Sensacja goni sensację ! Benedykt XVI udzielił wywiadu, w którym warunkowo dopuszcza stosowanie prezerwatyw ! Uff, co za ulga dla milionów chrześcijan ! Media zelektryzowane tym newsem przekazują opinie zszokowanych „konsumentów”. W większości B16 otrzymuje zachwycone komentarze.
I nie dziwota. Ktoś, kto spowiadał się latami z tego seryjnego grzechu i otrzymywał każdorazowo stosowną pokutę, może jednak poczuć się poszkodowanym. Czy w związku z tym przysługuje mu jakaś rekompensata od Kościoła za czas zmarnowany na mamrotaniu pokutnych litanii ?
Może jakiś odpust ?
Kościół jest nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Dużo gorzej miał przecież spalony na stosie w 1600 roku Giordano Bruno. Trzeba było czekać setki lat, aby go oficjalnie zrehabilitowano.
Co już jednak nie zrobiło wspomnianemu żadnej różnicy.
Zastanawiam się też dlaczego akurat teraz B16 wpadł na ten nowatorski pomysł.
Czy ktoś z jego bliskiego otoczenia (bo przecież nie on sam) w wyniku stosowania tej, nazwijmy to subtelnie, osłony organu, nabawił się ostrego kompleksu winy i wywołał empatię u szefa Kościoła ?
Czy też chodzi tu o zmniejszenie liczby poczęć kapłańskich ?
Bo o roli prezerwatyw w zapobieganiu rozprzestrzeniania się AIDS było wiadomo od bardzo dawna *.
A może najzwyczajniej w świecie Duch Święty podyktował wiekowemu przywódcy takie low-tech-owe rozwiązanie.
Co by nie powiedzieć, uważam, że trzeba z niego korzystać, bo nie wiadomo, czy następca nie wycofa się z tej deregulacji.
Nie bójmy się tego powiedzieć: B16 ze skostniałego ascetycznego starca zmienia się na naszych oczach w nowatorskiego kościelnego lidera XXI wieku. Nie wymagajmy od razu zniesienia celibatu i powołań niewiast do kapłaństwa. Nastąpi to w swoim czasie – za rok lub za 300 lat – ale nastąpi.
Czy nie jest to jednak arcybzdura, że dzisiejsza opinia starszego jegomościa z Watykanu, który z kobietami miał może jedynie śladowy kontakt, wstrząsnęła opinia publiczną na całym świecie ?
W jakim świetle stawia to ludzkość, która wierzy w nieomylność głowy Kościoła ?
I w to, że istnieje taki Ktoś, kto patrzy na każdego z nas z góry i notuje każde wykroczenie przeciwko każdemu z 10 przykazań, a gdy ich dokonamy, skaże nas na wieczne katusze w ogniu piekielnym.
Jednocześnie kochając nas bez granic...
Inna refleksja: Jeżeli jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo boże, to warto rozejrzeć się dookoła siebie. Co widzisz ? Zbrodnie (indywidualne i masowe), korupcja, narkomaństwo, pedofilia, chciwość, oszustwo itp. Podobieństwo boże ? Chyba jednak nie do końca.
Gdyby tak było, to Bóg zostałby za takie partactwo wyrzucony z roboty poza granicę wszechświata.
Tak w ogóle to myślę, że jest on na pewno facetem. Znając moją perfekcyjną żonę, nie wyobrażam sobie, aby kobieta była zdolna do takiej megafuszerki.
Patrząc więc na wspomnianą megafuszerkę, postanowiłem zamiast w Boga uwierzyć w słońce. Każdy kto mnie zna, wie jak bardzo kocham słońce. Najlepiej gra mi się w tenisa w samo południe w największy skwar.
I nikt mi teraz przynajmniej nie ściemnia o Tym tam na górze. Słońce widzę na własne oczy. Słońce daje życie, ciepło, rośliny kwitną, owoce dojrzewają, słońce wspaniale oświetla krajobrazy, odbija się w wodzie, pozwala mi robić piękne zdjęcia. Owszem, czasami powoduje raka skóry, ale przynajmniej nie ukrzyżuje i nie skarze na męki piekielne. Nie wyciąga od nikogo pieniędzy na tacę „co łaska”, nie każe śpiewać drętwych pieśni, ani maszerować z pielgrzymkami. Nie każe modlić się do siebie, tak jak Bóg. Pokornie, błagalnie. Modlić się o lepszą pracę, o bogatych mężów dla córek, o nowy samochód, o lepsze zarobki itd.
