wtorek, 24 sierpnia 2010

Meczet pojednania w miejscu rzezi ?

Budowa świątyni stanowiącej miejsce kultu religijnego nie jest żadnym ewenementem w dziejach ludzkości. Obie największe religie, Islam i Chrześcijaństwo mają tysiące takich przybytków na całym świecie. Ewenementem staje się dopiero budowa świątyni w lokalizacji którą można by nazwać kontrowersyjną. I tak, gdyby w Rijadzie (Arabia Saudyjska) rozpoczęła się budowa kościoła katolickiego, to byłaby to sensacja w skali świata.

Spokojnie, żadna taka inwestycja nie jest planowana w najbliższych latach.

Natomiast, pewną sensację stanowi planowana budowa nowego meczetu oraz centrum kultury islamskiej w bezpośredniej bliskości Ground Zero, miejsca w których stały wieżowce WTC, zburzone atakami fanatyków islamskich. I podobnie jak u nas w sprawie budowy warszawskiego meczetu, społeczeństwo amerykańskie jest podzielone na tych, którzy w imię tolerancji religijnej, popierają tę lokalizację i tych, a jest ich przytłaczająca większość, którzy z powodu tego ataku, a szczególnie stosunku tzw. ulicy arabskiej do tego barbarzyństwa, są oburzeni na społeczność islamską i imama Feisal Abdul Raufa, uważając że nie liczy się on w ogóle z wrażliwością nieislamskiej części nowojorczyków.

Propozycja, aby w tym miejscu pobudować ekumeniczne centrum modlitwy mahometan, żydów i chrześcijan, gdzie odbywałyby się nabożeństwa zgodnie rytuałami poszczególnych religii, a usługi społecznościowe oferowane byłyby przez poszczególne służby wyznaniowe, nie znalazła niestety poparcia u imama.

Feisal Abdul Rauf przedstawia się jako przyjaciel Izraela, oddany sprawie dialogu z Chrześcijanami i Żydami i jako ten imam, który zawsze potępiał rzeź znaną jako 9/11.
To akurat jest tzw. prawdą kwalifikowaną, czyli półprawdą, czyli jak to lubią mówić w TV, nie do końca prawdą.

Opinia publiczna w USA zapamiętała jego wypowiedź nagraną w 19 dni po tragedii dla programu CBS „60 minutes”: „Nie powiedziałbym, że Stany Zjednoczone zasłużyły na to, co się stało, ale polityka Stanów Zjednoczonych przyczyniła się do zbrodni, która miała miejsce”. To tak jakby powiedział: Trochę może i szkoda, że aż tyle było ofiar, ale w końcu coś podobnego do tej rzezi Ameryce się należało.

W Warszawie również powstaje nowy meczet i to też w miejscu mocno kontrowersyjnym.
Budowa ta, która już jest w toku została oprotestowana przez rodaków z kraju i z zagranicy. Dlaczego ?
Przeczytaj o tym na moim blogu z 11 kwietnia b.r.: Polacy. Islamofoby i rasiści ?

I obejrzyj:
http://www.youtube.com/watch?v=RxFzFIDbKpg&feature=player_embedded
http://www.answeringmuslims.com/

USA - Przyjaźń Pomoc Przykład

Tytuł tego wpisu, od razu wyjaśniam, to parafraza hasła z czasów komuny. Wtedy zamiast USA był oczywiście ZSRR. Jako człowiek w tak zwanej sile wieku, przeszedłem drogę od ślepego uwielbienia Ameryki w czasach komunistycznych, do obecnej oceny, która nie jest już taka jednoznaczna, ale z pewnością istnieją pewne elementy w życiu tego wielkiego państwa, które u mnie, Polaka -Warszawiaka wywołują prawie bałwochwalcze jego uwielbienie.
Szczególnie gdy obserwuję przed- i powyborczy krajobraz polityczny i społeczny nad Wisłą.
I porównuję go z tym w USA.


Przypomnijmy sobie jak zażarta jest walka w Stanach o nominację na kandydata w ramach partii politycznych. Już dużo wcześniej zakładane są „teczki” na każdego potencjalnego rywala przez rywalizujące strony. Zbierane są skrzętnie wszelkie informacje, „haki”, które mogą posłużyć w dalszej kampanii w celu zohydzenia wizerunku przeciwnika. Wszystkie chwyty są dozwolone, pełna „wolnoamerykanka”. Bardzo duże znaczenie mają informacje o obyczajowych „wykroczeniach”, takich jak korzystanie z usług seksualnych, oczywiście pozamałżeńskich. Może kandydat uchodzący za wzór głowy rodziny, bije żonę, miał, nawet wiele lat temu, za sobą jakiś skandalik, może kiedyś był gejem, może jego firma, lub partia finansowała jego rozrywkowe eskapady, może syn lub córka są uzależnieni od dragów, lub alkoholu. Może wykorzystywał policję do wyszukiwania mu „dziewcząt” podczas poprzednich kampanii. Te i podobne informacje są na wagę złota przy walce o nominację partyjną. Oraz oczywiście w finalnej walce kandydatów partii do fotela.
Zwykle, w ramach obrzucania się błotem, jako mudslinger, czyli „obrzucacz błotem” występuje jakiś mało znany gościu, który wyraża swoje szczere oburzenie, że pewien obrzydliwy incydent miał miejsce w życiorysie kandydata, co rzekomo dyskwalifikuje go jako potencjalnego prezydenta.
Mile widziane przez rywali są oczywiście sympatyczne panie, które nagle przypomniały sobie o kandydacie, który kiedyś korzystając z okazji, nastawał skutecznie na ich cześć, realizując swoje posłannictwo biologiczne w ramach walki ze stresem.

