak potrafi”), tak bezsensowna była decyzja kardynała o pochówku na Wawelu.
Szkoda tylko, że nieco w cieniu powyższych turbulencji, pozostał los i rozpacz rodzin po śmierci tylu innych pechowych pasażerów tego Tupolewa 154M.

niedziela, 11 kwietnia 2010

Polacy. Islamofoby i rasiści ?

W Warszawie ogłoszono, że powstaje nowy meczet.
Budowę finansuje szejk z Arabii Saudyjskiej. Miejsce wybrano historyczne dla Polaków: Reduta Ordona. To wkurzyło nieco warszawiaków i nie tylko ich. Na manifę protestacyjną przyjechali również rodacy z różnych krajów Europy, zaalarmowani tym wydarzeniem. Oczywiście protestujący mieli wielokrotna przewagę liczebną nad zwolennikami budowy (hasła na ich transparentach: Islamofoby !, Rasiści !), ale nie to jest istotą sprawy.


Wyznawców proroka jest u nas niewielu, raptem około 20 tysięcy. To kropla w morzu w porównaniu do Francji (4 miliony), czy Niemiec (3 miliony). Więc to raczej burza w szklance wody. Po co ten protest ? Komu zagraża 20 tysięcy mahometan pragnących uzyskać wreszcie godne warunki do modlitwy i spotkań ? Czy Polacy to „islamofoby” i rasiści ?

Po kolei.
Fakt, że kapitał saudyjski finansuje budowę efektownej, nowoczesnej świątyni moim zdaniem świadczy o tym, że Polska, członek Unii Europejskiej, rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Dopóki Polska była biednym postkomunistycznym krajem, kapitał saudyjski czy omański nie finansował budowy meczetów, chociaż Tatarzy polscy mieszkają tu od ponad 500 lat, są doskonale zintegrowani i przelali w tym czasie wiele własnej krwi w obronie Rzeczpospolitej.
Nawiasem mówiąc, Tatarzy polscy (w końcu tylko mniejszość narodowa) zapisali wyjątkowy i chlubny rozdział naszej historii walki o wolność. Zapewne dlatego wśród protestujących znalazły się transparenty „Tatarzy TAK, Liga Muzułmańska NIE”.

Natomiast w poprzedzających kilkudziesięciu latach „uchodźcy” z krajów islamskich uchodzili głównie do bogatych krajów zachodniej Europy i Australii. Często pod pozorem rzekomych prześladowań w macierzystych krajach. Socjalistyczne administracje na przykład w krajach skandynawskich już od 60tych lat kierując się poprawnością polityczna przyjmowały uchodzących „uchodźców” w imię miłości chrześcijańskiej i solidarności z uciemiężonymi i prześladowanymi. Takim „biedakom” nie wypadało odmawiać prawa do osiedlania się i pomocy finansowej. Gdy którykolwiek z miejscowych polityków protestował przeciwko pochopnemu udzielaniu statusu uchodźcy, szybko okrzyczany był egoistycznym rasistą a z taką nalepką na życiorysie nie mógł marzyc o dalszej karierze. A stopniowo rzesza azylantów spod znaku półksiężyca rosła liczebnie i dysponowała sprytnymi prawnikami, którzy dbali o to, aby żaden „uchodźca” nie został deportowany. Naiwne i zamożne społeczeństwa skandynawskie nie zawracały sobie głowy napływem pojedynczych czarnowłosych przybyszów, a piękne nordyckie blondynki były wręcz zafascynowane smagłymi młodzieńcami.

Pracując wiele lat w Skandynawskich Liniach Lotniczych SAS, poznałem proste i popularne metody „wciskania się” do zamożnej Danii czy Szwecji. Gościu w którymś z islamskich krajów kupował paszport z fałszywą wizą i bilet lotniczy w pakiecie od zawodowego „szmuglera” za parę tysięcy dolarów, na takich samych zasadach jak robią to często np. Czeczeni, Mołdawianie czy Gruzini planując obecnie wyjazdy „turystyczne” do Unii Europejskiej. Przed lądowaniem w Kopenhadze czy Sztokholmie przyszły Skandynaw wyrzucał dokumenty do samolotowego kibla i podczas kontroli paszportowej powtarzał rzekomo jedyne słowo jakie znał: azyl, azyl. Trzeba było sprowadzać na lotnisko tłumaczy, ale nie było od razu wiadomo z jakiego języka. I już sprytny gościu nocował w lotniskowej „przechowalni”. Po rozszyfrowaniu jego kraju pochodzenia pokazywał gest obrazujący poderżnięcie gardła, co miało oznaczać, że to właśnie czekało na niego po ewentualnej deportacji. Wtedy już sprawą zajmowała się prasa polująca na newsa. To nie do wiary, ale skandynawskie władze bojąc się stygmatu rasistowskiego, przerzucały lekkomyślnie i bez komplikacji takich azylantów do obozów przejściowych, co było już przedsionkiem do załatwienia im prawa pobytu.

