Zaplanowaną i będącą wynikiem uprzedniego trójstronnego porozumienia uroczystość przeniesienia krzyża z pod Pałacu Prezydenckiego oglądała w telewizji lub na żywo większość tego szarpanego wydumanymi konfliktami narodu. Oraz turyści i korespondenci zagranicznych mediów.
Na ten temat wypowiedzieli się już posłowie, senatorowie, socjologowie i zawodowi komentatorzy.
Zobaczyliśmy głębokie podziały i mnóstwo adrenaliny towarzyszącej wygłaszanym opiniom.
Oto kolejny konflikt polityczno-religijny Polski początku XXI wieku. Dla „prawdziwych Polaków” Polska jest nadal państwem-niewolnikiem, tak jakby nadal istniał Wielki Brat, który wszystko widzi i wszystkim kieruje. Przez swoich lokalnych „polskojęzycznych” popleczników zorganizował sprytnie mega-zamach usuwając za pomocą jednego wypadku lotniczego dużą część elity politycznej naszego kraju. I kieruje obecnym śledztwem tak, aby niewygodne dla niego szczegóły nie wyszły na jaw.
Jako że ci poplecznicy hegemona są oczywiście żydokomuną, walczą też z symbolami naszej wiary ojców. Stąd mają alergiczny stosunek do przedpałacowego krzyża, tak jak dawniej mieli do Lecha Kaczyńskiego. Żyd Bronek Komorowski i potomek hitlerowców sprzedawczyk Donald Tusk wespół w zespół realizują politykę obcych państw. Takie i podobne opinie słyszałem osobiście, stojąc pod samym krzyżem przez niecałe 15 minut w słoneczny dzień 11 sierpnia Roku Pańskiego 2010.
W naszym codziennym życiu politycznym dużo łagodniejsze epitety skutkują pozwami o zniesławienie i naruszenie dóbr osobistych. A tu w bliskości 2 desek zbitych na krzyż, wolno bluzgać bezkarnie na demokratycznie wybranych przywódców, co oszołomom ślina na język przyniesie. (To lepsze niż poselski immunitet !).
Taki mniej więcej obraz sytuacji kreują „prawdziwi Polacy” czyli PIS i TV Trwam/Radio Maryja oraz wspierani przez te ośrodki destrukcji państwa, fanatycy ultranacjonal-religijni. I śpiewają pod krzyżem znaną pieśń z wymownym zakończeniem „... Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Logicznie więc biorąc jesteśmy nadal niewolnikami w służbie obcych hegemonów. Z tym, że dawniej był to Związek Radziecki, a obecnie to Moskwa i Bruksela.
Chociaż szaleństwo i absurd tego wszystkiego jest widoczny dla każdego normalnego człowieka, część społeczeństwa zachowuje się jak chory psychicznie, który widzi i słyszy to, co Ty czytelniku uważasz, że nie istnieje.
Trudno jednak pogodzić się z faktem, że ci chorzy mają mieć istotny wpływ na porządek publiczny w kraju. A tak właśnie jest - to widzieliśmy kilka dni temu przed Pałacem Prezydenckim.
Grupka szczególnie agresywnych fanatyków w liczbie poniżej 100 wygrała z policją i siłami porządkowymi w liczbie 1000 osób. Nie mówiąc juz o księżach, którzy pokornie słuchali wrzeszczących do nich przez megafony oszołomów nacjonal-religijnych.
W rezultacie mała grupka ludzi narzuciła swoją wolę przeważającej większości.
W naszej historii, w czasach złotej wolności, było już coś takiego jak Liberum Veto (wiek XVII-XVIII), co skutkowało zrywaniem sejmów jednym protestującym głosem.
Natomiast, jak widzieliśmy, na warszawskiej ulicy odmiana Liberum Veto funkcjonuje nadal i skutecznie rujnuje porządek publiczny. Tak jak przed wiekami pojedyncze osoby destabilizowały państwo, tak obecnie grupka fanatyków destabilizuje porządek publiczny obnażając tym samym słabość władz świeckich i kościelnych.
Trzeba nazwać rzecz po imieniu: Władzy i Kościołowi brakuje „jaj”, brakuje zdecydowania w działaniu i odwagi cywilnej. Kunktatorzy wzięli na przeczekanie i unikają jak ognia konfrontacji z siłami ciemnoty i fanatyzmu w nadziei, że wszystko się z czasem ułoży samo, więc po co się narażać na ewentualną krytykę.
Niechaj więc nadal setki policjantów (opłacanych z naszych podatków) zamiast zapewniać nam bezpieczeństwo w mieście i okolicach, stoją w upale przyglądając się sennie grupce oszołomów. A społeczeństwo niech otrzymuje codziennie klarowny sygnał: kto stanie obok zbitego z 2 desek krzyża, może opluwać demokratycznie wybranych przywódców państwa oraz reprezentantów Kościoła. I korzystać z pełnego immunitetu.
Państwo polskie krzyża, ani „krzyżowców” nie ruszy, bo się boi. Pytam: czego ?
Czy taki słaby rząd będzie miał odwagę przeprowadzać niezbędne, a mało popularne reformy gospodarcze ? Czy też z uwagi na ewentualną krytykę będzie kluczył w powodzi miałkich półśrodków. A co z jego polityką zagraniczną, jeżeli nie jest nawet w stanie zapewnić porządku na ulicy przed siedzibą wybranego w wolnych wyborach Prezydenta ?
Pamiętajmy, że sprytny przeciwnik, partner, kontrahent czy oponent w mgnieniu oka wyczuwa słabość drugiej strony. I eksploatuje ją ile się da. „Krzyżowcy” już dawno rozpoznali tę drugą stronę i pokazują mnie, Tobie i rządowi swój środkowy palec.
Czy nie nadszedł czas na zdecydowanie, stanowczość i działanie wybranych przywódców ?
A może po prostu to określenie do nich nie pasuje ?
czwartek, 12 sierpnia 2010
środa, 14 lipca 2010
Krzyże nienawiści
Wybory za nami. Kurz wyborczy opadł. Wybraliśmy w końcu kogo trzeba. Nastały upały i chodzimy trochę „przymuleni”. Z wyjątkiem tych, którzy wyjechali na lipcowy odpoczynek i pływają w ciepłych morzach i jeziorach. Atmosfera leniwa. Rodacy mieli spokój i mogli się całkowicie skoncentrować na mundialowym finale.
Jako, że nasza reprezentacja narodowa nie pchała się nachalnie na te mistrzostwa, musieliśmy się emocjonować zmaganiami innych. I już by się wydawało, że w polityce w te wakacje wieje nudą, a tu raptem pojawił się nowy polski spór: o krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim.
Po co i na co żyć we względnej zgodzie, kiedy tak pięknie i żarliwie można sobie skakać do gardeł ? Jedna strona, nazywająca siebie od dawna „prawdziwymi Polakami” jest za pozostawieniem tego krzyża (na wieki wieków amen), a druga, ta „polskojęzyczna”, uważa że musi się znaleźć inne, „godniejsze” miejsce na ten symbol kultu. I jak to w Polsce, kiedy mamy kontekst krzyżowy, wytaczane są przez „prawdziwych Polaków” najcięższe (chociaż nie najmędrsze) działa.
Przykład ich argumentacji ZA pozostawieniem:
Komu on przeszkadza ?
Dlaczego go gdzieś chować ?
Ludzie tam go postawili, aby tam pozostał.
I argument-groźba:
Kto z krzyżem wojuje, ten od krzyża ginie.
Oraz propozycja rzekomo koncyliacyjna: Krzyż pozostawić, ale teren wokół odpowiednio zaaranżować architektonicznie... Konkretniej Zbigniew Romaszewski (bo to jego cytuję) nie chciał się wypowiedzieć , więc myślę, że chodzi mu o jakąś kapliczkę/bazyliczkę lub coś podobnego. Dodał jeno łaskawie, że należy zachować drogę wjazdową i wyjazdową z Pałacu. (!) Rozumiem, że to są jego podstawowe założenia co do zagospodarowania przestrzennego obszaru przedpałacowego.
Jako, że w temacie „martyrologia i kult męczeństwa” jesteśmy wyjątkowo obcykani, a stawianie pomników i pielgrzymki to nasza specjalność, już oczami wyobraźni widzę kolejki do kolejnego miejsca kultu i kolejny film dokumentalny z komentarzem red. Pospieszalskiego.
Tu i ówdzie padają również argumenty, że nie wypada nowemu Prezydentowi z rodziną biegać po salonach, w których przebywała Poprzednia Para. Najlepiej byłoby cały ten spory zresztą budynek zamienić na muzeum.
Rozumiem, że gdyby JK wygrał wybory prezydenckie, a z czasem PIS parlamentarne, to napewno spełniłoby się to obłędne marzenie zamiany Pałacu i terenu przypałacowego w kolejną Częstochowę.