W tym kontekście przykład „dziadka z Wehrmachtu” prezesa Tuska, to (chociaż nie z tych wyborów) jakby pieszczota posła Kurskiego – naszego czołowego polskiego „mudslingera” i Europosła w jednym. Chociaż z tego samego błotnistego sortu, co ten amerykański.

Do momentu wyboru prezydenta, w USA i Polsce obowiązują więc podobne standardy moralno-etyczne, polegające na zohydzaniu przeciwnej partii, przywódcy, czy kandydata. Czy to dobre standardy, czy złe – to kwestia subiektywnej oceny każdego z nas.

Fundamentalna różnica między naszymi krajami występuje dopiero w okresie powyborczym.

I tak, w USA przegrany kandydat po ogłoszeniu wyników, składa gratulacje prezydentowi-elektowi, dziękuje swojemu sztabowi i elektoratowi i jednym tchem wzywa wszystkich Amerykanów, a więc także swój elektorat do aktywnego wsparcia byłego rywala w imię jedności narodowej. Nawołuje zawsze do zjednoczenia się wszystkich obywateli wokół gwiaździstego sztandaru i lojalności wobec nowego prezydenta-elekta..

Parafrazując slogan kampanijny Jarosława K.: „Bo Ameryka jest najważniejsza”.

To jest też koniec obrzucania błotem człowieka, który w tym momencie stał się przyszłą głową państwa – Prezydentem Elektem.
To amerykański standard.

U nas po ogłoszeniu wyników Jarosław K. i jego pretorianie natychmiast przystąpili do bezpardonowej walki z legalnie wybranym prezydentem RP, (lekceważąc tym samym decyzje wyborcze 9 milionów głosujących Polaków), wykorzystując wszystko co nawinie się pod rękę. „Osiągniemy jedność, gdy pozbędziemy się wrogów” - to ich ideologia powyborcza.
A metody realizacji tej ideologii: eksploatować różnice poglądów obywateli, pogłębiać je, wprowadzać atmosferę zagrożenia suwerenności Polski. Nie wahać się przed nazywaniem przywódców kraju zdrajcami, sprzedawczykami, Żydami, liberałami, libertynami, Judaszami itd. Organizować prowokacje – tak jak w Ossowie, byle tylko zostało to nagłośnione medialnie. Głosić wszędzie hasła patriotyczne i obrony rzekomo zagrożonej religii.
Będąc, tradycyjnie już, skrajnie oportunistyczną partią (dawne sojusze z Samoobroną, LPRem), popierają wszystkich, którzy tylko wydadzą się być aktualnie w opozycji do PO i prezydenta, w myśl hasła: „wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem”. Mogą to być również „krzyżowcy” - fanatycy, frustraci czy ludzie przegrani, których były prezydent „spieprzaj dziadu” potraktowałby z lekceważeniem. JK jednak, sam będąc przegranym frustratem, widzi w nich bratnie dusze w walce z rządem, w celu destabilizacji państwa, które jest „nie ich”.
Jestem pewien, że takie postępowanie Jarosława K., Melchior Wańkowicz nazwałby kundlizmem *. A PIS sektą polityczną z charyzmatycznym fuehrerem.

Jako, że od 1989 roku, moda na USA przyjęła się i ugruntowała u nas w tak wielu dziedzinach życia, warto aby politycy PISu skorzystali z przykładu patriotycznej powyborczej postawy liderów tej kolebki demokracji. W myśl tytułowego hasła tego wpisu: USA - Przyjaźń Pomoc Przykład.
Ale czy to w ogóle możliwe ?

