czwartek, 24 września 2009

Szpiegostwo naszych czasów

Mniej więcej 20 lat temu zakończyła się tzw. zimna wojna, a wraz z nią wojna central wywiadowczych głównych adwersarzy: USA i ZSRR. To teoria. W praktyce szpiegostwo kwitnie nadal, w nowej aktualizowanej stale scenografii, ze zmodyfikowanymi celami.
Obszary dawniej zdominowane przez gospodarkę socjalistyczną przeszły na kapitalizm.
Pojawił się globalizm i bezlitosna międzynarodowa konkurencja. Przeżyje tylko najsilniejszy.
Badania i wynalazki kosztują krocie. Pokusa dla państw, aby pójść na skróty i zaoszczędzić na czasie i środkach jest nieodparta. Dlaczego więc nie „pozyskać” w każdy możliwy sposób gotowych rozwiązań od konkurencji ?


Najbardziej znane przypadki to: wiatrowe elektrownie niemieckiego Enerconu, który stracił rynek amerykański na 10 lat, gdyż firma amerykańska skopiowała niemieckie rozwiązania, lub przypadek niemieckiego Transrapidu – przełomowego superszybkiego (do 450km/godz.) pociągu poruszającego się na poduszce magnetycznej , wspólnego dzieła koncernów Thyssen Krupp oraz Siemens.
Na rozpoczęciu budowy linii kolejowej dla tego pociągu obecny był sam premier Chin Zhu Rongji oraz kanclerz Schroeder, ale to nie zapobiegło skopiowaniu planów dostarczonych wraz z pociągiem i rozpoczęcia produkcji jego chińskich, można to nazwać „pirackich” kopii. Chyba w myśl konfucjańskiej zasady: „kopiowanie to zaszczyt dla wynalazcy”.
Jeżeli jakaś firma spoza Chin chce uniknąć tego zaszczytu, sama wyłącza się na starcie z ogromnego rynku chińskiego. A politycy państw-eksporterów nie protestują, aby nie pogarszać stosunków bilateralnych. Chińczycy zaś uważają, że bez sensu jest tracić czas i pieniądze na badania, jeżeli można szybciej i taniej odrobić zaległości do liderów.

Inny teatr i podobna sztuka: Unia Europejska, Bruksela.
Tu zapadają kluczowe dla państw członkowskich decyzje gospodarcze. Teoretycznie wszyscy działają w celu osiągania wspólnych korzyści, ale tajne służby poszczególnych państw mają bardzo różne cele. Żeby było jasne: współpraca służb w zakresie zwalczania terroryzmu, międzynarodowej przestępczości czy rozprzestrzeniania technologii nuklearnej przebiega wzorowo. Ale w obszarze gospodarki jest to praktycznie niemożliwe, gdyż każde państwo reprezentuje własne, odrębne interesy. I tu znajduje się świetne pole do działalności szpiegowskiej.

Pamiętny jest skandal z 2002 roku, gdy w sali konferencyjnej Rady Europy odkryto zaawansowany system podsłuchowy. Obradowali tam m.in. szefowie 25 państw członkowskich.
Czy podobne systemy działają nadal ? Jeżeli tak, to wciąż oczekują na wykrycie.

W czasie zimnej wojny Stany Zjednoczone były postrzegane przez tzw. wolny świat jako 100% lojalny sojusznik, ale dzisiaj wiadomo, że szczególnie amerykańskie konserwatywne think tanks mają własne podejście do Europy i świata. Ich celem jest umocnienie światowej dominacji USA.
I to jak najszybciej, bo nie wiadomo, czy w przyszłości nieco inny globalny rozkład sił nie będzie wpływał na osłabienie roli jedynego dziś supermocarstwa.
Panuje opinia, że realizacji tego amerykańskiego celu służy w znacznej mierze system podsłuchu elektronicznego Echelon, stworzony w czasie zimnej wojny przez USA, Kanadę, Wielką Brytanię, Nową Zelandię i Australię. Głównym dysponentem systemu jest USA a Wielka Brytania odgrywa rolę młodszego partnera (lojalnego bardziej w stosunku do USA niż Unii). System ten składa się ze 120 stacji naziemnych i obiektów na orbitach okołoziemskich i jest największym dzisiaj systemem podsłuchu na świecie. To potęga.
Rozpoznaje głos. Przechwytuje rozmowy telefoniczne, e-maile oraz faksy kierując się uprzednio zaprogramowanymi słowami kluczowymi. Może to być cokolwiek: zamach, bomba, ale również nazwisko, nazwa firmy itd. Kontroluje 90% światowej łączności internetowej. Podczas każdej minuty przetwarza 3 miliony informacji, które sortuje i magazynuje, a gdy trzeba tłumaczy na angielski. Nadzór nad całym systemem sprawuje amerykańska NSA (National Security Agency). Przez lata Amerykanie negowali jej istnienie, stąd złośliwi nazywali ją „No Such Agency”. Powszechnie uważa się, że przy pomocy Echelona Amerykanie zbierają informacje gospodarcze. Dlaczego nie, jeżeli służy to ich interesom. Twardych dowodów brak, ale poszlak jest wiele.