Argument „krzyżowy” jest w Polsce bardzo wrażliwy politycznie. Przypomnijmy sobie walkę o krzyże na żwirowisku wokół obozu w Auschwitz. Przez 44 lata po II wojnie światowej jakoś dało się żyć z pustym miejscem. Aż jeden oszołom postawił nocą, po kryjomu, pierwszy krzyż, a inni dołożyli swoje. I rozpoczęła się zabawa na poważnie. „Kto z krzyżem walczy ... itd.”
Powstały liczne Komitety i Przymierza, np. Społeczny Komitet Obrony Krzyża Kazimierza Świtonia, czy Przymierze w Obronie Krzyża Papieskiego na Żwirowisku.
W imię czego ? Zgody i harmonii ? Nie, wzajemnej nienawiści i podziałów.
Uwaga ! W/w organizacje wcale nie działają zgodnie razem. One ostro konkurują ze sobą !
Dom wariatów ? Oczywiście, że tak.
Ostatecznie, w wyniku zbiorowej decyzji b. Premiera Buzka, b. wicepremiera Tomaszewskiego i arcybiskupa Rakoczego postawione przez Świtonia na żwirowisku krzyże zostały przeniesione. Pozostał tzw. krzyż papieski.
Ile osób w sumie brało udział w całej tej aferze „krzyżowo – żwirowej” ?
Ile czasu zmarnowano na bicie piany w celu wypracowania kompromisu między oszołomami i resztą społeczeństwa ?
A krzyż w Sejmie ? Ile było zażartych dyskusji parlamentarnych poświęconych rzekomej niezbędności tego tam przedmiotu ? I pseudopatriotycznego i religijnego patosu „prawdziwych Polaków-patriotów-katolików”.
Po to tylko, aby po raz kolejny ukradkiem, nocą, zawiesić ten obiekt na ścianie. Że niby będzie inspirował do światłych działań. A jak to działa w praktyce, każdy widzi.
I teraz ten krzyż przed Pałacem...
Kościół wstrzymuje się od zajęcia stanowiska. Czeka jak sytuacja się rozwinie.
Toleruje opinie Beaty Kempy i jej kolegów, że prawdziwy katolik nie będzie się domagał przeniesienia krzyża. Spokojnie obserwuje kolejny „krzyżowy” konflikt.
W końcu promocja kultu symboli to jego specjalność. Nawet jeżeli ten symbol wiary stał się faktycznie symbolem nienawiści i narodowych podziałów. Who cares ? - jak mówią Amerykanie.
Swoją drogą to kuriozum i czysty obłęd, że w XXI wieku dwa patyki zbite pod kątem prostym powodują w niektórych ludziach tyle bezsensownych emocji. A jeżeli jeszcze jakiś człowiek w sutannie pokropi je wodą, rozpala to w nich prawdziwą nienawiść przeciwko innym. Potrzeba obrony materialnego, zewnętrznego symbolu w tym przypadku tysiąckrotnie przewyższa ich potrzebę stosowania zasad wiary, tolerancji i miłości bliźniego w życiu codziennym. Powód: to ostatnie jest o niebo trudniejszym i o niebo mniej spektakularnym zadaniem.
Jak mówi filozof religii prof. Zbigniew Mikołejko: “krzyż przed Pałacem jest krzyżem przegranych, którzy usiłują uczynić z niego narzędzie zwycięstwa. Przegranych także religijnie, bo usiłujących uczepić się wiary widzialnej, obrzędowej, która nie wymaga myślenia, tylko emocji."
Natomiast oświadczenie arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, metropolity gnieźnieńskiego: "Ci, którzy posługują się krzyżem jako narzędziem walki przeciwko komukolwiek, postępują faktycznie jako wrogowie krzyża Chrystusowego" to wołanie na puszczy.
Niestety, krzyż w praktyce polskiej jest symbolem nienawiści.
A spora część naszego społeczeństwa pod przewodnictwem PISu i O.Rydzyka jest chora.
Choroba ta pogłębia się w oczach. Wczorajszy wywiad Joachima Brudzińskiego u Moniki Olejnik pokazuje jak bardzo. Przegrana w wyborach prezydenckich zaostrzyła ten stan. Frustracja PISu uruchomiła istniejące od zawsze obfite pokłady niepohamowanej nienawiści. Skrywanej oportunistycznie i fałszywie przez wszystkich jej członków w okresie kampanii wyborczej. Kampania i pozowanie na łagodne owieczki nie przyniosło zwycięstwa, więc partia wraca do korzeni ! Przyznając się tym samym do nieudanej próby oszustwa elektoratu.
"Po trupach do celu".
Dla PISu Polska napewno nie jest najważniejsza.
Dlaczego zatem wódz PISu – partii „prawdziwych Polaków” przegrał wybory prezydenckie ?
Jak twierdzą niektórzy jej liderzy, bo społeczeństwo nie dorosło do poziomu ich przywódcy.
Adolf Hitler też tak mówił o swoich rodakach w obliczu nieuchronnej klęski III Rzeszy.
Jako, że nasza reprezentacja narodowa nie pchała się nachalnie na te mistrzostwa, musieliśmy się emocjonować zmaganiami innych. I już by się wydawało, że w polityce w te wakacje wieje nudą, a tu raptem pojawił się nowy polski spór: o krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim.
Po co i na co żyć we względnej zgodzie, kiedy tak pięknie i żarliwie można sobie skakać do gardeł ? Jedna strona, nazywająca siebie od dawna „prawdziwymi Polakami” jest za pozostawieniem tego krzyża (na wieki wieków amen), a druga, ta „polskojęzyczna”, uważa że musi się znaleźć inne, „godniejsze” miejsce na ten symbol kultu. I jak to w Polsce, kiedy mamy kontekst krzyżowy, wytaczane są przez „prawdziwych Polaków” najcięższe (chociaż nie najmędrsze) działa.
Przykład ich argumentacji ZA pozostawieniem:
Komu on przeszkadza ?
Dlaczego go gdzieś chować ?
Ludzie tam go postawili, aby tam pozostał.
I argument-groźba:
Kto z krzyżem wojuje, ten od krzyża ginie.
Oraz propozycja rzekomo koncyliacyjna: Krzyż pozostawić, ale teren wokół odpowiednio zaaranżować architektonicznie... Konkretniej Zbigniew Romaszewski (bo to jego cytuję) nie chciał się wypowiedzieć , więc myślę, że chodzi mu o jakąś kapliczkę/bazyliczkę lub coś podobnego. Dodał jeno łaskawie, że należy zachować drogę wjazdową i wyjazdową z Pałacu. (!) Rozumiem, że to są jego podstawowe założenia co do zagospodarowania przestrzennego obszaru przedpałacowego.
Jako, że w temacie „martyrologia i kult męczeństwa” jesteśmy wyjątkowo obcykani, a stawianie pomników i pielgrzymki to nasza specjalność, już oczami wyobraźni widzę kolejki do kolejnego miejsca kultu i kolejny film dokumentalny z komentarzem red. Pospieszalskiego.
Tu i ówdzie padają również argumenty, że nie wypada nowemu Prezydentowi z rodziną biegać po salonach, w których przebywała Poprzednia Para. Najlepiej byłoby cały ten spory zresztą budynek zamienić na muzeum.
Rozumiem, że gdyby JK wygrał wybory prezydenckie, a z czasem PIS parlamentarne, to napewno spełniłoby się to obłędne marzenie zamiany Pałacu i terenu przypałacowego w kolejną Częstochowę.
Argument „krzyżowy” jest w Polsce bardzo wrażliwy politycznie. Przypomnijmy sobie walkę o krzyże na żwirowisku wokół obozu w Auschwitz. Przez 44 lata po II wojnie światowej jakoś dało się żyć z pustym miejscem. Aż jeden oszołom postawił nocą, po kryjomu, pierwszy krzyż, a inni dołożyli swoje. I rozpoczęła się zabawa na poważnie. „Kto z krzyżem walczy ... itd.”
Powstały liczne Komitety i Przymierza, np. Społeczny Komitet Obrony Krzyża Kazimierza Świtonia, czy Przymierze w Obronie Krzyża Papieskiego na Żwirowisku.
W imię czego ? Zgody i harmonii ? Nie, wzajemnej nienawiści i podziałów.
Uwaga ! W/w organizacje wcale nie działają zgodnie razem. One ostro konkurują ze sobą !
Dom wariatów ? Oczywiście, że tak.
Ostatecznie, w wyniku zbiorowej decyzji b. Premiera Buzka, b. wicepremiera Tomaszewskiego i arcybiskupa Rakoczego postawione przez Świtonia na żwirowisku krzyże zostały przeniesione. Pozostał tzw. krzyż papieski.
Ile osób w sumie brało udział w całej tej aferze „krzyżowo – żwirowej” ?
Ile czasu zmarnowano na bicie piany w celu wypracowania kompromisu między oszołomami i resztą społeczeństwa ?
A krzyż w Sejmie ? Ile było zażartych dyskusji parlamentarnych poświęconych rzekomej niezbędności tego tam przedmiotu ? I pseudopatriotycznego i religijnego patosu „prawdziwych Polaków-patriotów-katolików”.
Po to tylko, aby po raz kolejny ukradkiem, nocą, zawiesić ten obiekt na ścianie. Że niby będzie inspirował do światłych działań. A jak to działa w praktyce, każdy widzi.