__________________________________________________________

* dla młodzieży: Melchior Wańkowicz (1892-1974) ukuł w swoim czasie określenie kundlizmu. Kundlizm jest przeciwieństwem szlachetności. Jest zaprzeczeniem szczerości, autentyzmu, bezinteresowności. Można się skundlić, mówi porzekadło. Można, ale zawsze ze stratą. Stratą twarzy, wiarygodności, zaufania. Kundlizm występuje tam, gdzie przedkłada się własne interesy kosztem innych. Kosztem godności innych, ale też godności własnej.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Liberum Veto 2010

Zaplanowaną i będącą wynikiem uprzedniego trójstronnego porozumienia uroczystość przeniesienia krzyża z pod Pałacu Prezydenckiego oglądała w telewizji lub na żywo większość tego szarpanego wydumanymi konfliktami narodu. Oraz turyści i korespondenci zagranicznych mediów.
Na ten temat wypowiedzieli się już posłowie, senatorowie, socjologowie i zawodowi komentatorzy.
Zobaczyliśmy głębokie podziały i mnóstwo adrenaliny towarzyszącej wygłaszanym opiniom.

 
Oto kolejny konflikt polityczno-religijny Polski początku XXI wieku. Dla „prawdziwych Polaków” Polska jest nadal państwem-niewolnikiem, tak jakby nadal istniał Wielki Brat, który wszystko widzi i wszystkim kieruje. Przez swoich lokalnych „polskojęzycznych” popleczników zorganizował   sprytnie mega-zamach usuwając za pomocą jednego wypadku lotniczego dużą część elity politycznej naszego kraju. I kieruje obecnym śledztwem tak, aby niewygodne dla niego szczegóły nie wyszły na jaw.
 
Jako że ci poplecznicy hegemona są oczywiście żydokomuną, walczą też z symbolami naszej wiary ojców. Stąd mają alergiczny stosunek do przedpałacowego krzyża, tak jak dawniej mieli do Lecha Kaczyńskiego. Żyd Bronek Komorowski i potomek hitlerowców sprzedawczyk Donald Tusk wespół w zespół realizują politykę obcych państw. Takie i podobne opinie słyszałem osobiście, stojąc pod samym krzyżem przez niecałe 15 minut w słoneczny dzień  11 sierpnia Roku Pańskiego 2010.
W naszym codziennym życiu politycznym dużo łagodniejsze epitety skutkują pozwami o zniesławienie i naruszenie dóbr osobistych. A tu w bliskości 2 desek zbitych na krzyż, wolno bluzgać bezkarnie na demokratycznie wybranych przywódców, co oszołomom ślina na język przyniesie. (To lepsze niż poselski immunitet !).

Taki mniej więcej obraz sytuacji kreują „prawdziwi Polacy” czyli PIS i TV Trwam/Radio Maryja oraz wspierani przez te ośrodki destrukcji państwa, fanatycy ultranacjonal-religijni. I śpiewają pod krzyżem znaną pieśń z wymownym zakończeniem „... Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”. Logicznie więc biorąc jesteśmy nadal niewolnikami w służbie obcych hegemonów. Z tym, że dawniej był to Związek Radziecki, a obecnie to Moskwa i Bruksela.

Chociaż szaleństwo i absurd tego wszystkiego jest widoczny dla każdego normalnego człowieka, część społeczeństwa zachowuje się jak chory psychicznie, który widzi i słyszy to, co Ty czytelniku uważasz, że nie istnieje.
 
Trudno jednak pogodzić się z faktem, że ci chorzy mają mieć istotny wpływ na porządek publiczny w kraju. A tak właśnie jest - to widzieliśmy kilka dni temu przed Pałacem Prezydenckim.
Grupka szczególnie agresywnych fanatyków w liczbie poniżej 100 wygrała z policją i siłami porządkowymi w liczbie 1000 osób. Nie mówiąc juz o księżach, którzy pokornie słuchali wrzeszczących do nich przez megafony oszołomów nacjonal-religijnych.
W rezultacie mała grupka ludzi narzuciła swoją wolę przeważającej większości.
 
W naszej historii, w czasach złotej wolności, było już coś takiego jak Liberum Veto (wiek XVII-XVIII), co skutkowało zrywaniem sejmów jednym protestującym głosem.
 
Natomiast, jak widzieliśmy, na warszawskiej ulicy odmiana Liberum Veto funkcjonuje nadal i skutecznie rujnuje  porządek publiczny. Tak jak przed wiekami pojedyncze osoby destabilizowały państwo, tak obecnie grupka fanatyków destabilizuje porządek publiczny obnażając tym samym  słabość władz świeckich i kościelnych.

Trzeba nazwać rzecz po imieniu: Władzy i Kościołowi brakuje „jaj”, brakuje zdecydowania w działaniu i odwagi cywilnej. Kunktatorzy wzięli na przeczekanie i unikają jak ognia konfrontacji z siłami ciemnoty i fanatyzmu w nadziei, że wszystko się z czasem ułoży samo, więc po co się narażać na ewentualną krytykę.
Niechaj więc nadal setki policjantów (opłacanych z naszych podatków) zamiast zapewniać nam bezpieczeństwo w mieście i okolicach, stoją w upale przyglądając się sennie grupce oszołomów. A społeczeństwo niech otrzymuje codziennie klarowny sygnał: kto stanie obok zbitego z 2 desek krzyża, może opluwać demokratycznie wybranych przywódców państwa oraz reprezentantów Kościoła. I korzystać z pełnego immunitetu.
Państwo polskie krzyża, ani „krzyżowców” nie ruszy, bo się boi. Pytam: czego ?