Za przykład niech posłuży sprawa sprzedaży Airbusów do Arabii Saudyjskiej za 6 mld. dolarów. Francuzi mieli już wszystko dopięte, gdy nagle przeciekły informacje z telefonów i faksów o proponowanych łapówkach i biznes przejęły firmy zza oceanu: Boeing i McDonnell Douglas.

Amerykanie długo rżnęli głupa na temat Echelonu, zaprzeczając w ogóle jego istnieniu. Dopiero James Woolsey, dawny szef CIA wyznał w chwili szczerości, że Stany Zjednoczone rzeczywiście szpiegowały firmy europejskie, „ale tylko z tego powodu, że posługują się łapówkami aby zdobyć lukratywne kontrakty”.

Wydaje mi się jednak, że największą wadą Echelonu nie jest nawet to, że chroni biznes amerykański i brytyjski, ale że jest zarządzany przez centra szpiegowskie i wojskowe i nie podlega żadnej kontroli przez społeczeństwo, co powinno być nie do pomyślenia w demokratycznym państwie.
I tak, jak do niektórych państw używa się określenia „państwo sponsorujące terroryzm” tak Echelon to piractwo informacyjne sponsorowane przez państwo.

O ile Echelon jest genialny w dziedzinie zdobywania informacji, to jasne jest, że dopiero analiza ich i wyciąganie wniosków z niej jest właściwym wykorzystaniem całej tej inwestycji.
No i trzeba to robić szybko, bo informacja dezaktualizuje się szybciej niż nasze zdjęcia w dowodach osobistych.
Wchodzi tu zatem w grę czynnik ludzki, a człowiek niestety czasami zawodzi.
Tak było ze sprawą ataków terrorystycznych, znanych jako 9/11. Już na kilka miesięcy przed atakiem, Amerykanie byli w posiadaniu zapisów rozmów telefonicznych wszystkich 10 terrorystów. Zabrakło jednak tłumaczy z arabskiego... CIA, FBI, NSA i służby szpiegostwa wojskowego (w 80% kontrolowane przez Pentagon) zawiodły na całej linii. Będąc w posiadaniu wszystkich zarejestrowanych rozmów, nie zrobiono nic.
Również informacji uzyskanych przez agenta CIA z Niemiec na temat hamburskiej komórki terrorystycznej, w ogóle nie wzięto w Langley pod uwagę. Totalny blamaż.

Panika, która następnie ogarnęła władze USA, spowodowała podpisanie przez Busha tzw. Patriot Act w wyniku którego NSA może podłączać się w każdej chwili do każdej sieci telefonicznej i podsłuchiwać dowolnych abonentów. W sumie 200 mln ludzi. I przeglądać ich emaile.

Wyrazem innej rażącej kompromitacji amerykańskich central wywiadu było przemówienie sekretarza stanu Colina Powella w ONZ, podczas którego demonstrował światu przekazane mu przez służby szkice ciężarówek i wagonów które rzekomo służyły Saddamowi do szybkiej produkcji broni masowego rażenia. To i również zarzuty wspierania przez Saddama działań Al-Kaidy były według administracji amerykańskiej kluczowymi przyczynami agresji na niepodległe państwo – Irak.

Michael Scheuer, odpowiedzialny w tamtym czasie w CIA za zespół ludzi śledzących wątek współpracy Iraku z Al-Kaidą, zaprzecza jakoby kiedykolwiek w czasie 10 lat była wzmianka w jego raportach o takiej współpracy.
Jeżeli to prawda, to nasuwa się jedyny wniosek: agresja na Irak była od dawna w planach USA jako fragment strategicznego planu dominacji w tym bardzo ważnym regionie.
Aby ją rozpocząć trzeba było więc wymyślić powody. Ale wtedy przypomina się nam prowokacja gliwicka z 1939r. Nihil novi sub sole.

Co by nie powiedzieć, agresja ta zaowocowała niebywałym rozkwitem terroryzmu i samej Al-Kaidy: Madryt – 191 zabitych, Londyn – 56, a Osama urósł do rangi symbolu, tak jak kiedyś Che Guevara.
Dzisiejsze organizacje terrorystyczne są bardzo trudne do zwalczenia, bo prawie niemożliwe do spenetrowania. Często są to małe komórki, składające się z dobrze znających się nawzajem ludzi, oparte nierzadko o powiązania rodzinne. Nie można wobec nich stosować przekupstwa, bo członkowie działają dla idei i bogacenie się nie jest ich celem. Po co im pieniądze jeżeli śmierć jest dla nich radosną droga do raju ?
Pomyślmy: agent powinien mówić w języku grupy, ubierać się podobnie, prowadzić na co dzień podobny tryb życia, innymi słowy pasować do grupy.
To wszystko sprawia, że jest prawie niemożliwe przeniknięcie do niej i śledzenie jej poczynań.

W związku z tym, wykrycie zagrożeń jest często wyłącznie sprawą szczęśliwego trafu, lub błędu w konstrukcji ładunków wybuchowych.
Tak było w 2006 roku, gdy wykryto bomby w pociągach regionalnych w Niemczech. W ujęciu sprawców pomogły zapisy z kamer dworcowych.