Przy okazji zauważmy też, że większość tych modlitw ma miejsce w niedziele – Jego dzień wolny od pracy.
(Może dlatego nie spełnia wszystkich naszych oczekiwań).
Wtedy, w niedziele właśnie, lecą w niebiosa falami modlitwy o cofnięcie się wód powodziowych, lub z kolei o deszcz, o szczęśliwe lądowanie we mgle na zagranicznym lotnisku, o pomyślny przebieg operacji trzustki brata, powiększenia biustu bratowej. Syna aresztowano za włamanie – modlitwa o łągodny wyrok, może uniewinnienie...
Z drugiej jednak strony Kościół głosi, że Bóg wie najlepiej co ci potrzeba.
A jeżeli akurat modlisz się o to co nie znajduje się w bożym zapisie co do ciebie ? I jeżeli Bóg nie spełni twoich oczekiwań i nie zrealizuje twoich postulatów ? Co wtedy ? Obrazisz się na Niego ? Nie, powiesz sobie pokornie: Bóg tak chciał.
No to po co się wogóle modliłeś ? Taka modlitwa to strata czasu i frustracja w jednym.
Na koniec przypomniałem sobie o moim znajomym, który zwierzył mi się ostatnio, że wracał szybko samochodem z Lublina do stolicy z żoną - on w stanie odzwierciedlającym 0,5 litra wypitego alkoholu. Żona (magister ekonomii z poczuciem humoru), która zawierała w swoim organizmie nieco mniejszą jego objętość, zwracała mu podczas jazdy wielokrotnie uwagę: Marek, jedziesz zygzakiem, przez co niepotrzebnie wydłużasz dystans do domu.
W takich momentach znajomy, zdając sobie sprawę ze swojej niepełnej sprawności umysłowej, żarliwie odmawiał raz po raz: Pod twoja obronę itd.
W konkluzji stwierdził, iż podróż wzmocniła go we wierze, gdyż oboje dojechali bezpiecznie do celu. I tak oto niewątpliwie naganna jazda po pijaku zbliżyła mojego znajomego do Pana... Widać tu jasno jak przebogata jest paleta forteli stosowanych przez Niego w celu zdobywania sobie popularności wśród kierowców.
Takie bliższe i dalsze refleksje przychodzą mi do głowy, gdy czytam o rzekomo epokowym przełomie zainicjowanym przez sympatycznego starszego pana na Watykanie w Roku Pańskim 2010.
_____________________________________________________________
* Mimo to w Kenii, biskupi katoliccy urządzali coroczne uroczyste palenie prezerwatyw w Nairobi, głosząc wszem wobec, iż prezerwatywy nie chronią przed zarażeniem – wbrew oficjalnej opinii WHO.
sobota, 27 listopada 2010
piątek, 26 listopada 2010
Biomed niekorzystny
Aura listopadowa skłania do picia kawy, alkoholu i do spotkań towarzyskich w celu poprawienia sobie samopoczucia. Również chwilami do refleksji na temat życia i zachowań ludzkich.
„W tym temacie” poczytałem sobie ostatnio historię firm Enron, Merrill Lynch oraz General Motors, również prasę amerykańską o obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej w bratnim USA. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo tylko coraz bardziej widzę dokonującą się we mnie erozję niegdyś gorących uczuć do tego pięknego kraju, który tak chętnie odwiedzam.
Podzielę się teraz z Tobą czytelniku kilkoma refleksjami.
Co się rzuca w oczy w USA, to fakt, że nie ma tam podziału na partie polityczne, zbliżonego do schematu europejskiego, czyli na lewicę i prawicę, wraz z odmianami tychże, czyli centrolewica, centroprawica itd. itp. Nie wspominając nawet o Samoobronie czy Prawie i Sprawiedliwości.