Czy taki słaby rząd będzie miał odwagę przeprowadzać niezbędne, a mało popularne reformy gospodarcze ? Czy też z uwagi na ewentualną krytykę będzie kluczył w powodzi miałkich półśrodków. A co z jego polityką zagraniczną, jeżeli nie jest nawet w stanie zapewnić porządku na ulicy przed siedzibą wybranego w wolnych wyborach Prezydenta ?

Pamiętajmy, że sprytny przeciwnik, partner, kontrahent czy oponent w mgnieniu oka wyczuwa słabość drugiej strony. I eksploatuje ją ile się da. „Krzyżowcy” już dawno rozpoznali tę drugą stronę i pokazują mnie, Tobie i rządowi swój środkowy palec.

Czy nie nadszedł czas na zdecydowanie, stanowczość i działanie wybranych przywódców ?
A może po prostu to określenie do nich nie pasuje ?

środa, 14 lipca 2010

Krzyże nienawiści

Wybory za nami. Kurz wyborczy opadł. Wybraliśmy w końcu kogo trzeba. Nastały upały i chodzimy trochę „przymuleni”. Z wyjątkiem tych, którzy wyjechali na lipcowy odpoczynek i pływają w ciepłych morzach i jeziorach. Atmosfera leniwa. Rodacy mieli spokój i mogli się całkowicie skoncentrować na mundialowym finale.
Jako, że nasza reprezentacja narodowa nie pchała się nachalnie na te mistrzostwa, musieliśmy się emocjonować zmaganiami innych. I już by się wydawało, że w polityce w te wakacje wieje nudą, a tu raptem pojawił się nowy polski spór: o krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim.


Po co i na co żyć we względnej zgodzie, kiedy tak pięknie i żarliwie można sobie skakać do gardeł ? Jedna strona, nazywająca siebie od dawna „prawdziwymi Polakami” jest za pozostawieniem tego krzyża (na wieki wieków amen), a druga, ta „polskojęzyczna”, uważa że musi się znaleźć inne, „godniejsze” miejsce na ten symbol kultu. I jak to w Polsce, kiedy mamy kontekst krzyżowy, wytaczane są przez „prawdziwych Polaków” najcięższe (chociaż nie najmędrsze) działa.
Przykład ich argumentacji ZA pozostawieniem:

Komu on przeszkadza ?
Dlaczego go gdzieś chować ?
Ludzie tam go postawili, aby tam pozostał.

I argument-groźba:
Kto z krzyżem wojuje, ten od krzyża ginie.

Oraz propozycja rzekomo koncyliacyjna: Krzyż pozostawić, ale teren wokół odpowiednio zaaranżować architektonicznie... Konkretniej Zbigniew Romaszewski (bo to jego cytuję) nie chciał się wypowiedzieć , więc myślę, że chodzi mu o jakąś kapliczkę/bazyliczkę lub coś podobnego. Dodał jeno łaskawie, że należy zachować drogę wjazdową i wyjazdową z Pałacu. (!) Rozumiem, że to są jego podstawowe założenia co do zagospodarowania przestrzennego obszaru przedpałacowego.

Jako, że w temacie „martyrologia i kult męczeństwa” jesteśmy wyjątkowo obcykani, a stawianie pomników i pielgrzymki to nasza specjalność, już oczami wyobraźni widzę kolejki do kolejnego miejsca kultu i kolejny film dokumentalny z komentarzem red. Pospieszalskiego.

Tu i ówdzie padają również argumenty, że nie wypada nowemu Prezydentowi z rodziną biegać po salonach, w których przebywała Poprzednia Para. Najlepiej byłoby cały ten spory zresztą budynek zamienić na muzeum.

Rozumiem, że gdyby JK wygrał wybory prezydenckie, a z czasem PIS parlamentarne, to napewno spełniłoby się to obłędne marzenie zamiany Pałacu i terenu przypałacowego w kolejną Częstochowę.
Argument „krzyżowy” jest w Polsce bardzo wrażliwy politycznie. Przypomnijmy sobie walkę o krzyże na żwirowisku wokół obozu w Auschwitz. Przez 44 lata po II wojnie światowej jakoś dało się żyć z pustym miejscem. Aż jeden oszołom postawił nocą, po kryjomu, pierwszy krzyż, a inni dołożyli swoje. I rozpoczęła się zabawa na poważnie. „Kto z krzyżem walczy ... itd.”