I teraz ten krzyż przed Pałacem...
Kościół wstrzymuje się od zajęcia stanowiska. Czeka jak sytuacja się rozwinie.
Toleruje opinie Beaty Kempy i jej kolegów, że prawdziwy katolik nie będzie się domagał przeniesienia krzyża. Spokojnie obserwuje kolejny „krzyżowy” konflikt.
W końcu promocja kultu symboli to jego specjalność. Nawet jeżeli ten symbol wiary stał się faktycznie symbolem nienawiści i narodowych podziałów. Who cares ? - jak mówią Amerykanie.
Swoją drogą to kuriozum i czysty obłęd, że w XXI wieku dwa patyki zbite pod kątem prostym powodują w niektórych ludziach tyle bezsensownych emocji. A jeżeli jeszcze jakiś człowiek w sutannie pokropi je wodą, rozpala to w nich prawdziwą nienawiść przeciwko innym. Potrzeba obrony materialnego, zewnętrznego symbolu w tym przypadku tysiąckrotnie przewyższa ich potrzebę stosowania zasad wiary, tolerancji i miłości bliźniego w życiu codziennym. Powód: to ostatnie jest o niebo trudniejszym i o niebo mniej spektakularnym zadaniem.
Jak mówi filozof religii prof. Zbigniew Mikołejko: “krzyż przed Pałacem jest krzyżem przegranych, którzy usiłują uczynić z niego narzędzie zwycięstwa. Przegranych także religijnie, bo usiłujących uczepić się wiary widzialnej, obrzędowej, która nie wymaga myślenia, tylko emocji."
Natomiast oświadczenie arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, metropolity gnieźnieńskiego: "Ci, którzy posługują się krzyżem jako narzędziem walki przeciwko komukolwiek, postępują faktycznie jako wrogowie krzyża Chrystusowego" to wołanie na puszczy.
Niestety, krzyż w praktyce polskiej jest symbolem nienawiści.
A spora część naszego społeczeństwa pod przewodnictwem PISu i O.Rydzyka jest chora.
Choroba ta pogłębia się w oczach. Wczorajszy wywiad Joachima Brudzińskiego u Moniki Olejnik pokazuje jak bardzo. Przegrana w wyborach prezydenckich zaostrzyła ten stan. Frustracja PISu uruchomiła istniejące od zawsze obfite pokłady niepohamowanej nienawiści. Skrywanej oportunistycznie i fałszywie przez wszystkich jej członków w okresie kampanii wyborczej. Kampania i pozowanie na łagodne owieczki nie przyniosło zwycięstwa, więc partia wraca do korzeni ! Przyznając się tym samym do nieudanej próby oszustwa elektoratu.
"Po trupach do celu".
Dla PISu Polska napewno nie jest najważniejsza.
Dlaczego zatem wódz PISu – partii „prawdziwych Polaków” przegrał wybory prezydenckie ?
Jak twierdzą niektórzy jej liderzy, bo społeczeństwo nie dorosło do poziomu ich przywódcy.
Adolf Hitler też tak mówił o swoich rodakach w obliczu nieuchronnej klęski III Rzeszy.
niedziela, 4 lipca 2010
Cisza wyborcza
4 lipca. Kompletna cisza. Nawet pies sąsiadów, który zwykle ujada bez sensu i powodu nie zakłóca tej ciszy. Mieszkańcy mojej podwarszawskiej wioski też jakby się schowali w swoich domach i nawet nie słychać żeby grali, jak zwykle w niedzielę, modne przeboje przy otwartych oknach. Syn sąsiada, (niesamowite !) nie dokonuje rytualnego odsłuchu rur wydechowych swojego czarnego Kawasaki, a nasza ulica wiejska świeci pustkami.
Pogoda też spokojna: 24 stopnie, lekkie zachmurzenie i prawie bezwietrznie.
W domach niezdecydowanych wyborców wszystko to sprzyja przemyśleniom Last Minute co do wyboru „naszego” kandydata na Prezydenta Najjaśniejszej. Ja i wielu moich znajomych rzeczywiście traktujemy sprawę bardzo poważnie.
Już o 9 rano pojechałem z moimi od niedawna pełnoletnimi synami do lokalu pobliskiej Komisji Wyborczej. Żona i teściowa, które udały się na weekend do Wrocławia, zabrały stosowne zaświadczenia. I już dzwoniły do mnie parafrazując słynne powiedzenie: „Meldujemy dokonanie Aktu Wyborczego”.
Stopniowo, od lat 90tych, mamy do czynienia ze wzrastającym poczuciem, że pojedyńcze głosy istotnie mogą wpłynąć na los naszego kraju. I na jego wizerunek na świecie.
To dobrze, bo przez dziesięciolecia obywatele Polski traktowali wybory jak szopkę Bożonarodzeniową z Pierwszym Sekretarzem w roli Jezusa.
Ta banalna analogia podsuwa następną. Oto mamy Mundial i większość telewidzów ogląda kolejne mecze. Coraz ciekawsze, bo finał tuż tuż. Kto wygra ? Niemcy czy Holandia ?
A dzisiaj po 20tej będą już częściowo znane wyniki innego finału. Kto wygra ? JK czy BK ?
Do wieczora jeszcze wiele godzin, więc dla zabicia czasu można poczytać i pooglądać gazety. I poszerzyć swoją bazę informacyjną o wydarzenia, które wydawcy najwidoczniej uważają za wzbogacające naszą wiedzę o świecie i ważnych ludziach.
Oto (w Wyborczej) zdjęcia Nergala pochylonego nad otwartym bagażnikiem swojej Hondy Civic (w kolorze: czerń wizytowa) i wypakowującego torby plastikowe pełne produktów spożywczych. Następne foty pokazują już tylko tył wyżej wymienionego, gdy wchodzi na klatkę schodową. Można jeszcze dostrzec na zbliżeniu, że osoba zakupiła m.in. karton z mlekiem – nie widać jednak iloprocentowym. Szkoda...
Inny serwis fotograficzny pozwala nam obejrzeć Dodę, stojącą obok czarnego Audi Q7 z którego ochroniarz wyjmuje bagaże. Tu już niestety nie widać zawartości. A ciekawe, co jest w środku walizki w jaskrawą pepitkę zielono białą...
I tu i tam, jak widać, prasa rozbudza ciekawość czytelników, lecz jej całkowicie nie zaspokaja. To sprytne.
Mniej sprytne więc, bo podające całą wstrząsającą prawdę są informacje o tym, że Urbańska była u wróżki, która przepowiedziała jej narodziny syna, a znów inna Ważna Osoba, Agnieszka Chylińska, już jest w ciąży !
I podobno, jak twierdzą osoby zbliżone do niej, w wyniku tego wydarzenia, przeszła kompletną metamorfozę swojej osobowości. Ze złośliwej i agresywnej baby na miłą i łagodną kobietkę.
Podobną i równie wielką metamorfozę przeszedł, jak twierdzą osoby zbliżone do … (ocenzurowano z powodu ciszy wyborczej), również i on.
Czyżby oboje byli w ciąży ??
Mało prawdopodobne.
Pogoda też spokojna: 24 stopnie, lekkie zachmurzenie i prawie bezwietrznie.
W domach niezdecydowanych wyborców wszystko to sprzyja przemyśleniom Last Minute co do wyboru „naszego” kandydata na Prezydenta Najjaśniejszej. Ja i wielu moich znajomych rzeczywiście traktujemy sprawę bardzo poważnie.
Już o 9 rano pojechałem z moimi od niedawna pełnoletnimi synami do lokalu pobliskiej Komisji Wyborczej. Żona i teściowa, które udały się na weekend do Wrocławia, zabrały stosowne zaświadczenia. I już dzwoniły do mnie parafrazując słynne powiedzenie: „Meldujemy dokonanie Aktu Wyborczego”.
Stopniowo, od lat 90tych, mamy do czynienia ze wzrastającym poczuciem, że pojedyńcze głosy istotnie mogą wpłynąć na los naszego kraju. I na jego wizerunek na świecie.
To dobrze, bo przez dziesięciolecia obywatele Polski traktowali wybory jak szopkę Bożonarodzeniową z Pierwszym Sekretarzem w roli Jezusa.
Ta banalna analogia podsuwa następną. Oto mamy Mundial i większość telewidzów ogląda kolejne mecze. Coraz ciekawsze, bo finał tuż tuż. Kto wygra ? Niemcy czy Holandia ?
A dzisiaj po 20tej będą już częściowo znane wyniki innego finału. Kto wygra ? JK czy BK ?
Do wieczora jeszcze wiele godzin, więc dla zabicia czasu można poczytać i pooglądać gazety. I poszerzyć swoją bazę informacyjną o wydarzenia, które wydawcy najwidoczniej uważają za wzbogacające naszą wiedzę o świecie i ważnych ludziach.