Ale w końcu ich państwowość istnieje około 800 lat krócej od naszej. Mają czas...
W USA są 2 główne partie polityczne, a społeczne podziały koncentrują się na linii: biedni i bogaci. Amerykanie mają od dziecka wpajane przez otoczenie i media, że najważniejszy w życiu jest sukces, który prowadzi do bogactwa. Jesteś bogaty ? Znaczy, że jesteś pracowity i Bóg ci sprzyja. Jesteś biedny ? Twój pieprzony los, leniu.
Sukces za wszelką cenę jest OK, bieda z powodu wieloletniej ciężkiej pracy jest tylko dowodem na bycie frajerem.
Wulgarne uproszczenie ? Tak, ale konieczne, żeby zrozumieć American Dream.
USA to kraj niezliczonych i krańcowych sprzeczności. Na ulicach widać ludzi najgrubszych i najchudszych jakich uda ci się zobaczyć. Jest tam niespotykany w Europie odsetek analfabetów, ale jest również najwięcej Noblistów. Kraj purytanów ale i największy sex-przemysł. Największe spożycie mięsa na świecie, ale i największa ilość wegetarian na 1000 mieszkańców.
Politycznie, społeczeństwo amerykańskie ślepo słucha swoich przywódców i na znak solidarności z nimi wywiesza na swoich domach flagi, ale ten symbol patriotyzmu nic nie znaczy. Bo większość nie zna swojej Konstytucji i nie żyje zgodnie z Kartą Praw.
USA to ojczyzna hiperkonsumeryzmu.
Kapitalizm amerykański już od dawna nie służy zaspokajaniu rzeczywistego zapotrzebowania ludzi na dobra materialne, ale głównie generowaniu rzekomego zapotrzebowania, czyli produkowaniu towarów, których tak naprawdę nikt nie potrzebuje.
Moralność i etyka to słowa całkowicie nie pasujące do tego systemu. (I to w narodzie z największą na świecie ilością „kaznodziejów” i megakościołów z audytoriami przekraczającymi 10.000 miejsc siedzących).
W wyniku panującej filozofii, kapitalizm w USA dąży do zinfantylizowania społeczeństwa, aby ślepo kupowało to czego nie potrzebuje. To co napędza gospodarkę, jest rzekomo eo ipso dobre dla obywatela. A nawet patriotyczne.
Rozrywka to tylko marketing. To już nie jak dawniej np. jazz – do słuchania i delektowania się, ale możliwość identyfikowania się z czyimś wizerunkiem, stylem ubierania się, noszenia się itd.
Wszystko po to aby promować i sprzedawać towar, jakim stała się rozrywka.
Jestem taki jakim samochodem jeżdżę, jakiej marki ubranie noszę, jakiej muzyki słucham, jaki napój piję, do jakiego klubu należę.
I w tym pejzażu mamy do czynienia z kolejną krańcowa sprzecznością w USA.
Freegan movement.
Ruch powstały jako protest przeciwko gwałceniu środowiska, konsumpcji ponad potrzeby własne, marnowaniu surowców, żywności itd. Wyznawcy tego ruchu, niekoniecznie bezdomni nędzarze, zbierają żywność z worków i kontenerów na śmiecie, często żywność nierozpakowaną, często na kilka dni przed upływem daty przydatności do spożycia, a wyrzucaną przez supermarkety.
Przeszukujący te kontenery sami często żyją dostatnio i w związku z tym nie mają żadnych kompleksów – nie robią tego z nędzy i głodu. Odwrotnie do prawdziwych nędzarzy, którzy nie chcą prowadzić życia nędzarzy. Freegan movement nie jest ruchem masowym, ale zdecydowanie zauważalnym, taki widoczny margines, który pokazuje, że nawet, a może szczególnie w USA są ludzie, którzy są świadomi bezsensownego marnowania dóbr, gdzie indziej tak bardzo potrzebnych, ale niedostępnych. Warto tu wspomnieć (dane za rok 2007), że w USA wyrzuca się rocznie ponad 200 kg pełnowartościowej żywności. Przeciętnie, w przeliczeniu na jednego obywatela.