Powstały liczne Komitety i Przymierza, np. Społeczny Komitet Obrony Krzyża Kazimierza Świtonia, czy Przymierze w Obronie Krzyża Papieskiego na Żwirowisku.
W imię czego ? Zgody i harmonii ? Nie, wzajemnej nienawiści i podziałów.

Uwaga ! W/w organizacje wcale nie działają zgodnie razem. One ostro konkurują ze sobą !
Dom wariatów ? Oczywiście, że tak.

Ostatecznie, w wyniku zbiorowej decyzji b. Premiera Buzka, b. wicepremiera Tomaszewskiego i arcybiskupa Rakoczego postawione przez Świtonia na żwirowisku krzyże zostały przeniesione. Pozostał tzw. krzyż papieski.
Ile osób w sumie brało udział w całej tej aferze „krzyżowo – żwirowej” ?
Ile czasu zmarnowano na bicie piany w celu wypracowania kompromisu między oszołomami i resztą społeczeństwa ?

A krzyż w Sejmie ? Ile było zażartych dyskusji parlamentarnych poświęconych rzekomej niezbędności tego tam przedmiotu ? I pseudopatriotycznego i religijnego patosu „prawdziwych Polaków-patriotów-katolików”.
Po to tylko, aby po raz kolejny ukradkiem, nocą, zawiesić ten obiekt na ścianie. Że niby będzie inspirował do światłych działań. A jak to działa w praktyce, każdy widzi.

I teraz ten krzyż przed Pałacem...
Kościół wstrzymuje się od zajęcia stanowiska. Czeka jak sytuacja się rozwinie.
Toleruje opinie Beaty Kempy i jej kolegów, że prawdziwy katolik nie będzie się domagał przeniesienia krzyża. Spokojnie obserwuje kolejny „krzyżowy” konflikt.
W końcu promocja kultu symboli to jego specjalność. Nawet jeżeli ten symbol wiary stał się faktycznie symbolem nienawiści i narodowych podziałów. Who cares ? - jak mówią Amerykanie.

Swoją drogą to kuriozum i czysty obłęd, że w XXI wieku dwa patyki zbite pod kątem prostym powodują w niektórych ludziach tyle bezsensownych emocji. A jeżeli jeszcze jakiś człowiek w sutannie pokropi je wodą, rozpala to w nich prawdziwą nienawiść przeciwko innym. Potrzeba obrony materialnego, zewnętrznego symbolu w tym przypadku tysiąckrotnie przewyższa ich potrzebę stosowania zasad wiary, tolerancji i miłości bliźniego w życiu codziennym. Powód: to ostatnie jest o niebo trudniejszym i o niebo mniej spektakularnym zadaniem.

Jak mówi filozof religii prof. Zbigniew Mikołejko: “krzyż przed Pałacem jest krzyżem przegranych, którzy usiłują uczynić z niego narzędzie zwycięstwa. Przegranych także religijnie, bo usiłujących uczepić się wiary widzialnej, obrzędowej, która nie wymaga myślenia, tylko emocji."

Natomiast oświadczenie arcybiskupa Henryka Muszyńskiego, metropolity gnieźnieńskiego: "Ci, którzy posługują się krzyżem jako narzędziem walki przeciwko komukolwiek, postępują faktycznie jako wrogowie krzyża Chrystusowego" to wołanie na puszczy.

Niestety, krzyż w praktyce polskiej jest symbolem nienawiści.

A spora część naszego społeczeństwa pod przewodnictwem PISu i O.Rydzyka jest chora.
Choroba ta pogłębia się w oczach. Wczorajszy wywiad Joachima Brudzińskiego u Moniki Olejnik pokazuje jak bardzo. Przegrana w wyborach prezydenckich zaostrzyła ten stan. Frustracja PISu uruchomiła istniejące od zawsze obfite pokłady niepohamowanej nienawiści. Skrywanej oportunistycznie i fałszywie przez wszystkich jej członków w okresie kampanii wyborczej. Kampania i pozowanie na łagodne owieczki nie przyniosło zwycięstwa, więc partia wraca do korzeni ! Przyznając się tym samym do nieudanej próby oszustwa elektoratu.
"Po trupach do celu".
Dla PISu Polska napewno nie jest najważniejsza.

Dlaczego zatem wódz PISu – partii „prawdziwych Polaków” przegrał wybory prezydenckie ?
Jak twierdzą niektórzy jej liderzy, bo społeczeństwo nie dorosło do poziomu ich przywódcy.
Adolf Hitler też tak mówił o swoich rodakach w obliczu nieuchronnej klęski III Rzeszy.

niedziela, 4 lipca 2010

Cisza wyborcza

4 lipca. Kompletna cisza. Nawet pies sąsiadów, który zwykle ujada bez sensu i powodu nie zakłóca tej ciszy. Mieszkańcy mojej podwarszawskiej wioski też jakby się schowali w swoich domach i nawet nie słychać żeby grali, jak zwykle w niedzielę, modne przeboje przy otwartych oknach. Syn sąsiada, (niesamowite !) nie dokonuje rytualnego odsłuchu rur wydechowych swojego czarnego Kawasaki, a nasza ulica wiejska świeci pustkami.
Pogoda też spokojna: 24 stopnie, lekkie zachmurzenie i prawie bezwietrznie.