To wszystko przyczynia się do coraz liczniejszych głosów polityków, głoszących potrzebę wzmocnienia obserwacji i nadzoru nad społeczeństwem. Lub mówiąc po ludzku, szpiegowania obywateli. Temu służy ułatwiony dostęp do danych osobowych i zbieranie wszelkich informacji – tak aby służby mogły tworzyć szczegółowe profile każdego z nas. Kłaniają się czasy teczek, UB i STASI...
Czasy może się kłaniają, ale metody pozyskiwania różnorodnych informacji o obywatelu są teraz supernowoczesne. Coraz liczniejsze kamery, powszechniejsze pozyskiwanie danych biometrycznych takich jak wzrost, waga, znaki szczególne twarzy, charakterystyka źrenic, odciski palców oraz głos umożliwiają szybką identyfikację osoby. Informacje te podlegają cyfryzacji i są magazynowane w ogromnych bankach danych. Informacji o obywatelu jest wszędzie mnóstwo. Wszelkie akcje promocyjne, sprzedaże, ankiety, wypowiedzi na forach internetowych, rodzaj prenumerowanych periodyków, newsletterów itd. umożliwiają tworzenie szczegółowego profilu klienta/obywatela.

Wszystko to daje służbom bezpieczeństwa możliwość kontroli i nadzoru nad jednostką. Potrzeba tylko odpowiedniego software'u do szybkiej analizy ogromnej ilości danych. I jak zwykle wyciągania wniosków, bo same dane to tylko połowa sukcesu.

I my wyciągnijmy na koniec wnioski. Jakkolwiek postęp techniczny plus wielkie nakłady finansowe spowodowały, że bogate państwa odrzucając wszelkie zasady etyczne szpiegują się nawzajem z niepohamowanej chciwości i pogoni za zyskiem „bez względu na względy”, to często z powodu ludzkiej opieszałości i niekompetencji umykają im istotne wątki, które gdyby podjęto w odpowiednim czasie, można by uratować wiele istnień ludzkich.

I jeszcze to: aby skutecznie zwalczać terroryzm nie wystarczają nowe technologie, satelity i superkomputery. Najważniejsze jest poznanie motywacji poszczególnych ludzi uwikłanych w terroryzm, u ich źródła. Wywiad zaczyna się od człowieka i na nim kończy.

poniedziałek, 21 września 2009

Przy okazji tarczy

Prezydent Obama nam się nie sprawdził.
Myślał przez wiele miesięcy i wreszcie zdecydował się zadzwonić do naszego premiera w porze nocnej akurat w 70 rocznicę agresji sowieckiej, aby zakomunikować mu, że sorry ale tarczy nie będzie.
Jak to mówią: adding insult to injury.
Timing tego telefonu wiele mówi o Obamie – niestety nic pozytywnego.
Kolejny nasz zawód co do prezydenta USA. Bush wciągnął nas podstępnie do Iraku i zanęcił tarczą, a Obama pokazał nam gest Kozakiewicza. Czyli nie tylko Żyd to odwieczny wróg Polaków, (to akurat każde dziecko wie), ale biały oraz czarny Amerykanin też nie spełniają naszych oczekiwań.

Jak pisałem w marcu, wiara w kolejne administracje USA, że nas cenią i kochają, okazała się ostatecznie nieco na wyrost. Warto w tym momencie zastanowić się, dlaczego tak jest że my zwykle spodziewamy się więcej, niż oni są skłonni nam dać.
Bo traktujemy jako fakt dokonany coś co jeszcze jest tylko obietnicą lub zamiarem drugiej strony.
Bo kierujemy się myśleniem życzeniowym. Uczepiliśmy się ich obietnicy, że dostaniemy tarczę i na tej podstawie poczuliśmy wiatr w żagle. Niektórzy nasi politycy wypowiadali bardzo krytyczne opinie co do tandemu Putin-Miedwiediew, a celował w tym nasz Prezydent. Zachowywał się jak uczeń w szkole, który prowokuje silniejszych od siebie powołując się na swojego ojca, który w odpowiedniej chwili przyjdzie i pokaże im...
Bo uwierzyliśmy, że Ameryka nas ceni tak mocno za bezgraniczną lojalność (damy z siebie wszystko, nie żądając niczego w zamian), że i wizy nam zniosą i tarczę zamontują, dając poza pełnym zabezpieczeniem przed Rosją (bo chyba nie Iranem), również pracę wielu rodakom wokół amerykańskiej bazy.

Jak gdyby zapomniano, że dla Amerykanów (i wszelkich innych nacji) najważniejszy jest ich własny interes i dynamicznie zmieniający się plan strategiczny. Polska czy inny kraj w tym przypadku to tylko ewentualny parking dla ich sprzętu wojskowego. A umowa nieratyfikowana to tylko przyrzeczenie, intencja.
Nasi jednak związali się z tarczą bardzo emocjonalnie. Czyli działali nieprofesjonalnie.
A od początku kadencji Obamy widać było, że tarcza stoi mu kością w gardle.
Nasi politycy chcieli jednak Obamę przymusić do realizacji tego kontrowersyjnego projektu. Że niby niehonorowo się wycofać z planów poprzedniej administracji.
Obama postawił od początku na przyjazne gesty w stosunku do Rosji i buńczuczne wypowiedzi naszych polityków krytykujących tandem Putin-Miedwiediew, czy tez braterskie gesty w kierunku awanturnika Saakaszwiliego („odwieczna” przyjaźń polsko-gruzińska) w ogóle nie wpasowywały się w politykę Obamy. Brak wyczucia, Panowie.