Oto (w Wyborczej) zdjęcia Nergala pochylonego nad otwartym bagażnikiem swojej Hondy Civic (w kolorze: czerń wizytowa) i wypakowującego torby plastikowe pełne produktów spożywczych. Następne foty pokazują już tylko tył wyżej wymienionego, gdy wchodzi na klatkę schodową. Można jeszcze dostrzec na zbliżeniu, że osoba zakupiła m.in. karton z mlekiem – nie widać jednak iloprocentowym. Szkoda...
Inny serwis fotograficzny pozwala nam obejrzeć Dodę, stojącą obok czarnego Audi Q7 z którego ochroniarz wyjmuje bagaże. Tu już niestety nie widać zawartości. A ciekawe, co jest w środku walizki w jaskrawą pepitkę zielono białą...
I tu i tam, jak widać, prasa rozbudza ciekawość czytelników, lecz jej całkowicie nie zaspokaja. To sprytne.
Mniej sprytne więc, bo podające całą wstrząsającą prawdę są informacje o tym, że Urbańska była u wróżki, która przepowiedziała jej narodziny syna, a znów inna Ważna Osoba, Agnieszka Chylińska, już jest w ciąży !
I podobno, jak twierdzą osoby zbliżone do niej, w wyniku tego wydarzenia, przeszła kompletną metamorfozę swojej osobowości. Ze złośliwej i agresywnej baby na miłą i łagodną kobietkę.
Podobną i równie wielką metamorfozę przeszedł, jak twierdzą osoby zbliżone do … (ocenzurowano z powodu ciszy wyborczej), również i on.
Czyżby oboje byli w ciąży ??
Mało prawdopodobne.
środa, 16 czerwca 2010
Kobe Bryant ? Czy Paul Pierce ? Oto jest pytanie
Pisać taki tekst jak ten i to w czasie Mundialu, to pływanie pod prąd wezbranej rzeki. Ale co mi tam, nie kandyduję na Prezydenta RP, więc mam niewiele do stracenia.
Jedząc dzisiaj pożywny „posiłek regeneracyjny” słuchałem wiadomości sportowych w radio, w których podawano wyniki meczów ligi NBA, wraz z charakterystyką zawodników. Pomyślałem sobie, (jak mawia Ferdek Kiepski), a co mnie to gówno obchodzi, który zawodnik jakiejś drużyny ligowej strzelił, a który zdobył przyłożenie.
Czy to mi robi jakąkolwiek różnicę ?
Czy to zmieni mój nastrój na gorszy lub lepszy ?
Czy analiza formy poszczególnych zawodników ligi NBA jest istotna dla mieszkańców RP ?
I nagle zrozumiałem, że kwestionuję słuszność kibicowania w ogóle, a drużynom USA w szczególności.
Jaki jest powód tego, że ludzi interesuje coś, co ich w ogóle i absolutnie nie dotyczy ?
Jeżeli mogę poczuć solidarność z reprezentantami Polski walczącymi z zawodnikami obcej drużyny (solidarność plemienna), to dlaczego ma mnie interesować, czy Kobe Bryant lub Rajon Rondo zdystansuje Paula Pierce ? Gdybym jeszcze znał osobiście człowieka, to miałbym do niego jakiś stosunek emocjonalny, ale tak na dystans ?
Rozumiem ludzi uprawiających jakiś sport, np. tenis i śledzących turnieje tenisowe. Poza napięciem towarzyszącym zmaganiom zawodników, podglądamy ich uderzenia, ich technikę.
Może w następnym naszym meczu uda się nam chociaż jedno takie właśnie uderzenie...
Ale ktoś, kto kontakt ze sportem ogranicza do fotela, telewizora i puszki piwa (nie mam nic przeciwko piwu) - a takich jest większość, kojarzy mi się z impotentem oglądającym filmy porno.
Poza sapaniem i poceniem się, nie upodobni się on do „bohaterów” widowiska.
Jedząc dzisiaj pożywny „posiłek regeneracyjny” słuchałem wiadomości sportowych w radio, w których podawano wyniki meczów ligi NBA, wraz z charakterystyką zawodników. Pomyślałem sobie, (jak mawia Ferdek Kiepski), a co mnie to gówno obchodzi, który zawodnik jakiejś drużyny ligowej strzelił, a który zdobył przyłożenie.
Czy to mi robi jakąkolwiek różnicę ?
Czy to zmieni mój nastrój na gorszy lub lepszy ?
Czy analiza formy poszczególnych zawodników ligi NBA jest istotna dla mieszkańców RP ?
I nagle zrozumiałem, że kwestionuję słuszność kibicowania w ogóle, a drużynom USA w szczególności.
Jaki jest powód tego, że ludzi interesuje coś, co ich w ogóle i absolutnie nie dotyczy ?
Jeżeli mogę poczuć solidarność z reprezentantami Polski walczącymi z zawodnikami obcej drużyny (solidarność plemienna), to dlaczego ma mnie interesować, czy Kobe Bryant lub Rajon Rondo zdystansuje Paula Pierce ? Gdybym jeszcze znał osobiście człowieka, to miałbym do niego jakiś stosunek emocjonalny, ale tak na dystans ?
Rozumiem ludzi uprawiających jakiś sport, np. tenis i śledzących turnieje tenisowe. Poza napięciem towarzyszącym zmaganiom zawodników, podglądamy ich uderzenia, ich technikę.
Może w następnym naszym meczu uda się nam chociaż jedno takie właśnie uderzenie...
Ale ktoś, kto kontakt ze sportem ogranicza do fotela, telewizora i puszki piwa (nie mam nic przeciwko piwu) - a takich jest większość, kojarzy mi się z impotentem oglądającym filmy porno.
Poza sapaniem i poceniem się, nie upodobni się on do „bohaterów” widowiska.
sobota, 29 maja 2010
Czas na elektryfikację
Tak się złożyło, że wpis ten przypadkowo znów zaczynam od Angeli Merkel, gdyż to u niej 3 maja spotkali się czołowi niemieccy producenci samochodów, aby starać się o subwencje na konstruowanie nowych modeli o napędzie elektrycznym. To dopiero pierwsze kroki świadczące o tym, że kiełkuje u nich świadomość, iż napęd obecny, bazujący w 98% na ropie, absolutnie nie ma przyszłości.
Ostateczny sukces należeć będzie jednak do tego lub tych producentów, którzy faktycznie przestawią odpowiednio swoją produkcję. W roku 2050 większość aut musi już być elektryczna. Kilka gwiazd filmowych z Hollywood już je ma. George Clooney jeździ Teslą. 4 sekundy do setki, zasięg 350km, baterie ładuje z gniazdka. Baterie, których zestaw kosztuje 35.000$. To 1/3 ceny całego samochodu !
I to jest też cena, którą trzeba dzisiaj płacić za to, że od początku XX wieku nie upowszechniano tego napędu. Który wtedy już (początek stulecia) poruszał wszystkie nowojorskie taksówki i niemieckie wozy strażackie.
To auta elektryczne jako pierwsze przekraczały 100 km/godz.
I reklamowane były jako pojazdy dla pań - ciche, eleganckie i szykowne.
Ich sprzedaż spadła dopiero przed I wojną światową. I nawet kryzys paliwowy lat 70tych i 80tych nie zbudził ze snu producentów – takimi pojazdami jeździli nadal tylko zamożni fanatycy cichej i ekologicznej jazdy. To zrozumiałe, bo przy braku inwestycji w postęp technologiczny w tej dziedzinie, pozostały podstawowe wady napędu: wielkie, drogie i ciężkie baterie. Oraz długi okres ładowania i mały zasięg aut.
Pierwsza oznaka przebudzenia nastąpiła w postaci Toyoty Prius. Samochód „chwycił” w Kalifornii. Nie zachwyca stylistyką, ale nie o stylistykę tu chodzi. Zasięg na naładowanych bateriach i silniku elektrycznym ma tylko 3km, powyżej 30km/godz włącza się silnik spalinowy, ale jako że dysponuje możliwością odzyskiwania energii w czasie hamowania, jest bardzo ekonomiczny w jeździe miejskiej. Prius to najpopularniejsza na świecie hybryda.
I jest już licznie w Kalifornii modyfikowana poprzez wymianę fabrycznych baterii na bardziej zaawansowane krzemowo-jonowe. Zasięg wciąż jest skromny, ale to już 15km. Ta niefabryczna przeróbka kosztuje 10.000$. Do licznych jej amatorów zalicza się również były szef CIA, James Whoolsey.
Ale nie da się ukryć, to wciąż margines sprzedaży. Niechęć koncernów do radykalnych zmian jest bardzo widoczna. Weźmy General Motors (zatrudnienie przed kryzysem 250.000 ludzi). Już w 1996 roku z dumą wyprodukowali 2 osobowy samochód EV1 (Electric Vehicle 1) w ilości 1000 sztuk. Ale nie na sprzedaż, a jedynie na umowy leasingowe.
Popyt był wielki, podaż śladowa. Baterie ołowiowe, ładowanie z gniazdka. Zasięg spory – 100km. Wielki entuzjazm konsumentów został wygaszony przez GM, które odebrało klientom w 2002 roku wszystkie egzemplarze i zmagazynowało je jeden na drugim na pustyni koło Phoenix.