Skandynawia zaczęła już w latach 60tych uchodzić za raj dla uciemiężonych. I uważała to za zaszczyt i powód do dumy.

Zamożni nordycy (podobnie jak mieszkańcy zachodniej Europy) nie interesowali się tym, że jeden azylant po paru miesiącach przymusowej kwarantanny domagał się połączenia z rodziną, zwykle bardzo liczną. A adwokaci już wyspecjalizowani w obronie interesów kolorowych „biedaków” nauczyli się skutecznie doprowadzać do legalnego już sprowadzania ich krewnych (niehumanitarne jest odmawianie kontaktu z bliskimi), co sprawiało, że po kilku latach jeden azylant stawał się zalążkiem wieloosobowej rodziny. Wszystko na koszt skandynawskiego podatnika.
Azylanci islamscy, aby nie czuć się wyobcowani w nowych miejscach pobytu, uczęszczali na sponsorowaną przez Skandynawów naukę nowego języka (niechętnie) i otrzymywali comiesięczne zasiłki (to był prawdziwy cel ich podróży).
No i potrzebowali miejsc do modlitwy zgodnie ze swoja religią. A że nie dysponowali środkami, trzeba im było sfinansować budowy meczetów. Ewentualna odmowa sponsorowania była natychmiast oprotestowywana i okrzyczana jako przejaw nietolerancji, rasizmu i znieczulicy.
A społeczności islamskie w Skandynawii stopniowo rosły w siłę, tym bardziej, że znani z dużego przyrostu naturalnego powiększali się szybko liczebnie i ci nowo narodzeni stawali się już obywatelami Danii, Norwegii, czy Szwecji. A obywatel, to już o wiele więcej niż uchodźca i ma prawo domagać się i żądać. Oraz z czasem wpływać na politykę swojego nowego kraju.

Od samego też początku tej nowej imigracji powstawać zaczęły w miastach enklawy nędzy, bezrobocia i przestępczości. Enklawy te łączyła obca krajowi gospodarza religia, stopniowo coraz bardziej zradykalizowana i konfrontacyjna. A nic tak bardzo nie dzieli ludzi, jak odmienność religijna. To wiemy, bo więcej ludzi zginęło w wojnach religijnych, niż we wszystkich innych konfliktach zbrojnych.

Z czasem Skandynawia zatraciła swój skandynawski koloryt i obudziła się z obiema rękami w nocniku. Ale to przebudzenie obecnie już nic nie da. Trudno walczyć z własnymi obywatelami.
Pod hasłami tolerancji dla uchodźców i miłosierdzia dla prześladowanych, naiwni i zamożni frajerzy z północy oddali już w dużej mierze swe kraje z niepowtarzalną historia, kulturą i tradycjami we władanie ludziom, którzy z tą historia, kultura i tradycjami nie maja absolutnie nic wspólnego. Że tak powiem, wręcz przeciwnie.

Podobne procesy zaszły już dawno w Niemczech, gdzie miejscowym nie chciało się wykonywać prac fizycznych i sprowadzali sobie tanią siłę robocza z Turcji. Teraz walczą o przetrwanie i zachowanie własnej tożsamości narodowej, a pani kanclerz ostrożnie ostatnio protestuje przeciwko gimnazjom prowadzonym w języku tureckim przez nauczycieli oczywiście nie znających języka niemieckiego, a będących na 2 letnich kontraktach organizacji podległej rządowi tureckiemu.
A administracje miast niemieckich, wychodząc naprzeciw postulatom społeczności nieislamskiej (wciąż jeszcze będącej większością) bardzo nieśmiało zgłaszają zastrzeżenia co do lokalizacji i wielkości planowanych meczetów (w Kolonii wyznawcy Proroka żądali początkowo 60 metrowych minaretów !). Nieśmiało, aby nie zgrzeszyć przeciwko poprawności politycznej i nie uchodzić za nietolerancyjnych spadkobierców faszyzmu. Problemy z ułożeniem sobie właściwych stosunków z mahometanami prześladują kolejne administracje niemieckie, a końca ich nie widać.
Widać natomiast wyraźnie, że napór Islamu na Europę wzrasta z każdym rokiem.