W następstwie decyzji Obamy wyszliśmy na mitomanów, frajerów i naiwnych Amerykanofilów.

Jedyny obecnie nasz sukces międzynarodowy, to medal siatkarzy.
Chociaż i tu nasz antytandem (to taki polski rower w którym kierownice są z tyłu i z przodu) POPiSał się konfliktem. Antytandem od zawsze daje całą naprzód w obie strony: wyrywanie sobie samolotu do Brukseli, publiczne obśmiewanie kolegi próbującego trudnej sztuki powitania Condoleezzy w jej ojczystym języku, czy bezsensowne nagłaśnianie konfliktu na temat Katynia (ludobójstwo to już, czy jeno zbrodnia wojenna), lub kłócenie się z powodu przekazania siatkarzom odznaczeń w pudełkach. I przy setce innych okazji. Nie zastanawiając się, że inni obserwują ten żałosny pojedynek małego złośliwego człowieka z sympatycznym chłopcem. Obaj próbują grać role mężów stanu, ale to dla nich za trudne zadania. Szkoda.

środa, 18 marca 2009

Co mnie dziwi ?


Dziwi mnie fakt, że w Polsce żadna ekipa rządząca po 1989 r. (to już 20 lat !) nie postarała się o wybudowanie sieci autostrad. Poza argumentami że trzeba, bo ludzie nie mają po czym jeździć, że tracimy zagraniczne inwestycje itd. itp. jest jeszcze aspekt PR-owski, który cynicznym, a myślącym politykom, dążącym do utrzymania raz zdobytej władzy, powinien dawać do myślenia.
30 lat po ukończeniu, nadal trasa na południe nazywana jest gierkówką, chociaż Pierwszy Sekretarz już dawno zszedł był ze sceny politycznej.
I jestem pewien, że ten rząd, który nareszcie zamiast mówienia o autostradach, zacznie terminowo oddawać do użytku kolejne odcinki, zyska za sam ten fakt co najmniej 10% w sondażach.
To, że Polacy z powodu dziurawych jezdni i braku autostrad są postrzegani w Europie jako naród nieudaczników – to nikogo z rządzących nie wzrusza, więc może perspektywa utrzymania władzy przemówi im do rozsądku. PO-myślcie, kolejne 4 lata u żłobu !

***

Dziwi mnie fakt, że są jeszcze ludzie, którzy negują istnienie komór gazowych w Auschwitz i Holocaustu w ogóle, a Benedykt XVI, papież - Niemiec, cofa im ekskomunikę. Ale o tym pisałem szerzej już w lutym.

***

Dziwi mnie fakt, że Polacy mają tendencję do idealizowania niektórych nacji a szczególnie przywódców Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Że pokutuje przekonanie, iż od Waszyngtona do Busha (nie zapominając oczywiście o Wilsonie i Reaganie !) los Polski leżał i leży Ameryce na sercu, że Kościuszko i Pułaski, Brzeziński... itd.
Że Amerykanie chcą dla nas dobrze, bo nas lubią i szanują. Jeżeli jeszcze ktoś miałby co do tego wątpliwości, wystarczy przywołać spontaniczne reakcję członków połączonych izb Kongresu na każde zdanie z wystąpienia naszego Prezydenta Lecha Wałęsy w 1989 roku. Te niewątpliwie miłe sercu chwile powodują u niektórych naszych przywódców poczucie, że tylko bezwarunkowa solidarność z tym wielkim mocarstwem zapewni nam bezpieczeństwo, korzyści i pozwoli stworzyć przeciwwagę do Niemiec i Francji w NATO. Że liderzy amerykańscy tylko marzą o posiadaniu bezkrytycznego sojusznika w Europie. Niestety, jest to typowe polskie myślenie życzeniowe, tak jak kiedyś wiara w magiczne 44, w Matkę Boską jako skuteczną patronkę tego skołatanego narodu lub w Jezusa Chrystusa (którego proponowano nie tak dawno na króla Polski – chyba znów bez uprzedniej konsultacji z zainteresowanym). Rozumiem, że w sytuacji zagrożenia każdy sprzymierzeniec jest na wagę złota, ale czy takie myślenie ma jakikolwiek sens ?
Niestety, za takim myśleniem idą również czyny. I tak, w pełnej solidarności z sojusznikiem wysłaliśmy naszych chłopców do Iraku. Czy obiecano nam konkretne i lukratywne kontrakty w zamian (podejście cyniczne, lub jak kto woli praktyczne) ? Czy Bush konsultował z Polską zamiar zorganizowania tej agresji, której oficjalny powód był bez związku z rzeczywistością, a skutki odwrotne do zamierzonych ? Chyba nie.
A jakie odnieśliśmy korzyści z udzielenia tej „bratniej pomocy” ? Prawie takie same jak z agresji na Czechosłowację 40 lat temu.
Sojusznik inny – korzyści podobne.
Ostatnimi laty nasze kolejne rządy postawiły sobie za cel rozmieszczenie elementów tarczy rakietowej na naszym terytorium. I bronią tego chorego pomysłu Busha nawet wbrew aktualnej polityce Obamy. Nasze rządy każą nam wierzyć, że jest to dla nas najważniejsze, a raz danego (przez Busha) słowa cofnąć Ameryce przecież nie wypada. Parafrazując słowa pewnego nieudacznika politycznego: Tarcza albo śmierć.
To chyba przyjdzie umierać, bo Obama ma zupełnie inny ogląd świata, przynajmniej na początku swojej pierwszej kadencji. Forsując taką bezkompromisową politykę służalstwa wobec Ameryki, jest Polska postrzegana w Europie i Stanach jako zdecydowanie nieprzyjazna Rosji.
I jak w warunkach obecnego ocieplenia na linii Waszyngton – Moskwa nasz Radek Sikorski ma być wybrany na stanowisko szefa NATO ? To też jest cena, którą możemy zapłacić za niepotrzebnie demonstracyjną wrogość polskich liderów wobec Rosji, a służalstwa wobec USA.
Warto przypomnieć, że służalstwo (w relacjach osobistych czy międzypaństwowych) nigdy nie skutkuje szacunkiem i chęcią lojalnego odwzajemnienia uczuć, a jedynie wykorzystaniem służalcy w imię doraźnego celu.
Dziwi mnie więc, że wciąż jeszcze emocjonalna fascynacja Ameryką wyznacza kierunki naszej polityki zagranicznej.