Oficjalny powód: „nie ma podstaw do stwierdzenia, że produkcja elektrycznego samochodu, to zyskowna propozycja biznesowa”. Zyskowna propozycja dla GM to były wówczas wielkie i ciężkie żarłoki benzynowe: SUVy i vany, na których dało się latami zarobić o wiele więcej niż na EV1.
W dobie obecnego kryzysu popyt na te „zyskowne propozycje” spadł jednak gwałtownie i jak pamiętamy, przerażone GM stanęło nagle na progu bankructwa.
Jak pisał znawca duszy ludzkiej Adolf Hitler w Mein Kampf, nic tak skutecznie nie motywuje, jak strach.
Dlatego nagle odżyły zapomniane koncepty i prawie błyskawicznie (w trakcie upraszania o pomoc finansową w Białym Domu) przedstawiono plany produkcji Chevroleta Volt. Zasięg 60km, a przy pomocy ładowania przez drugi silnik – spalinowy – ponad 1000km.
GM wkroczyło na drogę, z której zeszło 12 lat temu, a Volt to przedsięwzięcie, które zadecyduje o losach całego koncernu.
A co słychać w Europie „w tym temacie” ?
BMW już ma kandydata do zelektryzowania. To Mini z zasięgiem 250km, świetne przyspieszenie, ładowanie z gniazdka i brak zmiany biegów. Przejazd 100km kosztować ma ca. 15 złotych.
Kiedy u dealerów ? Nie wiadomo, a dokładniej: nie w najbliższym czasie.
To zrozumiałe, bo wszystko co pod maską w tym Mini – pochodzi od amerykańskiego dostawcy z Kalifornii.
A co u VW ? Obiecali w 2008 ładowany z gniazdka samochód flotowy, rok później prezes Winterkorn zaprezentował flotę składającą się z 1 samochodu, hybrydy Twin Drive, (Golfa Steckdose). Kiedy u dealerów ? „Wiele lat upłynie, zanim takie lekkie samochody pojawią się w masowej produkcji” - tyle rzecznik VW. Przyczyna: zacofana technologia bateryjna.
A dlaczego zacofana ? Bo przez dziesiątki lat nie inwestowano w jej rozwój. Paradoksalnie, znalazły się pieniądze dopiero dzięki firmie Black & Decker, która potrzebowała małych baterii do zasilania swoich wiertarek itp. narzędzi. Opracował ją chiński profesor na uniwersytecie MIT. Ta technologia z kolei znalazła zastosowanie w samochodach dzięki panu Pat Cadam, który dokonuje przeróbek Priusów, o których pisałem wyżej.
Montuje w nich pakiety Hymotion, które przy mniejszych gabarytach dają pięciokrotnie większy od fabrycznego zasięg.
Jeżeli Pat Cadam może – dlaczego wielcy producenci nie wykazywali zainteresowania ?
Ponieważ zainwestowali tyle pieniędzy w rozwój technologii silników spalinowych, że teraz czekają na zwrot wkładów i zysk.
Stosunkowo największe w Niemczech zainteresowanie „elektryfikacją” wykazał Mercedes, bo zainwestował w fabrykę baterii w Saksonii i za 3 lata zamierza wypuścić elektryczne Smarty.
A klasa C lub E ? Może kiedyś, ale nie prędko.
A inni ?
Renault-Nissan związał się z bateryjna firmą japońską i w 2011 skieruje do masowej sprzedaży 3 modele: od najmniejszych do Megana. Uwaga ! Tylko jeden silnik – elektryczny.
I na koniec coś chyba naprawdę genialnego.
Twórca konceptu jest Żydem, lub jak kto woli, obywatelem Izraela i nazywa się Shai Agassi. Jego pomysł to stacje wymiany baterii. Wymiana pakietu bateryjnego trwa 2 minuty. Twój samochód kupujesz bez baterii, baterie są w leasingu, więc płacisz tylko za wymianę. W związku z tym, cena auta ma być niższa niż obecnie. Druga strona medalu, to jednak koszty inwestycji i ogrom prac związanych z budową odpowiedniej infrastruktury.
Aby jednak wejść na najwyższą górę, trzeba zrobić pierwszy krok, jak mawiał Przewodniczący Mao. Ten krok to sieć 6 stacji wymiany baterii, które powstaną w Izraelu w 2011 roku. Obsługiwane samochody elektryczne: Renault-Nissan.
Ja myślę, że jeżeli to wypali, Shai Agassi (znak Zodiaku: Baran) może uzyskać stopniowo potężne wsparcie finansowe, o które zresztą stale zabiega. Nie zaniedbuje również spotkań z politykami z USA, Kanady, Australii oraz państw UE. Oby mu się udało ! Timing jest chyba odpowiedni.
A jeżeli któryś z wielkich koncernów motoryzacyjnych przegapi swoją szansę na dokonanie możliwie szybko największego przełomu technologicznego od 100 lat, jego dotychczasowe sukcesy i renoma staną się w przyszłości bezprzedmiotowe.
Ostateczny sukces należeć będzie jednak do tego lub tych producentów, którzy faktycznie przestawią odpowiednio swoją produkcję. W roku 2050 większość aut musi już być elektryczna. Kilka gwiazd filmowych z Hollywood już je ma. George Clooney jeździ Teslą. 4 sekundy do setki, zasięg 350km, baterie ładuje z gniazdka. Baterie, których zestaw kosztuje 35.000$. To 1/3 ceny całego samochodu !
I to jest też cena, którą trzeba dzisiaj płacić za to, że od początku XX wieku nie upowszechniano tego napędu. Który wtedy już (początek stulecia) poruszał wszystkie nowojorskie taksówki i niemieckie wozy strażackie.
To auta elektryczne jako pierwsze przekraczały 100 km/godz.
I reklamowane były jako pojazdy dla pań - ciche, eleganckie i szykowne.
Ich sprzedaż spadła dopiero przed I wojną światową. I nawet kryzys paliwowy lat 70tych i 80tych nie zbudził ze snu producentów – takimi pojazdami jeździli nadal tylko zamożni fanatycy cichej i ekologicznej jazdy. To zrozumiałe, bo przy braku inwestycji w postęp technologiczny w tej dziedzinie, pozostały podstawowe wady napędu: wielkie, drogie i ciężkie baterie. Oraz długi okres ładowania i mały zasięg aut.
Pierwsza oznaka przebudzenia nastąpiła w postaci Toyoty Prius. Samochód „chwycił” w Kalifornii. Nie zachwyca stylistyką, ale nie o stylistykę tu chodzi. Zasięg na naładowanych bateriach i silniku elektrycznym ma tylko 3km, powyżej 30km/godz włącza się silnik spalinowy, ale jako że dysponuje możliwością odzyskiwania energii w czasie hamowania, jest bardzo ekonomiczny w jeździe miejskiej. Prius to najpopularniejsza na świecie hybryda.
I jest już licznie w Kalifornii modyfikowana poprzez wymianę fabrycznych baterii na bardziej zaawansowane krzemowo-jonowe. Zasięg wciąż jest skromny, ale to już 15km. Ta niefabryczna przeróbka kosztuje 10.000$. Do licznych jej amatorów zalicza się również były szef CIA, James Whoolsey.
Ale nie da się ukryć, to wciąż margines sprzedaży. Niechęć koncernów do radykalnych zmian jest bardzo widoczna. Weźmy General Motors (zatrudnienie przed kryzysem 250.000 ludzi). Już w 1996 roku z dumą wyprodukowali 2 osobowy samochód EV1 (Electric Vehicle 1) w ilości 1000 sztuk. Ale nie na sprzedaż, a jedynie na umowy leasingowe.
Popyt był wielki, podaż śladowa. Baterie ołowiowe, ładowanie z gniazdka. Zasięg spory – 100km. Wielki entuzjazm konsumentów został wygaszony przez GM, które odebrało klientom w 2002 roku wszystkie egzemplarze i zmagazynowało je jeden na drugim na pustyni koło Phoenix.
Oficjalny powód: „nie ma podstaw do stwierdzenia, że produkcja elektrycznego samochodu, to zyskowna propozycja biznesowa”. Zyskowna propozycja dla GM to były wówczas wielkie i ciężkie żarłoki benzynowe: SUVy i vany, na których dało się latami zarobić o wiele więcej niż na EV1.
W dobie obecnego kryzysu popyt na te „zyskowne propozycje” spadł jednak gwałtownie i jak pamiętamy, przerażone GM stanęło nagle na progu bankructwa.
Jak pisał znawca duszy ludzkiej Adolf Hitler w Mein Kampf, nic tak skutecznie nie motywuje, jak strach.
Dlatego nagle odżyły zapomniane koncepty i prawie błyskawicznie (w trakcie upraszania o pomoc finansową w Białym Domu) przedstawiono plany produkcji Chevroleta Volt. Zasięg 60km, a przy pomocy ładowania przez drugi silnik – spalinowy – ponad 1000km.
GM wkroczyło na drogę, z której zeszło 12 lat temu, a Volt to przedsięwzięcie, które zadecyduje o losach całego koncernu.