W domach niezdecydowanych wyborców wszystko to sprzyja przemyśleniom Last Minute co do wyboru „naszego” kandydata na Prezydenta Najjaśniejszej. Ja i wielu moich znajomych rzeczywiście traktujemy sprawę bardzo poważnie.
Już o 9 rano pojechałem z moimi od niedawna pełnoletnimi synami do lokalu pobliskiej Komisji Wyborczej. Żona i teściowa, które udały się na weekend do Wrocławia, zabrały stosowne zaświadczenia. I już dzwoniły do mnie parafrazując słynne powiedzenie: „Meldujemy dokonanie Aktu Wyborczego”.

Stopniowo, od lat 90tych, mamy do czynienia ze wzrastającym poczuciem, że pojedyńcze głosy istotnie mogą wpłynąć na los naszego kraju. I na jego wizerunek na świecie.
To dobrze, bo przez dziesięciolecia obywatele Polski traktowali wybory jak szopkę Bożonarodzeniową z Pierwszym Sekretarzem w roli Jezusa.

Ta banalna analogia podsuwa następną. Oto mamy Mundial i większość telewidzów ogląda kolejne mecze. Coraz ciekawsze, bo finał tuż tuż. Kto wygra ? Niemcy czy Holandia ?
A dzisiaj po 20tej będą już częściowo znane wyniki innego finału. Kto wygra ? JK czy BK ?

Do wieczora jeszcze wiele godzin, więc dla zabicia czasu można poczytać i pooglądać gazety. I poszerzyć swoją bazę informacyjną o wydarzenia, które wydawcy najwidoczniej uważają za wzbogacające naszą wiedzę o świecie i ważnych ludziach.
Oto (w Wyborczej) zdjęcia Nergala pochylonego nad otwartym bagażnikiem swojej Hondy Civic (w kolorze: czerń wizytowa) i wypakowującego torby plastikowe pełne produktów spożywczych. Następne foty pokazują już tylko tył wyżej wymienionego, gdy wchodzi na klatkę schodową. Można jeszcze dostrzec na zbliżeniu, że osoba zakupiła m.in. karton z mlekiem – nie widać jednak iloprocentowym. Szkoda...

Inny serwis fotograficzny pozwala nam obejrzeć Dodę, stojącą obok czarnego Audi Q7 z którego ochroniarz wyjmuje bagaże. Tu już niestety nie widać zawartości. A ciekawe, co jest w środku walizki w jaskrawą pepitkę zielono białą...
I tu i tam, jak widać, prasa rozbudza ciekawość czytelników, lecz jej całkowicie nie zaspokaja. To sprytne.

Mniej sprytne więc, bo podające całą wstrząsającą prawdę są informacje o tym, że Urbańska była u wróżki, która przepowiedziała jej narodziny syna, a znów inna Ważna Osoba, Agnieszka Chylińska, już jest w ciąży !
I podobno, jak twierdzą osoby zbliżone do niej, w wyniku tego wydarzenia, przeszła kompletną metamorfozę swojej osobowości. Ze złośliwej i agresywnej baby na miłą i łagodną kobietkę.

Podobną i równie wielką metamorfozę przeszedł, jak twierdzą osoby zbliżone do … (ocenzurowano z powodu ciszy wyborczej), również i on.

Czyżby oboje byli w ciąży ??
Mało prawdopodobne.

środa, 16 czerwca 2010

Kobe Bryant ? Czy Paul Pierce ? Oto jest pytanie

Pisać taki tekst jak ten i to w czasie Mundialu, to pływanie pod prąd wezbranej rzeki. Ale co mi tam, nie kandyduję na Prezydenta RP, więc mam niewiele do stracenia.
Jedząc dzisiaj pożywny „posiłek regeneracyjny” słuchałem wiadomości sportowych w radio, w których podawano wyniki meczów ligi NBA, wraz z charakterystyką zawodników. Pomyślałem sobie, (jak mawia Ferdek Kiepski), a co mnie to gówno obchodzi, który zawodnik jakiejś drużyny ligowej strzelił, a który zdobył przyłożenie.


Czy to mi robi jakąkolwiek różnicę ?
Czy to zmieni mój nastrój na gorszy lub lepszy ?
Czy analiza formy poszczególnych zawodników ligi NBA jest istotna dla mieszkańców RP ?

I nagle zrozumiałem, że kwestionuję słuszność kibicowania w ogóle, a drużynom USA w szczególności.