***

Dziwi mnie fakt, że od dnia pogrzebu Wielkiego Polaka Jana Pawła II, trwa w Polsce kampania na rzecz jak najszybszej jego kanonizacji. Najlepiej, żeby w ogóle pominąć procedury, bo chyba to oczywista oczywistość, że świętym zostanie, więc po co bawić się w zbędną biurokrację.

Aby stwierdzić, że Jego osoba jest szczególnie wyróżniona przez Boga, należy udowodnić, że JPII czynił cuda, minimum jeden. (Ciekawy to wymóg w Europie, szczególnie w XXI wieku...)
I dalej jest już „z górki”.
Trafiło jednak na niemieckiego papieża, dla którego „porządek musi być” i który okazując na zewnątrz należny JPII szacunek, nie rozumie polskich „gorących głów”.
I trzyma się Divinus perfectionis Magister – konstytucji apostolskiej promulgowanej przez JPII 25 stycznia 1983 roku.
Dlaczego więc tak nam śpieszno do Jego kanonizacji ? Czasami wydaje się, że odbywa się tu jakiś wyścig z czasem. Że interes narodowy wymaga, aby już można było modlić się do Niego, tak jak do innych świetych. Innymi słowy, im więcej polskich świetych, tym lepiej. Ale dla kogo lepiej ? I dlaczego ?
Czy nie można by - po prostu – w hołdzie wyżej wymienionemu, spróbować żyć nieco bardziej zgodnie z Dekalogiem ? Czy nie ucieszył by sie On z tego bardziej, niż z tego, że ma tylu zagorzałych i niecierpliwych kibiców ?

***

Dziwi mnie fakt, że marnujemy Wałęsę. Tak jakbyśmy mięli mnóstwo ludzi-ikon, uniwersalnie rozpoznawalnych i wysoko cenionych na całym świecie. Ludzi współcześnie żyjących, do których ustawiają się kolejki, gdziekolwiek się pojawią. Ludzi – symboli Polski. W tym najlepszym znaczeniu. Ludzi, których winniśmy regularnie „używać” do umacniania wizerunku Polski na świecie, jako kraju ludzi dzielnych, gotowych do ponoszenia ofiar, gotowych do walki o ideały wolności wtedy, gdy inni nie widzą szans na sukces.

Nie, nie mamy mnóstwa takich ludzi. Ostał nam się jedynie Lechu. Nawet gdyby Kubica zdobył mistrzostwo Formuły 1 kilka razy z rzędu – to nie ta bajka.
Wałęsa to polska, wciąż żywa i sprawna męska Statua Wolności.
I nie to jest najistotniejsze, że jego prezydentura była niekoniecznie doskonała, a to co mówi, wznosi czasami brwi słuchacza do góry – świat widzi w nim Globalnego Pogromcę Komunizmu i symbol niepokonanej Polski. (Taki Lenin a rebours).

Dlatego dziwi mnie wciąż, że niektórzy dawni działacze Solidarności, politycy, czy historycy próbują zaistnieć opluwając go. Jakby nie wiedzieli, że pluciem polskiej Statui Wolności nie uszkodzą. Chcąc zasłynąć z opluwania ikony przypominają gówno, które przylepiło się do okrętu i mówi: „Płyniemy”.
I tak jak lekarza obowiązuje przysięga Hipokratesa, tak każdego rodaka powinna obowiązywać podobna zasada: Po pierwsze nie szkodzić wizerunkowi Polski.