A co słychać w Europie „w tym temacie” ?
BMW już ma kandydata do zelektryzowania. To Mini z zasięgiem 250km, świetne przyspieszenie, ładowanie z gniazdka i brak zmiany biegów. Przejazd 100km kosztować ma ca. 15 złotych.
Kiedy u dealerów ? Nie wiadomo, a dokładniej: nie w najbliższym czasie.
To zrozumiałe, bo wszystko co pod maską w tym Mini – pochodzi od amerykańskiego dostawcy z Kalifornii.
A co u VW ? Obiecali w 2008 ładowany z gniazdka samochód flotowy, rok później prezes Winterkorn zaprezentował flotę składającą się z 1 samochodu, hybrydy Twin Drive, (Golfa Steckdose). Kiedy u dealerów ? „Wiele lat upłynie, zanim takie lekkie samochody pojawią się w masowej produkcji” - tyle rzecznik VW. Przyczyna: zacofana technologia bateryjna.
A dlaczego zacofana ? Bo przez dziesiątki lat nie inwestowano w jej rozwój. Paradoksalnie, znalazły się pieniądze dopiero dzięki firmie Black & Decker, która potrzebowała małych baterii do zasilania swoich wiertarek itp. narzędzi. Opracował ją chiński profesor na uniwersytecie MIT. Ta technologia z kolei znalazła zastosowanie w samochodach dzięki panu Pat Cadam, który dokonuje przeróbek Priusów, o których pisałem wyżej.
Montuje w nich pakiety Hymotion, które przy mniejszych gabarytach dają pięciokrotnie większy od fabrycznego zasięg.
Jeżeli Pat Cadam może – dlaczego wielcy producenci nie wykazywali zainteresowania ?
Ponieważ zainwestowali tyle pieniędzy w rozwój technologii silników spalinowych, że teraz czekają na zwrot wkładów i zysk.
Stosunkowo największe w Niemczech zainteresowanie „elektryfikacją” wykazał Mercedes, bo zainwestował w fabrykę baterii w Saksonii i za 3 lata zamierza wypuścić elektryczne Smarty.
A klasa C lub E ? Może kiedyś, ale nie prędko.
A inni ?
Renault-Nissan związał się z bateryjna firmą japońską i w 2011 skieruje do masowej sprzedaży 3 modele: od najmniejszych do Megana. Uwaga ! Tylko jeden silnik – elektryczny.
I na koniec coś chyba naprawdę genialnego.
Twórca konceptu jest Żydem, lub jak kto woli, obywatelem Izraela i nazywa się Shai Agassi. Jego pomysł to stacje wymiany baterii. Wymiana pakietu bateryjnego trwa 2 minuty. Twój samochód kupujesz bez baterii, baterie są w leasingu, więc płacisz tylko za wymianę. W związku z tym, cena auta ma być niższa niż obecnie. Druga strona medalu, to jednak koszty inwestycji i ogrom prac związanych z budową odpowiedniej infrastruktury.
Aby jednak wejść na najwyższą górę, trzeba zrobić pierwszy krok, jak mawiał Przewodniczący Mao. Ten krok to sieć 6 stacji wymiany baterii, które powstaną w Izraelu w 2011 roku. Obsługiwane samochody elektryczne: Renault-Nissan.
Ja myślę, że jeżeli to wypali, Shai Agassi (znak Zodiaku: Baran) może uzyskać stopniowo potężne wsparcie finansowe, o które zresztą stale zabiega. Nie zaniedbuje również spotkań z politykami z USA, Kanady, Australii oraz państw UE. Oby mu się udało ! Timing jest chyba odpowiedni.
A jeżeli któryś z wielkich koncernów motoryzacyjnych przegapi swoją szansę na dokonanie możliwie szybko największego przełomu technologicznego od 100 lat, jego dotychczasowe sukcesy i renoma staną się w przyszłości bezprzedmiotowe.
wtorek, 25 maja 2010
Auto-mat Angeli
Katastrofa, powódź i wybory (mniejszego zła) – oto co zabiera „większą połowę” czasu antenowego i powierzchni gazetowej w naszym kraju, od dłuższego już czasu.
Może więc warto w tak zwanym międzyczasie oderwać się od tych tematów i zająć się tym co ponadczasowe, ponadpartyjne i co dotyczy wszystkich ugrupowań, płci i orientacji seksualnych.
A mianowicie samochodami.
W zeszłym roku powszechnie u nas chwalono światłe rządy Angeli Merkel, która zafundowała swym rodakom jako fragment pakietu antykryzysowego, tzw. Abwrackpremie.
Warto tu wspomnieć, że słowo to oznaczające premię za zezłomowanie samochodu, uznane zostało przez Towarzystwo Języka Niemieckiego - Gesellschaft für deutsche Sprache – za słowo roku.
Czyli dopłacała Niemcom równowartość około 10.000 złotych za zakup nowego samochodu poprzedzony zezłomowaniem starego, co najmniej 9 letniego. Opozycja grzmiała na rząd Tuska, że jest bezczynny w dobie kryzysu i nie chce pomóc narodowi dożynającemu na dziurawych drogach swoje grubo ponad 9 letnie pojazdy spalinowe. Rząd Tuska jednak nie był skłonny kopiować w tej sprawie pani kanclerz.
Wykazał się niewątpliwie dużą odpornością psychiczną. To nie jedyny przykład jego odporności.
Minister Kopacz, jakiś czas potem, również pokazała duże F fanom szczepionek, a czas potwierdził jej rozsądek, logikę i zimną krew. To tyle podlizywania się PO.
Wróćmy zatem do samochodów.
Dopłaty pani Merkel zadziałały niemal błyskawicznie. Niemcy masowo ruszyli do salonów. Przy okazji również do naszych, z uwagi na niższe ceny. A więc sukces totalny i same pozytywy:
Kanclerz Merkel ożywia gospodarkę swego kraju na przekór kryzysowi
Nowe samochody mniej trują – chronią środowisko
Niemcy dokonują skoku technologicznego – jeżdżą bezpieczniejszymi i nowocześniejszymi pojazdami
I jako produkt uboczny niemieckich dopłat, korzystamy również my, bo sąsiedzi zza Odry bardzo znacznie podnoszą sprzedaże naszych dealerów, czyli ożywiają i nasz kulejący rynek samochodowy.
Czyli, niemieckie dopłaty to strzał w dziesiątkę. Czy na pewno ?
Niestety nie. Po początkowym ożywieniu, przyszła wielka stagnacja. Efekt kryzysowy został jedynie odsunięty w czasie i trwa nadal w dużo ostrzejszej formie. Już od czerwca 2009 rozpoczęły się bankructwa dealerów. Ocenia się, że do końca bieżącego roku 1/3 z nich zamknie na zawsze swoje przedstawicielstwa. Spadek eksportu aut z Niemiec w 2010 będzie największy od II wojny światowej. Żeby w ogóle sprzedać nowe auto, pozostali na rynku dealerzy proponują obecnie największe w historii rabaty, co jeszcze bardziej pogarsza ich sytuacje finansową.
Kto stracił najwięcej ? BMW i Mercedes. Hyundai natomiast notuje 80% wzrost.
Aby uniknąć zwolnień skracany jest czas pracy, a produkcja przenoszona do tańszych krajów.
Mimo to szacuje się, że w całej branży, a więc również u dostawców, zwolni się w tym roku w Niemczech 100.000 osób. Dostawcy bankrutują (20% w tym roku) również dlatego, że firmy samochodowe nie są w stanie terminowo płacić za części, a banki odmawiają kredytów. Spadek produkcji aut u naszych zachodnich sąsiadów w 2010 szacowany jest na 1 mln sztuk.
Jak by tego było mało, pojawiła się nowa konkurencja: Internet. Dotychczas można było kupić w Internecie auta używane – teraz także nowe, z 20% rabatem !
Z perspektywy czasu, większość niemieckich eksporterów uważa, że decyzja rządu o dopłatach do zakupów nowych samochodów była zdecydowanie zła, bo dała jedynie krótkotrwałe ożywienie sprzedaży i obliczona była na doraźny efekt polityczny.
Wychodzi na to, że nasz rząd, wbrew malkontenckiej opozycji, nie jest taki zły.
Może więc warto w tak zwanym międzyczasie oderwać się od tych tematów i zająć się tym co ponadczasowe, ponadpartyjne i co dotyczy wszystkich ugrupowań, płci i orientacji seksualnych.
A mianowicie samochodami.
W zeszłym roku powszechnie u nas chwalono światłe rządy Angeli Merkel, która zafundowała swym rodakom jako fragment pakietu antykryzysowego, tzw. Abwrackpremie.
Warto tu wspomnieć, że słowo to oznaczające premię za zezłomowanie samochodu, uznane zostało przez Towarzystwo Języka Niemieckiego - Gesellschaft für deutsche Sprache – za słowo roku.