A liczba ta dotyczy jedynie gospodarstw domowych.
„Freegani” protestują także przeciwko nadmiernemu zadłużenia się państwa, co ma potwierdzenie w indywidualnym zadłużaniu się poszczególnych obywateli. Przeciętny Amerykanin ma 10 kart kredytowych, ale też 20.000 dolarów „kartowego” zadłużenia ! Połowę ludności dzieli wysokość tylko jednej pensji przed utratą domu lub mieszkania !
Państwo pomaga finansowo bankom i wielkim koncernom, ale nie pomaga obywatelom znajdującym się na krawędzi egzystencji *.
Wielu członków warstwy średniej żyje obecnie w samochodach (nie mylić z przyczepami mieszkalnymi), bo stracili swe domy w wyniku kryzysu, do którego sami się przyczynili. Solidarność międzyludzka to mit. Empatia to obce słowo. Amerykanów nie obchodzą ich bliźni.
Kraj to niezmiernie bogaty, co widzi każdy przyjezdny, ale przez długie lata swojego istnienia nie zdolny do wypracowania systemu, który chociaż trochę wyrówna szanse startowe swoich obywateli. Młodzi ludzie żyjący na co dzień w dzielnicach biedy, w slumsach, mają nie tylko zerowe szanse na godziwą edukację, ale i niewielkie na przeżycie. Dlatego łącza się w gangi, jedyne społeczności w których próbują się realizować.
Przeciętny obywatel i jego reprezentanci w rządzie akceptują bezdomność i niski stan oświaty, mając możliwości i środki do prawie natychmiastowej naprawy tej sytuacji.
Wydają więcej na swoje pieski i kotki niż na bezdomnych **.
Konsumencki kapitalizm podcina demokratyczne podstawy państwa. Państwo USA mówi: jesteś konsumentem, kupujesz, więc jesteś prawdziwym obywatelem. Głosuj za Ameryką dolarami wydawanymi na rynku.
To BZDURA !
Demokracja to zbiorowe podejmowanie decyzji. Jako konsument mówię: Chce kupić. Ale jako świadomy obywatel: Nasza społeczność ma następujące potrzeby:..
To dwa zupełnie różne podejścia.
Od 30-40 lat wyznawana powszechnie mantra to: Rynek jest najlepszym regulatorem, rynek załatwi wszystkie problemy, niech tylko państwo się nie wtrąca, bo jedynie konsumenci dokonują słusznych wyborów.
W proteście przeciwko tej mantrze „Freegani” podejmują popularne akcje protestacyjne pikietując centra zakupowe: „Stop Shopping ! Co by tutaj kupił Jezus ?”
Cel: zmiana konsumenta w świadomego swych wyborów obywatela.
„Freegani” pytają : Ile jeszcze czasu upłynie zanim współobywatele się obudzą i rozpoczną przebudowę swojego systemu wartości ?
Warto pamiętać, że ponad 5% obywateli USA choruje na tzw. shopping addiction, czyli ostrą zakupomanię.
Ilu ludzi musi jeszcze umrzeć, ile dramatów osobistych rozegrać, żeby Amerykanie zrozumieli, że wyznają na codzień idiotyczne zasady, które od lat sprawiają, że ich system który uważają za najlepszy na świecie, jest beznadziejny ?
Mocarstwo USA to tylko pewna odmiana republiki bananowej, która konsekwentnie konserwuje rażące nierówności, stałą nędzę wielkich ilości obywateli i prywatyzację wojen.
Czy Obama coś z tym zrobi ?
Przypuszczam, że wątpię.
__________________________________________________________
* W roku 2007 centralny bank FED udzielił zagranicznym bankom: Barclays, Royal Bank of Scotland, Societe General, Dresdner Bank, Bayerische Landesbank, Dexia, Korean Development Bank darmowych kredytów na sumę 3 bilionów dolarów. Trzeba przyznać, że gdyby ich nie udzielił doszłoby do ruiny finansów w skali światowej. Ale prawdą tez jest, że kredyty na łączną sumę 1 bln. dolarów udzielone zostały ze śmieciowym zabezpieczeniem, co stawia strategię FEDu dysponującego pieniędzmi amerykańskich podatników pod wielkim znakiem zapytania.