wtorek, 3 marca 2009

Rynek nieruchomości – Chińczycy w natarciu

Kto wykorzystał właściwie okres poprzedzający obecny kryzys i zarobił porządne pieniądze - teraz może nareszcie zbierać obfite żniwo.
Wszystko wokół tanieje, od sprzętu elektronicznego i samochodów, po domy i rezydencje.
Możesz zwolnić tempo pracy, podróżować po świecie, zająć się nareszcie swoim zdrowiem odwiedzając spa i sanatoria, oraz starannie i bez pośpiechu poszukać sobie nowego miejsca do życia – najchętniej w ciepłym klimacie pozbawionym zawiei i zamieci, oblodzonych lub nieodśnieżonych szos, nie narażając się na periodyczne katary, kaszle, anginy, grypy i co tam jeszcze można dostać z dobrodziejstwem panującego klimatu.
Nabądź dom w pięknych okolicznościach przyrody !
I do tego jeszcze taniej niż w kraju za porównywalny metraż i standard !
Skorzystaj z okazji, która najprawdopodobniej nie powtórzy się już w twoim życiu. Bo trudno liczyć, żeby gospodarka USA przeżywała w najbliższym 20-30leciu podobnie wielki kryzys.
Dane za ostatni kwartał 2008 mówią dobitnie: PKB USA zmniejszył się o 6,2% (najwięcej od 1982r.), bezrobocie sięgnęło 7,6% a przewiduje się optymistycznie 9% na koniec tego roku.
Procentowo wskaźnik Dow Jones stracił w lutym najwięcej od 1933 roku.
Za 25 mld $ wyproszonej pomocy finansowej wielki Citigroup zaakceptował 36% udział państwa w swoim banku, tracąc na wartości 87% od 29 sierpnia 2008.
A ogólnie uważa się, że udział państwa w wysokości ponad 30% można już nazwać (za przeproszeniem) nacjonalizacją.
W społeczeństwie amerykańskim dominuje paraliżujący strach. Producentów dóbr - przed inwestycjami (bo po co ?), a konsumentów - przed dokonywaniem zakupów (bo za co ?).
Eksport też nie ratuje gospodarki amerykańskiej, bo świat zarażony amerykańskim kryzysem sam cierpi na nadprodukcję dóbr i usług. Wespół w zespół staczamy się coraz niżej.

I dlatego obecnie wielu zamożnych ludzi rozważa przeniesienie się do kolebki demokracji, równocześnie realizując 2 ważne założenia: zmianę klimatu na nieporównanie lepszy, i skorzystanie z szansy na na pewno atrakcyjną inwestycję.
I róbmy to w miarę szybko, bo jak zwykle, Chińczycy już to robią od jakiegoś czasu en masse. Całe ich grupy przyjeżdżają do południowej Kalifornii i wykupują co większe i lepiej urządzone rezydencje, również z zamiarem osiedlenia się tam na stałe. Biorą pod uwagę wszystko: ceny domów (o połowę niższe od podpekińskich, przykładowo: w pełni wyposażony dom o wysokim standardzie do natychmiastowego zamieszkania, o pow. 300 mkw. kosztuje 350.000 $ ), rozwiniętą infrastrukturę i szkolnictwo (bliskość świetnych uczelni) oraz wolność i swobodę, póki co nieistniejące w Chinach Ludowych. A dodatkowo i po prostu parkują tam Chińczycy swoje pieniądze.
Ceny domów spadły w południowej Kalifornii w zeszłym roku o 50%. Połowa z domów wystawionych do sprzedaży to obiekty przejęte przez banki w wyniku niespłacanych kredytów, a ilość tych przejęć zwiększyła się w zeszłym roku o 35%. A więc ceny lecą na łeb na szyję, podaż rośnie lawinowo i co warte wzmianki, można też po kupieniu łatwo podwyższyć wartość obiektu przez dokonanie różnych zabiegów modernizacyjnych (np. instalację energooszczędnych systemów oświetleniowych), dekorację wnętrz itp. Wszystko to po cenach o jakich dawno nikt tam nie słyszał.
Nie chcesz póki co kupować domu ? To przynajmniej go wynajmij !
Tutaj ceny są relatywnie jeszcze bardziej atrakcyjne, bo ilość mieszkań i domów na wynajem jest rekordowa. I tak: dom jednorodzinny (czytaj: 3 sypialnie i 2 łazienki) jest wynajmowany przeciętnie za 1.200 $ miesięcznie z mocną tendencją spadkową.
Jeden z mieszkańców tej cieplejszej części Kalifornii oglądając codziennie przewijających się po okolicy Chińczyków skomentował zrezygnowany: „Nasz system się nie sprawdził, komuniści zwyciężyli, oby tylko ci nowi nauczyli się trochę lepiej jeździć samochodami”.

czwartek, 26 lutego 2009

Karol M. wiecznie żywy




Jak pisał Karol Marks: „ Właściciele kapitału będą stymulować członków klasy pracującej aby nabywali coraz droższe towary, domy i nowe technologie, nakłaniać ich do zaciągania coraz to większych kredytów, aż ich zadłużenie stanie się nie do wytrzymania. Niespłacone długi spowodują bankructwo banków, które zostaną znacjonalizowane i Państwo przejmie na siebie cały ten balast. A to w konsekwencji doprowadzi do komunizmu.”

Pisał to w roku 1867 czyli 142 lata temu. Komunizmu jeszcze nie mamy, ale główna część tego proroctwa już się spełniła, czyniąc Marksa jednym z największych i najtrafniejszych przepowiadaczy przyszłości w całej historii. No, może Nostradamus był większym, ale jego przepowiednie nie są tak jednoznaczne jak Karola M.

Ostatnio ciekawie dzieje się w branży automobilowej w USA, kraju z którego pozostałe części świata czerpią pełną garścią kulturę masową i nowe technologie. Dla równowagi i aby nie popaść w bałwochwalcze uwielbienie tego malowniczego kraju, świat obdarowywany jest przezeń bezsensowną wojną w Iraku i światowym kryzysem gospodarczym.