Czyli dopłacała Niemcom równowartość około 10.000 złotych za zakup nowego samochodu poprzedzony zezłomowaniem starego, co najmniej 9 letniego. Opozycja grzmiała na rząd Tuska, że jest bezczynny w dobie kryzysu i nie chce pomóc narodowi dożynającemu na dziurawych drogach swoje grubo ponad 9 letnie pojazdy spalinowe. Rząd Tuska jednak nie był skłonny kopiować w tej sprawie pani kanclerz.
Wykazał się niewątpliwie dużą odpornością psychiczną. To nie jedyny przykład jego odporności.
Minister Kopacz, jakiś czas potem, również pokazała duże F fanom szczepionek, a czas potwierdził jej rozsądek, logikę i zimną krew. To tyle podlizywania się PO.
Wróćmy zatem do samochodów.
Dopłaty pani Merkel zadziałały niemal błyskawicznie. Niemcy masowo ruszyli do salonów. Przy okazji również do naszych, z uwagi na niższe ceny. A więc sukces totalny i same pozytywy:
Kanclerz Merkel ożywia gospodarkę swego kraju na przekór kryzysowi
Nowe samochody mniej trują – chronią środowisko
Niemcy dokonują skoku technologicznego – jeżdżą bezpieczniejszymi i nowocześniejszymi pojazdami
I jako produkt uboczny niemieckich dopłat, korzystamy również my, bo sąsiedzi zza Odry bardzo znacznie podnoszą sprzedaże naszych dealerów, czyli ożywiają i nasz kulejący rynek samochodowy.
Czyli, niemieckie dopłaty to strzał w dziesiątkę. Czy na pewno ?
Niestety nie. Po początkowym ożywieniu, przyszła wielka stagnacja. Efekt kryzysowy został jedynie odsunięty w czasie i trwa nadal w dużo ostrzejszej formie. Już od czerwca 2009 rozpoczęły się bankructwa dealerów. Ocenia się, że do końca bieżącego roku 1/3 z nich zamknie na zawsze swoje przedstawicielstwa. Spadek eksportu aut z Niemiec w 2010 będzie największy od II wojny światowej. Żeby w ogóle sprzedać nowe auto, pozostali na rynku dealerzy proponują obecnie największe w historii rabaty, co jeszcze bardziej pogarsza ich sytuacje finansową.
Kto stracił najwięcej ? BMW i Mercedes. Hyundai natomiast notuje 80% wzrost.
Aby uniknąć zwolnień skracany jest czas pracy, a produkcja przenoszona do tańszych krajów.
Mimo to szacuje się, że w całej branży, a więc również u dostawców, zwolni się w tym roku w Niemczech 100.000 osób. Dostawcy bankrutują (20% w tym roku) również dlatego, że firmy samochodowe nie są w stanie terminowo płacić za części, a banki odmawiają kredytów. Spadek produkcji aut u naszych zachodnich sąsiadów w 2010 szacowany jest na 1 mln sztuk.
Jak by tego było mało, pojawiła się nowa konkurencja: Internet. Dotychczas można było kupić w Internecie auta używane – teraz także nowe, z 20% rabatem !
Z perspektywy czasu, większość niemieckich eksporterów uważa, że decyzja rządu o dopłatach do zakupów nowych samochodów była zdecydowanie zła, bo dała jedynie krótkotrwałe ożywienie sprzedaży i obliczona była na doraźny efekt polityczny.
Wychodzi na to, że nasz rząd, wbrew malkontenckiej opozycji, nie jest taki zły.
niedziela, 9 maja 2010
Charyzma jest dobra na salonach
Prezydencka kampania wyborcza zaczyna sie rozkręcać. Okoliczności jej towarzyszące są szczególne, zważywszy na niedawną katastrofę pod Smoleńskiem.
Co prawda, to niby niedopuszczalne i w złym smaku co najmniej, aby kandydaci starali się o głosy, wykorzystując istniejące po żałobie nastroje społeczne, ale wszyscy wiemy, że w wyścigu do Pałacu, tak naprawdę, wszystkie chwyty będą stosowane.
Jeden sposób działania kandydatów (w oparciu o swoje partie), to promowanie siebie samych. A drugi, sprzężony z pierwszym, jak bracia bliźniacy, to aktywne obniżanie atrakcyjności kandydatów rywalizujących, czyli mówiąc po polsku, gnojenie przeciwników.
Szczególnie zainteresował mnie ostatnio pojawiający się w mediach temat charyzmatyczności.
Oczywiście w kontekście dwu kandydatów: Kaczyńskiego i Komorowskiego.
Politolodzy, politycy i kto tylko może, stwierdza, że Kaczyński jest wybitnie charyzmatyczny, a Komorowski nudny jak flaki z olejem i nie nadaje sie na Wodza Najjaśnieszej.
Trochę, muszę się przyznać, to do mnie nie trafia, bo w historii świata było wielu charyzmatycznych przywódców, ale skutki ich charyzmy były nierzadko tragiczne, chociaż początkowo ich przywództwo powodowało entuzjazm tłumów, a nawet omdlenia niewiast w różnym wieku. I społeczeństwa przez długi czas stały za nimi murem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że większość niekoniecznie ma rację. Wbrew powtarzanej często opinii, że społeczeństwo jako całość nigdy się nie myli. Otóż myli się jak cholera, a może nawet bardziej.
Przykłady pierwsze z brzegu: Hitler, Stalin, Salazar, Franco, Peron, Castro, Saddam Hussein, Chomeini. A także Napoleon Bonaparte.
Dlatego określenie „charyzmatyczny przywódca” nie jest eo ipso określeniem jednoznacznie pozytywnym. A może nawet wręcz przeciwnie.
(Chlubny wyjątek, potwierdzający jednak regułę: Jan Paweł II)
Ale po kolei. Niemiecki socjolog Max Weber (zmarł w 1920 roku) twierdził, że najlepsze warunki do pojawienia się charyzmatycznego przywódcy są wtedy, gdy istnieje stan zbiorowego zagrożenia. Najważniejsze jest więc, aby taki stan postrzegania rzeczywistości przez społeczeństwo istniał. Weber uważał, że tworzy się wtedy nowy katalog wartości i zbiorowej identyfikacji. To dopiero stanowi żyzny grunt do uatrakcyjnienia postaci charyzmatycznego przywódcy – zbawcy i pasterza narodu.
Ale, jak konkludował, władza taka staje się stopniowo niedemokratyczna, gdyż przywódcy żądają bezwarunkowego uznania ich katalogu wartości za jedynie właściwy.
Ten typ władzy ma charakter przejściowy i personalny i trudno jest znaleźć następców takich przywódców. Tyle Weber „w tym temacie”.
W Polsce obecnie jedyna partia i jedyny jej przywódca do którego pasuje opinia tego niemieckiego socjologa, to PiS i Jarosław Kaczyński. Gdyby okazało się, że jego charyzma skłoni społeczeństwo do wybrania go, to po raz kolejny w historii wzięłaby ona górę nad chłodną oceną kandydata do Pałacu. Bo pamiętajmy, że gdyby nie było katastrofy lotniczej, elektorat Jarosława nie różniłby się wielkością od, powiedzmy sobie, Olechowskiego czy Pawlaka.
Z ostatnich sygnałów wysyłanych przez ludzi Prezesa wynika, że PiS stara się wygładzić swój wizerunek, uspokoić retorykę i unikać agresywnych wypowiedzi.
To jednak o wiele za mało, aby społeczeństwo „łyknęło” nowego Jarosława. Pozostaje wciąż rzeka spraw, które sama powściągliwa obecnie postawa kandydata nie odsunie w zapomnienie. JK stworzył w IV RP listę pojęć, ocen i poglądów oraz duszną atmosferę polityczną, której zapomnieć się nie da.
Jeżeli obecnie JK uważa, że to wszystko było błędem, to trudno go zakwalifikować jako poważnego i zrównoważonego człowieka, o kwalifikacjach na urząd Prezydenta nie wspominając.
Poza tym musiałby - to co zrobił, do czego dążył - odwołać punkt po punkcie. Bo jeżeli pominie swoją przeszłość w IV RP milczeniem, to oznacza, że jedynie odwiesza na okres wyborów swoje prawdziwe oblicze, przyjmując dla celów kampanii kamuflaż obliczony na naiwność i sklerozę wyborców.
Warto pamiętać, co Prezes mówił po przegranych wyborach parlamentarnych: "IV RP to nie jest idea na jeden sezon, nie na jedną kadencję. Ta idea lepszej, sprawiedliwszej Polski pozostaje żywa".
"IV Rzeczpospolita tak czy owak wróci. Kraj skonstruowany na podobieństwo III RP nie ma żadnych szans rozwoju".
Oraz:
"Wszyscy dziennikarze pracujący dla niepolskich właścicieli powinni stosować pewien zakres samokontroli. (...) chodzi przede wszystkim o media niemieckie".
"Tych moherów jest w Polsce dużo więcej, niż się sądzi. To są ludzie, którzy są przywiązani do polskiego państwa i polskości. Nie ukrywam, że my na nich stawiamy, to zdecydowanie nasz elektorat. Każdy głos przyjmiemy z radością, ale uważamy, że podstawą budowy porządnego polskiego państwa są właśnie ci ludzie".