Czy to jest zagrożenie czy szansa ? I jedno i drugie. Dla Europy o korzeniach chrześcijańskich to nowe i szybko postępujące zagrożenie, ale dla Islamu to wielka dziejowa szansa. Szansa na stopniową dominację w tej części świata. I nie ważne, że nastąpi to dopiero za kilkadziesiąt lat. Ale nastąpi na pewno, bo wystarczy porównać rozrodczość wyznawców Islamu w ich nowych ojczyznach z tą europejskich chrześcijan.
Półżartem: to taki bardzo skuteczny, chociaż opóźniony, odwet za „nasze”wyprawy krzyżowe. I za zwycięstwo połączonych armii pod dowództwem króla Jana III Sobieskiego pod Wiedniem.

Na własne życzenie zamożnej, krótkowzrocznej i naiwnej Europy. Spętanej tzw. poprawnością polityczną, która stanowi swoiste kajdany nałożone na rozum, i instynkt samozachowawczy.

W czasie manify obok placu budowy warszawskiego meczetu, padały często z obu stron identyczne hasła: Tolerancja ! Demokracja ! To piękne słowa. Z tym, ze każda strona rozumie je inaczej.
Chrześcijanie, czy też niewierzący chcieliby tolerancyjnego i humanitarnego Islamu.
Takiego, którego wyznawcy chętnie i łatwo integrują się z obywatelami nowej ojczyzny-gospodarza.
Są otwarci na obyczaje i sposób życia „miejscowych”.
Podobnie jak Polacy w Niemczech, Skandynawii, Skandynawowie w Anglii czy Francji, itd.
Takiego Islamu, który nie powoduje tworzenia zamkniętych enklaw jak bastionów religijnych, gdzie miejscowy Francuz, Duńczyk czy Anglik praktycznie, dla własnego bezpieczeństwa, nie powinien się dzisiaj pojawiać.
Takiego Islamu, który jest religią pojednania a nie konfrontacji z „niewiernymi” kraju-gospodarza.
Takiego, który nie ogłasza fatwy i nie ściga pisarza czy karykaturzysty.
Takiego, który daje równouprawnienie kobietom, i nie ubiera ich w stroje, które przypominają pokrowce na meble. Idea możliwie jak najszczelniejszego zakrywania ciała kobiety jest zupełnie obca w tej części świata i w obecnych czasach.
Tak samo jak obca naszej cywilizacji jest idea gloryfikowania samobójstwa jako metody walki politycznej, rozwiązywania konfliktów, jako symbolu patriotyzmu i skutecznego sposobu pozbywania się „niewiernych”.

Cywilizowany świat chciałby takiego Islamu, który potępia swoich wyznawców mordujących siostry, żony i córki w obronie „honoru” rodziny. Palących szkoły dla dziewcząt, kamienujących na śmierć zgwałcone dziewczęta jako cudzołożnice, okaleczających małe dziewczynki – wszystko w imię Allaha, bo Koran i Szariat to nakazuje.

Tolerancyjny Islam w naszym rozumieniu to przede wszystkim nieuważanie chrześcijan, czy żydów za „niewiernych”. Bo konsekwencją tego jest dążenie do rozszerzania wpływów Islamu środkami, które w rezultacie są zaczynem dla rozwoju terroryzmu.
To że wielu wyznawców Islamu uważa walkę na śmierć i życie z „niewiernymi” za swoją życiową misję i posłannictwo, to nie wymysł rzekomych „islamofobów”. To fakty.
Ataki na ludność cywilną w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie, Biesłanie, Moskwie, Kizlarze itd. to rzeczywistość. A historia prawie z każdym dniem dopisuje do tej listy nowe lokalizacje i nowe zbrodnie.

Islam nawet w czysto islamskich krajach nie jest w stanie wyrzec się stosowania zbrodniczych metod na niespotykaną w Europie skalę. I tak w Iraku szyici mordują codziennie sunnitów, a sunnici szyitów. Czy może więc dziwić traktowanie przez Chrześcijan Islamu jako religii nienawiści i skrajnej nietolerancji ?
Czy w ramach chrześcijaństwa katolicy mordują prawosławnych lub protestantów ? Lub vice versa ?
Różnice w praktycznych metodach podchodzenia do „innych” są aż nadto widoczne w tych dwu religiach w naszych czasach.