I tak jak kiedyś za wczesnej komuny królowało hasło: „Przyjaźń Pomoc Przykład ZSRR” tak i teraz Europa bierze przykład z USA w temacie środki zaradcze na kryzys.

I pompuje pieniądze podatników w prywatne a zagrożone bankructwem firmy. A firmy orientując się, że to prawdopodobnie jedyna taka pożyczkowa okazja na stulecie wypracowały szybko metodę szantażu: Nie dostaniemy wsparcia – padniemy my i cała gałąź gospodarki i wywoła to reakcję łańcuchową – masowe bezrobocie i bankructwo państwa.

Przykład takiego sprytnego szantażu najlepiej widać w relacji gigantów: General Motors i Chrysler z jednej strony a prezydentów Busha i Obamy z drugiej.

Oba koncerny dostały już ponad 17mld dolarów, ale obecnie wyznaczyły nowy pułap pożyczek w wysokości 39mld. Na pytanie prowadzącego jeden z amerykańskich programów TV, czy możliwe są kolejne prośby o pożyczki, prezes GM Rick Wagoner uchylił się od jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście w zamian za te pieniądze prezes zobowiązał się do powiększenia liczby bezrobotnych o 47.000 pracowników, których zwolni do końca tego roku i zredukowania ilości produkowanych modeli. A na koniec zagroził, że jeżeli nie dostanie dodatkowych pieniędzy natychmiast, to bankructwo firmy nastąpi już w Marcu.

Czyli dał nowemu prezydentowi USA propozycję nie do odrzucenia.

Czy na pewno ?

Linie lotnicze Continental w latach ‘90tych przetrwały bankructwo i nadal istnieją – dlaczego więc GM musiałoby na zawsze przestać produkować samochody ? A kuracja szokowa na pewno by się przydała, szczególnie w USA, gdzie szaleństwo niekontrolowanego zadłużania się, stymulowanego dodatkowo przez banki i producentów towarów i usług od dawna przybrało formę patologii. Tylko bolesna terapia szokowa może „wyprostować” mentalnie to społeczeństwo, które przewodzi światu, ciągnąc obecnie wszystkie inne gospodarki w otchłań. W otchłań, bo dna jeszcze nie widać.

środa, 18 lutego 2009

I po co Mu to było ?! 

Wiedzieliśmy jeszcze za życia „naszego” papieża, że niełatwo Go będzie zastąpić. Każdy zdawał sobie sprawę, że następca będzie miał „pod górke”.

Można powiedzieć, że Jan Paweł II był papieżem totalnym, multimedialnym, super komunikatorem, był błyskotliwy i charyzmatyczny. Umiejętność znaną m.in. gwiazdom muzyki pop – tzw. crowd control miał w jednym palcu.

Był wielbiony równocześnie przez miliony młodych i starych, na Wschodzie i na Zachodzie. Z takimi cechami bez wątpienia umacniał w wierze społeczność chrześcijańską, wpajał ludziom refleksję nad życiem i nieustannie pobudzał potrzebę empatii, udzielania pomocy upośledzonym i ubogim.

Jednocześnie był radosny, pogodny, a Jego entuzjazm - zaraźliwy.

Każdy kto po Nim objąłby władzę w Watykanie, miałby wyjątkowo trudne zadanie.

Dlatego świat chrześcijański od początku pontyfikatu Benedykta XVI z życzliwą sympatią doceniał Jego wysiłki, aby być wśród ludzi, patronować młodym i wyznaczać kierunki.

Mimo, iż jego język ciała to przeciwny biegun do tego co pamiętamy u Jana Pawła II. A język ciała to obraz duszy, jak twierdzą niektórzy. Benedykt zawsze wygląda jakby był przyczajony, patrzy podejrzliwie, a jego spontaniczność czy entuzjazm są, powiedzmy sobie… niemieckie.

I Bóg z Nim, jak to mówią.

Ostatnio jednak zademonstrował swoje wnętrze, owoc swoich na pewno długich przemyśleń, w postaci decyzji zdejmującej ekskomunikę z Lefebvrysty Richarda Williamsona, który neguje istnienie komór gazowych i Holocaust.

Chrześcijańska opinia publiczna ze zdumieniem spogląda na swego lidera w Watykanie. Włącznie z rodaczką Angelą Merkel, która wyraziła swoje potępienie w ostrej formie.

Czasami wystarcza jedna taka poroniona decyzja przywódcy aby cały pozytywny wizerunek Watykanu, tak misternie utkany przez poprzednika, padł w ogniu powszechnej krytyki.

Za jednym zamachem oburzył rzesze wiernych, podzielił hierarchów kościelnych, przywódców państw i zawiesił na długi czas dialog z Judaizmem – z takim sukcesem, krok po kroku pielęgnowany przez Jana Pawła II. Jak twierdzi, podjął tę decyzję w imię jedności Kościoła…

Co by teraz nie powiedział ratując sytuację – szacunku i zaufania raczej nie odzyska.

Czy na pewno wiedział że skompromituje siebie i Kościół ?