Jaki jest powód tego, że ludzi interesuje coś, co ich w ogóle i absolutnie nie dotyczy ?
Jeżeli mogę poczuć solidarność z reprezentantami Polski walczącymi z zawodnikami obcej drużyny (solidarność plemienna), to dlaczego ma mnie interesować, czy Kobe Bryant lub Rajon Rondo zdystansuje Paula Pierce ? Gdybym jeszcze znał osobiście człowieka, to miałbym do niego jakiś stosunek emocjonalny, ale tak na dystans ?

Rozumiem ludzi uprawiających jakiś sport, np. tenis i śledzących turnieje tenisowe. Poza napięciem towarzyszącym zmaganiom zawodników, podglądamy ich uderzenia, ich technikę.
Może w następnym naszym meczu uda się nam chociaż jedno takie właśnie uderzenie...

Ale ktoś, kto kontakt ze sportem ogranicza do fotela, telewizora i puszki piwa (nie mam nic przeciwko piwu) - a takich jest większość, kojarzy mi się z impotentem oglądającym filmy porno.
Poza sapaniem i poceniem się, nie upodobni się on do „bohaterów” widowiska.

sobota, 29 maja 2010

Czas na elektryfikację

Tak się złożyło, że wpis ten przypadkowo znów zaczynam od Angeli Merkel, gdyż to u niej 3 maja spotkali się czołowi niemieccy producenci samochodów, aby starać się o subwencje na konstruowanie nowych modeli o napędzie elektrycznym. To dopiero pierwsze kroki świadczące o tym, że kiełkuje u nich świadomość, iż napęd obecny, bazujący w 98% na ropie, absolutnie nie ma przyszłości.

Ostateczny sukces należeć będzie jednak do tego lub tych producentów, którzy faktycznie przestawią odpowiednio swoją produkcję. W roku 2050 większość aut musi już być elektryczna. Kilka gwiazd filmowych z Hollywood już je ma. George Clooney jeździ Teslą. 4 sekundy do setki, zasięg 350km, baterie ładuje z gniazdka. Baterie, których zestaw kosztuje 35.000$. To 1/3 ceny całego samochodu !
I to jest też cena, którą trzeba dzisiaj płacić za to, że od początku XX wieku nie upowszechniano tego napędu. Który wtedy już (początek stulecia) poruszał wszystkie nowojorskie taksówki i niemieckie wozy strażackie.
To auta elektryczne jako pierwsze przekraczały 100 km/godz.
I reklamowane były jako pojazdy dla pań - ciche, eleganckie i szykowne.

Ich sprzedaż spadła dopiero przed I wojną światową. I nawet kryzys paliwowy lat 70tych i 80tych nie zbudził ze snu producentów – takimi pojazdami jeździli nadal tylko zamożni fanatycy cichej i ekologicznej jazdy. To zrozumiałe, bo przy braku inwestycji w postęp technologiczny w tej dziedzinie, pozostały podstawowe wady napędu: wielkie, drogie i ciężkie baterie. Oraz długi okres ładowania i mały zasięg aut.
Pierwsza oznaka przebudzenia nastąpiła w postaci Toyoty Prius. Samochód „chwycił” w Kalifornii. Nie zachwyca stylistyką, ale nie o stylistykę tu chodzi. Zasięg na naładowanych bateriach i silniku elektrycznym ma tylko 3km, powyżej 30km/godz włącza się silnik spalinowy, ale jako że dysponuje możliwością odzyskiwania energii w czasie hamowania, jest bardzo ekonomiczny w jeździe miejskiej. Prius to najpopularniejsza na świecie hybryda.

I jest już licznie w Kalifornii modyfikowana poprzez wymianę fabrycznych baterii na bardziej zaawansowane krzemowo-jonowe. Zasięg wciąż jest skromny, ale to już 15km. Ta niefabryczna przeróbka kosztuje 10.000$. Do licznych jej amatorów zalicza się również były szef CIA, James Whoolsey.