Po likwidacji WSI: „nie spodziewałem się, że żyliśmy naprawdę w Ubekistanie".
"Lista wszystkich agentów powinna być ujawniona. To warunek porządku moralnego w Polsce i poważny element uporządkowania spraw w życiu publicznym i gospodarczym". "Natomiast ujawnienie wszystkich materiałów, dotyczących wszystkich obywateli, to jest przedsięwzięcie co najmniej wielce ryzykowne".
Czy JK nadal uważa, że to komuniści promowali Lecha Wałęsę na urząd prezydencki ?
I tak dalej, i tym podobne.
Pamiętajmy, że otoczenie, które stworzył JK to ci sami pełni nienawiści ludzie, którzy spowodowali, że w powszechnej opinii PiS stał się partią bez przyszłości, opartą na jednym, nie do zastąpienia, samotnym człowieku.
Ale to było przed 10 kwietnia. Od tego czasu, część opinii publicznej się zradykalizowała, a niektórzy twierdza, że dopiero teraz doceniają działalność tandemu bliźniaków.
Oszaleli ?
Aby wykorzystać maksymalnie społeczne współczucie, Jarosław K. unika mediów, a jego pretorianie wytwarzają napięcie i oczekiwanie na pierwsze kampanijne słowa Wodza, które wkrótce padną.
Ja myślę, że w Pałacu potrzeba dzisiaj przywódcy uczciwego, zrównoważonego i NORMALNEGO, współpracującego nad wypracowaniem spójnej relacji: rząd – prezydent.
Z obecnych poważnych kandydatów jedynie Komorowski budzi szacunek, sympatię i nadzieję.
A nie agresywnego zakompleksionego fanatyka, który walkę z rządem uczynił już dawno swoim posłannictwem.
Charyzma jest dobra na salonach.
Co prawda, to niby niedopuszczalne i w złym smaku co najmniej, aby kandydaci starali się o głosy, wykorzystując istniejące po żałobie nastroje społeczne, ale wszyscy wiemy, że w wyścigu do Pałacu, tak naprawdę, wszystkie chwyty będą stosowane.
Jeden sposób działania kandydatów (w oparciu o swoje partie), to promowanie siebie samych. A drugi, sprzężony z pierwszym, jak bracia bliźniacy, to aktywne obniżanie atrakcyjności kandydatów rywalizujących, czyli mówiąc po polsku, gnojenie przeciwników.
Szczególnie zainteresował mnie ostatnio pojawiający się w mediach temat charyzmatyczności.
Oczywiście w kontekście dwu kandydatów: Kaczyńskiego i Komorowskiego.
Politolodzy, politycy i kto tylko może, stwierdza, że Kaczyński jest wybitnie charyzmatyczny, a Komorowski nudny jak flaki z olejem i nie nadaje sie na Wodza Najjaśnieszej.
Trochę, muszę się przyznać, to do mnie nie trafia, bo w historii świata było wielu charyzmatycznych przywódców, ale skutki ich charyzmy były nierzadko tragiczne, chociaż początkowo ich przywództwo powodowało entuzjazm tłumów, a nawet omdlenia niewiast w różnym wieku. I społeczeństwa przez długi czas stały za nimi murem, co utwierdza mnie w przekonaniu, że większość niekoniecznie ma rację. Wbrew powtarzanej często opinii, że społeczeństwo jako całość nigdy się nie myli. Otóż myli się jak cholera, a może nawet bardziej.
Przykłady pierwsze z brzegu: Hitler, Stalin, Salazar, Franco, Peron, Castro, Saddam Hussein, Chomeini. A także Napoleon Bonaparte.
Dlatego określenie „charyzmatyczny przywódca” nie jest eo ipso określeniem jednoznacznie pozytywnym. A może nawet wręcz przeciwnie.
(Chlubny wyjątek, potwierdzający jednak regułę: Jan Paweł II)
Ale po kolei. Niemiecki socjolog Max Weber (zmarł w 1920 roku) twierdził, że najlepsze warunki do pojawienia się charyzmatycznego przywódcy są wtedy, gdy istnieje stan zbiorowego zagrożenia. Najważniejsze jest więc, aby taki stan postrzegania rzeczywistości przez społeczeństwo istniał. Weber uważał, że tworzy się wtedy nowy katalog wartości i zbiorowej identyfikacji. To dopiero stanowi żyzny grunt do uatrakcyjnienia postaci charyzmatycznego przywódcy – zbawcy i pasterza narodu.
Ale, jak konkludował, władza taka staje się stopniowo niedemokratyczna, gdyż przywódcy żądają bezwarunkowego uznania ich katalogu wartości za jedynie właściwy.
Ten typ władzy ma charakter przejściowy i personalny i trudno jest znaleźć następców takich przywódców. Tyle Weber „w tym temacie”.
W Polsce obecnie jedyna partia i jedyny jej przywódca do którego pasuje opinia tego niemieckiego socjologa, to PiS i Jarosław Kaczyński. Gdyby okazało się, że jego charyzma skłoni społeczeństwo do wybrania go, to po raz kolejny w historii wzięłaby ona górę nad chłodną oceną kandydata do Pałacu. Bo pamiętajmy, że gdyby nie było katastrofy lotniczej, elektorat Jarosława nie różniłby się wielkością od, powiedzmy sobie, Olechowskiego czy Pawlaka.
Z ostatnich sygnałów wysyłanych przez ludzi Prezesa wynika, że PiS stara się wygładzić swój wizerunek, uspokoić retorykę i unikać agresywnych wypowiedzi.
To jednak o wiele za mało, aby społeczeństwo „łyknęło” nowego Jarosława. Pozostaje wciąż rzeka spraw, które sama powściągliwa obecnie postawa kandydata nie odsunie w zapomnienie. JK stworzył w IV RP listę pojęć, ocen i poglądów oraz duszną atmosferę polityczną, której zapomnieć się nie da.
Jeżeli obecnie JK uważa, że to wszystko było błędem, to trudno go zakwalifikować jako poważnego i zrównoważonego człowieka, o kwalifikacjach na urząd Prezydenta nie wspominając.
Poza tym musiałby - to co zrobił, do czego dążył - odwołać punkt po punkcie. Bo jeżeli pominie swoją przeszłość w IV RP milczeniem, to oznacza, że jedynie odwiesza na okres wyborów swoje prawdziwe oblicze, przyjmując dla celów kampanii kamuflaż obliczony na naiwność i sklerozę wyborców.
Warto pamiętać, co Prezes mówił po przegranych wyborach parlamentarnych: "IV RP to nie jest idea na jeden sezon, nie na jedną kadencję. Ta idea lepszej, sprawiedliwszej Polski pozostaje żywa".
"IV Rzeczpospolita tak czy owak wróci. Kraj skonstruowany na podobieństwo III RP nie ma żadnych szans rozwoju".
Oraz:
"Wszyscy dziennikarze pracujący dla niepolskich właścicieli powinni stosować pewien zakres samokontroli. (...) chodzi przede wszystkim o media niemieckie".
"Tych moherów jest w Polsce dużo więcej, niż się sądzi. To są ludzie, którzy są przywiązani do polskiego państwa i polskości. Nie ukrywam, że my na nich stawiamy, to zdecydowanie nasz elektorat. Każdy głos przyjmiemy z radością, ale uważamy, że podstawą budowy porządnego polskiego państwa są właśnie ci ludzie".
Po likwidacji WSI: „nie spodziewałem się, że żyliśmy naprawdę w Ubekistanie".
"Lista wszystkich agentów powinna być ujawniona. To warunek porządku moralnego w Polsce i poważny element uporządkowania spraw w życiu publicznym i gospodarczym". "Natomiast ujawnienie wszystkich materiałów, dotyczących wszystkich obywateli, to jest przedsięwzięcie co najmniej wielce ryzykowne".
Czy JK nadal uważa, że to komuniści promowali Lecha Wałęsę na urząd prezydencki ?
I tak dalej, i tym podobne.
Pamiętajmy, że otoczenie, które stworzył JK to ci sami pełni nienawiści ludzie, którzy spowodowali, że w powszechnej opinii PiS stał się partią bez przyszłości, opartą na jednym, nie do zastąpienia, samotnym człowieku.
Ale to było przed 10 kwietnia. Od tego czasu, część opinii publicznej się zradykalizowała, a niektórzy twierdza, że dopiero teraz doceniają działalność tandemu bliźniaków.
Oszaleli ?
Aby wykorzystać maksymalnie społeczne współczucie, Jarosław K. unika mediów, a jego pretorianie wytwarzają napięcie i oczekiwanie na pierwsze kampanijne słowa Wodza, które wkrótce padną.
Ja myślę, że w Pałacu potrzeba dzisiaj przywódcy uczciwego, zrównoważonego i NORMALNEGO, współpracującego nad wypracowaniem spójnej relacji: rząd – prezydent.
Z obecnych poważnych kandydatów jedynie Komorowski budzi szacunek, sympatię i nadzieję.
A nie agresywnego zakompleksionego fanatyka, który walkę z rządem uczynił już dawno swoim posłannictwem.
Charyzma jest dobra na salonach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)