Dlatego niech islamscy zwolennicy budowy warszawskiego meczetu nie szermują kompletnie obcymi Islamowi hasłami tolerancji dla siebie. Nie teraz.

W obecnych czasach światowy Islam powinien zorganizować się i usilnie działać w kierunku ucywilizowania „swoich”. Współdziałać z europejskimi i światowymi organami ścigania, aby zapobiegać w zarodku organizowaniu zamachów terrorystycznych. W koordynacji z nimi przenikać skutecznie do islamskich komórek terroru, ponieważ organa wywiadu w naszej części świata mają znacznie utrudnioną możliwość ich penetracji i inwigilacji, ze zrozumiałych powodów etnicznych, kulturowych i językowych.

Niestety, nic takiego obecnie nie ma miejsca. Przeciwnie. W wielu krajach islamskich zbrodnie ekstremistów budzą często nieskrywaną satysfakcję. A najczęściej napotykają na bierne postawy obywateli.
Można to porównać z zupełną biernością Niemców w 30 i 40tych latach w obliczu powszechnej wiedzy o zbrodniach Hitlera i jego ekipy.
Po kolejnym wysadzeniu się „wiernego” w imię obrony wiary i uśmierceniu „niewiernych”, wśród opinii publicznej tamtego świata rozlegają się głosy rejestrowane nawet prze telewizję Al Jazeera: Kolejny raz dowaliliśmy „niewiernym” ! Niech czują naszą potęgę !

Uważam również, że władze naszego kraju (i reszty Europy) winny standardowo uzależniać wydawanie zezwoleń na budowę kolejnych meczetów, udzielaniem zezwoleń na budowę chrześcijańskich świątyń w krajach Islamu. I aprobatą na publiczną działalność ośrodków kultury chrześcijańskiej w ich krajach. Zacznijmy może od Rijadu.

Mam dosyć naszej naiwnej „tolerancji dla innych kultur”, gdy za pieniądze uzyskane ze sprzedaży ropy, Arabia Saudyjska finansuje budowy meczetów i madras w których uczy się nienawiści, a nie udziela żadnych pozwoleń na finansowanie przez Amerykanów czy Europejczyków budowy kościołów, synagog, czy szkół religijnych w których uczono by miłości i prawdziwej tolerancji.

W wyniku handlu ropą Europa pośrednio, ale de facto, finansuje działalność komórek terrorystycznych we własnych krajach. I czynnie wspomaga islamizację tej części świata.

Tolerancja ? Tak, ale w obie strony.
Tylko w taki sposób mogą wyznawcy Islamu „oswoić” do niego Chrześcijan i spowodować, że nasi rodacy z sympatią powitają powstanie kolejnego przybytku islamskiego kultu religijnego.

Niestety, obecnie to wirtualna „pieśń przyszłości”.

środa, 3 lutego 2010

„Tęsknię za tobą, Żydzie !”

To nowa akcja ambitnego artysty-plastyka Rafała Betlejewskiego, którą, jak pisze prasa, właśnie rozpoczął.
Polega na malowaniu na murach miast wielometrowych napisów „Tęsknię za tobą, Żydzie !”.
Gdy malował na Powiślu, zatrzymała go policja pod zarzutem szerzenia antysemickich treści. (?!)


Jest to jedna z wielu akcji, które różni plastycy inicjują aby zaistnieć medialnie. Taki marketing artystyczny z przesłaniem. Z tym, że temat wybrany przez Betlejewskiego to Żydzi, a okazja to Międzynarodowy Dzień Pamięci Ofiar Holocaustu.
A Żydzi to temat w Polsce, jak by to określiła prasa komunistyczna, „nabolały”.
I to od kiedy sięga pamięć najstarszych Polaków.
Polaków ?
A polscy Żydzi to nie Polacy ? A kto decyduje o tym kto jest Polakiem ? Nie chodzi tu oczywiście o obywatelstwo, bo to jest oczywiste. Ale kto jest POLAKIEM ?
Czy ja, z pochodzenia Tatar, jestem Polakiem ? Moi przodkowie są w Polsce od XVI wieku, ale czy to wystarczy, żeby uważano mnie za Polaka ?
Jeżeli tak, to dlaczego Żydzi, oraz ich sympatycy, jak uważa m. in. motłoch na stadionach piłkarskich, czy policjanci którzy zatrzymali Betlejewskiego, powinni spier... do Izraela ?
Więc może i ja do Tatarstanu ? Na szczęście motłoch póki co nie zabrał się za „naszych”.
To niesamowite, jak emocjonalnie reaguje nasz naród na słowo „Żyd”. Widać, że to nie Stany, czy parę innych cywilizowanych krajów, np. Argentyna czy Urugwaj.