Ale nie da się ukryć, to wciąż margines sprzedaży. Niechęć koncernów do radykalnych zmian jest bardzo widoczna. Weźmy General Motors (zatrudnienie przed kryzysem 250.000 ludzi). Już w 1996 roku z dumą wyprodukowali 2 osobowy samochód EV1 (Electric Vehicle 1) w ilości 1000 sztuk. Ale nie na sprzedaż, a jedynie na umowy leasingowe.
Popyt był wielki, podaż śladowa. Baterie ołowiowe, ładowanie z gniazdka. Zasięg spory – 100km. Wielki entuzjazm konsumentów został wygaszony przez GM, które odebrało klientom w 2002 roku wszystkie egzemplarze i zmagazynowało je jeden na drugim na pustyni koło Phoenix.
Oficjalny powód: „nie ma podstaw do stwierdzenia, że produkcja elektrycznego samochodu, to zyskowna propozycja biznesowa”. Zyskowna propozycja dla GM to były wówczas wielkie i ciężkie żarłoki benzynowe: SUVy i vany, na których dało się latami zarobić o wiele więcej niż na EV1.
W dobie obecnego kryzysu popyt na te „zyskowne propozycje” spadł jednak gwałtownie i jak pamiętamy, przerażone GM stanęło nagle na progu bankructwa.
Jak pisał znawca duszy ludzkiej Adolf Hitler w Mein Kampf, nic tak skutecznie nie motywuje, jak strach.
Dlatego nagle odżyły zapomniane koncepty i prawie błyskawicznie (w trakcie upraszania o pomoc finansową w Białym Domu) przedstawiono plany produkcji Chevroleta Volt. Zasięg 60km, a przy pomocy ładowania przez drugi silnik – spalinowy – ponad 1000km.
GM wkroczyło na drogę, z której zeszło 12 lat temu, a Volt to przedsięwzięcie, które zadecyduje o losach całego koncernu.

A co słychać w Europie „w tym temacie” ?
BMW już ma kandydata do zelektryzowania. To Mini z zasięgiem 250km, świetne przyspieszenie, ładowanie z gniazdka i brak zmiany biegów. Przejazd 100km kosztować ma ca. 15 złotych.
Kiedy u dealerów ? Nie wiadomo, a dokładniej: nie w najbliższym czasie.
To zrozumiałe, bo wszystko co pod maską w tym Mini – pochodzi od amerykańskiego dostawcy z Kalifornii.
A co u VW ? Obiecali w 2008 ładowany z gniazdka samochód flotowy, rok później prezes Winterkorn zaprezentował flotę składającą się z 1 samochodu, hybrydy Twin Drive, (Golfa Steckdose). Kiedy u dealerów ? „Wiele lat upłynie, zanim takie lekkie samochody pojawią się w masowej produkcji” - tyle rzecznik VW. Przyczyna: zacofana technologia bateryjna.

A dlaczego zacofana ? Bo przez dziesiątki lat nie inwestowano w jej rozwój. Paradoksalnie, znalazły się pieniądze dopiero dzięki firmie Black & Decker, która potrzebowała małych baterii do zasilania swoich wiertarek itp. narzędzi. Opracował ją chiński profesor na uniwersytecie MIT. Ta technologia z kolei znalazła zastosowanie w samochodach dzięki panu Pat Cadam, który dokonuje przeróbek Priusów, o których pisałem wyżej.
Montuje w nich pakiety Hymotion, które przy mniejszych gabarytach dają pięciokrotnie większy od fabrycznego zasięg.
Jeżeli Pat Cadam może – dlaczego wielcy producenci nie wykazywali zainteresowania ?
Ponieważ zainwestowali tyle pieniędzy w rozwój technologii silników spalinowych, że teraz czekają na zwrot wkładów i zysk.

Stosunkowo największe w Niemczech zainteresowanie „elektryfikacją” wykazał Mercedes, bo zainwestował w fabrykę baterii w Saksonii i za 3 lata zamierza wypuścić elektryczne Smarty.
A klasa C lub E ? Może kiedyś, ale nie prędko.

A inni ?
Renault-Nissan związał się z bateryjna firmą japońską i w 2011 skieruje do masowej sprzedaży 3 modele: od najmniejszych do Megana. Uwaga ! Tylko jeden silnik – elektryczny.

I na koniec coś chyba naprawdę genialnego.
Twórca konceptu jest Żydem, lub jak kto woli, obywatelem Izraela i nazywa się Shai Agassi. Jego pomysł to stacje wymiany baterii. Wymiana pakietu bateryjnego trwa 2 minuty. Twój samochód kupujesz bez baterii, baterie są w leasingu, więc płacisz tylko za wymianę. W związku z tym, cena auta ma być niższa niż obecnie. Druga strona medalu, to jednak koszty inwestycji i ogrom prac związanych z budową odpowiedniej infrastruktury.
Aby jednak wejść na najwyższą górę, trzeba zrobić pierwszy krok, jak mawiał Przewodniczący Mao. Ten krok to sieć 6 stacji wymiany baterii, które powstaną w Izraelu w 2011 roku. Obsługiwane samochody elektryczne: Renault-Nissan.

Ja myślę, że jeżeli to wypali, Shai Agassi (znak Zodiaku: Baran) może uzyskać stopniowo potężne wsparcie finansowe, o które zresztą stale zabiega. Nie zaniedbuje również spotkań z politykami z USA, Kanady, Australii oraz państw UE. Oby mu się udało ! Timing jest chyba odpowiedni.

A jeżeli któryś z wielkich koncernów motoryzacyjnych przegapi swoją szansę na dokonanie możliwie szybko największego przełomu technologicznego od 100 lat, jego dotychczasowe sukcesy i renoma staną się w przyszłości bezprzedmiotowe.