Benedykt pochodzi z kraju który rozpętał II wojnę światową, był w Hitler Jugend i Wehrmachcie a jego kontrowersyjny stosunek do żołnierzy Wehrmachtu i SS dawał już w latach 80tych do myślenia. Pamiętamy, że odwiedził cmentarz La Cambe gdzie leży 21.000 żołnierzy Wehrmachtu oraz członków SS. Tamże powiedział, że Niemcy mają zakorzenione posłuszeństwo, dyscyplinę i obowiązkowość, która była niestety wykorzystana w złych celach. I tyle.

Można by poprowadzić tę linię myślenia dalej: Członkowie Einsatzgruppen też wykonywali tylko rozkazy. Himmler nie żyje, więc pochylmy się nad wykorzystywanymi acz obowiązkowymi SSmanami.

Ratzinger był arcybiskupem Monachium i Freisingu gdzie znajduje się pomnik ofiar obozu w Dachau. W tym obozie zginęła połowa z przetrzymywanych tam 2500 kapłanów i seminarzystów katolickich. W roku 1943 jednostka Wehrmachtu w której służył Ratzinger stacjonowała właśnie w Dachau, gdzie pracowali niewolniczo więźniowie. Jednak nie natrafiono na żaden komentarz Ratzingera dotyczący obozu w Dachau gdy piastował urząd arcybiskupa. Brak zdecydowanego stanowiska w tym przypadku stanowi swoisty komentarz do osoby, która go nie zajęła.

A papieskie podchody do Piusbruderschaft, organizacji antysemickiej i antyislamskiej, do tego propagującej wychowanie dzieci i młodzież przy pomocy bicia i stosowania upokarzających praktyk „wychowawczych” ? Niewykluczone, że papież widzi ich jako następnych, po Lefebvrystach kandydatów do wielkiej rodziny chrześcijańskiej.

Powyższe informacje na temat Benedykta są automatycznie przywoływane, gdy podejmuje decyzję taką jak w sprawie biskupa Williamsona. I pasują do niej jak kolejny element układanki pod tytułem „Joseph Ratzinger – dawniej i dziś”.

Obecnie w Stolicy Piotrowej i poza nią, mamy do czynienia z rozpaczliwym crisis management. Krytykujący decyzję Benedykta hierarchowie kościelni (np. kardynał Walter Kasper) sugerują jako jej przyczynę brak wystarczającej komunikacji wewnętrznej w Watykanie i niedoinformowanie papieża. Bezpośrednia krytyka papieża przez hierarchów jest oczywiście nie do pomyślenia w Kościele katolickim.

Również w ramach „zarządzania kryzysem” media watykańskie próbują winą za całe zamieszanie obarczyć rzekomych „spiskowców” usiłujących podkopać autorytet Stolicy Apostolskiej.

A Williamson brnie dalej i podobnie jak duchowi przywódcy Iranu, w wywiadzie dla szwedzkiej telewizji podał liczbę żydowskich ofiar obozów zagłady jako około 300.000 z zastrzeżeniem, iż żadna nie zginęła w komorach gazowych… Następnie, zdając sobie sprawę jak pośrednio „zamieszał” na świecie, przeprosił papieża za „ból” jaki spowodowały jego poglądy. Ale nie wycofał się z nich.

Przeciwnie. Obecnie twierdzi, że zmieni zdanie, jeżeli znajdzie dowody na istnienie komór gazowych. To już farsa, kpiny i lekceważenie masowych mordów na ludziach . Stawia to Benedykta i cały Watykan w najgorszym świetle jako centrum niekompetencji i podejrzanych sympatii. Papież nie może się tłumaczyć złymi doradcami i niedoskonałym przebiegiem informacji. Nie w tym przypadku. Nie papież-Niemiec.

Gdyby przyjąć, że Benedykt jest mało inteligentny, nierozgarnięty, bez własnego zdania, zdany na bezmózgich doradców, nie odróżnia kłamstwa od faktu i nie bardzo orientuje się w historii, to jego sympatie: Williamson, Piusbruderschaft (założony przez arcybiskupa Lefebvre) były by łatwe do wytłumaczenia, mimo że niemożliwe do zaakceptowania. Ale to bardzo dobrze poinformowany człowiek, błyskotliwy i posiadający rozległą wiedzę o świecie.

Jego decyzje są więc wyrazem jego własnego stosunku do rzeczywistości.

Pewnie z uwagi na ten stosunek w Niemczech nazywają Benedykta „Ubergangspapst” czyli papież przejściowy.

Zamiast przyłączać do „rodziny” kolejnych oszołomów w ramach źle pojętej jedności, co skutkuje wyłącznie negatywnie dla Kościoła, należałoby się zająć naprawdę pilnymi sprawami, które czekają na dyskusję i postanowienia: większy udział wiernych w podejmowaniu decyzji, a więc demokratyzację w Kościele, wyświęcanie kobiet na kapłanów, skończenie z bzdurnym i nieludzkim celibatem itd.

A teraz refleksja.

Po co komu taki papież ? Chrześcijaństwo stale traci wiernych, a Islam, bez wyraźnego i jednego przywódcy, zyskuje ich na świecie w ilości około 30 milionów rocznie. Może coś należałoby zmienić w skostniałym Watykanie ? I może szybciej niż za sto lat ? Bo wówczas chrześcijaństwo w Europie będzie musiało walczyć już tylko o przetrwanie.