Przy czym Żyd, według naszego motłochu, to nie tylko obywatel Izraela, ale ktokolwiek, kto wydaje się nam wredny lub podejrzany. Lub ma tzw. dziwne nazwisko. Mogą to być również członkowie innej niż „nasza” drużyny piłkarskiej i to nie tylko z innego miasta, ale również z naszego. Pełen obłęd.
Przypomina to jako żywo czasy Ustaw Norymberskich z 1935 roku i powiedzenie przypisywane Goeringowi : Wer bei mir Jude ist, bestimme ich! - czyli, ja decyduje o tym kto jest Żydem.
(Na marginesie: faktycznie powiedzenie to pochodzi od Dr Karla Luegera, słynnego burmistrza Wiednia z przełomu XIX i XX wieku i miało nieco inny kontekst polityczny. Lueger twierdził z rozbrajającą szczerością, że antysemityzm jest świetnym narzędziem awansu politycznego, ale gdy już osiągnie się swoje cele, nie służy niczemu, jest tylko sportem motłochu. Dlatego Hitler z początku podziwiał antysemityzm Luegera, ale w końcu doszedł do wniosku, że był to antysemityzm na niby. I tak z bezkrwawego przeistoczył się w największą zbrodnię w dziejach ludzkości, co powinno wszystkim dawać do myślenia).

Czy to, że w piećdziesiątych latach XX wieku pracując w bezpiece mordowali Polaków-Goi skazuje wszystkich Polaków pochodzenia żydowskiego na wieczne potępienie ?
Jeżeli tak, to dlaczego tak usilnie staramy się robić dobre geszefty z Niemcami ? I tak licznie pracujemy w niemieckich firmach. W niepodległej przecież Polsce i w Niemczech. Gdzie tu logika ?

Zwykle nie lubimy tego przed czym mamy obawy, albo czego dobrze nie znamy, albo przed czymś, co jest nam obce. A Żydów się boimy, bo mogliby nas wykupić i zrobić z nas niewolników – wielu Polaków ma to w podświadomości. Gołym okiem widać jak ta wszędzie mniejszość kontroluje dużą część światowych mediów, bryluje w kulturze, finansach itd. - od zawsze.
Do tego stopnia się obawiamy, że wypatrujemy Żyda w każdym, kto nam nie odpowiada. Jeżeli gdzieś podejrzewamy spisek, to z pewnością stoją za nim Żydzi. Nie twierdzę, że tak czasem nie jest, ale to wynika z wielu czynników – chcą przetrwać jak najlepiej, wszędzie będąc mniejszością.
A są często bystrzejsi i bardziej solidarni niż Goje. Czy dlatego mamy ich nienawidzieć ?
Jeżeli uważamy, że jesteśmy gorsi, czy głupsi, czy mniej solidarni, to pewnie nic innego nam nie pozostaje. Nasza niechęć jest wtedy oznaką naszej słabości.
A co myśleć o Żydach, którzy robią w bambuko innych Żydów ? Madoff przecież oszukał na gigantyczne sumy mnóstwo prominentnych Żydów na całym świecie. I dodatkowo zrobił z nich publicznie idiotów. Czy może wróg naszych wrogów jest wtedy naszym przyjacielem ?

Każdy facet nieco zaawansowany intelektualnie staje do codziennej walki o przetrwanie z Żydem, Niemcem, czy za przeproszeniem, Francuzem. Oraz innym Polakiem. Bez kompleksów. To jest normalne życie samca na tej ziemi.

Jak więc ocenić Betlejewskiego malowanie napisów na murach naszych miast ?
Ja to oceniam tak samo jak graffiti, które brudzą czasami świeżo odmalowane ściany. I tyle. Lepsze to niż wulgarne słowa, które pokazują tylko chamstwo piszącego.
Jeżeli jednak gościu chce wyrazić swoją prawdziwą tęsknotę wizualnie, niech lepiej wykupi duuuuże ogłoszenie w Wyborczej. Albo w Naszym Dzienniku.