** Na co m.in. przeznaczają pieniądze podatników wybieralni reprezentanci tego narodu ?
Na przykład, bez wahania i wbrew ONZ, na bezsensowną wojnę w Iraku, która pochłonęła już ponad 740.000.000.000 „zielonych”. A ta w Afganistanie ponad 350.000.000.000.
Czy obywatel-podatnik USA coś na tym zyskał ? Obywatel nie, (zginęło ich w tych wojnach już 5740) ale właściciele koncernów zbrojeniowych i zaopatrzeniowych jak najbardziej.
A zaopatrzenie to głównie Halliburton (i jego firmy-córki), na którego czele stał były wice prezydent Dick Cheney. W imię demokracji i humanizmu toczone są wojny z powodów czysto ekonomicznych – czyli z chęci zysku niewielkiej ilości wielkich korporacji. Przegranymi są zawsze „masy pracujące” po obu stronach konfliktów zbrojnych.
„W tym temacie” poczytałem sobie ostatnio historię firm Enron, Merrill Lynch oraz General Motors, również prasę amerykańską o obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej w bratnim USA. Zupełnie niepotrzebnie zresztą, bo tylko coraz bardziej widzę dokonującą się we mnie erozję niegdyś gorących uczuć do tego pięknego kraju, który tak chętnie odwiedzam.
Podzielę się teraz z Tobą czytelniku kilkoma refleksjami.
Co się rzuca w oczy w USA, to fakt, że nie ma tam podziału na partie polityczne, zbliżonego do schematu europejskiego, czyli na lewicę i prawicę, wraz z odmianami tychże, czyli centrolewica, centroprawica itd. itp. Nie wspominając nawet o Samoobronie czy Prawie i Sprawiedliwości.
Ale w końcu ich państwowość istnieje około 800 lat krócej od naszej. Mają czas...
W USA są 2 główne partie polityczne, a społeczne podziały koncentrują się na linii: biedni i bogaci. Amerykanie mają od dziecka wpajane przez otoczenie i media, że najważniejszy w życiu jest sukces, który prowadzi do bogactwa. Jesteś bogaty ? Znaczy, że jesteś pracowity i Bóg ci sprzyja. Jesteś biedny ? Twój pieprzony los, leniu.
Sukces za wszelką cenę jest OK, bieda z powodu wieloletniej ciężkiej pracy jest tylko dowodem na bycie frajerem.
Wulgarne uproszczenie ? Tak, ale konieczne, żeby zrozumieć American Dream.
USA to kraj niezliczonych i krańcowych sprzeczności. Na ulicach widać ludzi najgrubszych i najchudszych jakich uda ci się zobaczyć. Jest tam niespotykany w Europie odsetek analfabetów, ale jest również najwięcej Noblistów. Kraj purytanów ale i największy sex-przemysł. Największe spożycie mięsa na świecie, ale i największa ilość wegetarian na 1000 mieszkańców.
Politycznie, społeczeństwo amerykańskie ślepo słucha swoich przywódców i na znak solidarności z nimi wywiesza na swoich domach flagi, ale ten symbol patriotyzmu nic nie znaczy. Bo większość nie zna swojej Konstytucji i nie żyje zgodnie z Kartą Praw.
USA to ojczyzna hiperkonsumeryzmu.
Kapitalizm amerykański już od dawna nie służy zaspokajaniu rzeczywistego zapotrzebowania ludzi na dobra materialne, ale głównie generowaniu rzekomego zapotrzebowania, czyli produkowaniu towarów, których tak naprawdę nikt nie potrzebuje.
Moralność i etyka to słowa całkowicie nie pasujące do tego systemu. (I to w narodzie z największą na świecie ilością „kaznodziejów” i megakościołów z audytoriami przekraczającymi 10.000 miejsc siedzących).
W wyniku panującej filozofii, kapitalizm w USA dąży do zinfantylizowania społeczeństwa, aby ślepo kupowało to czego nie potrzebuje. To co napędza gospodarkę, jest rzekomo eo ipso dobre dla obywatela. A nawet patriotyczne.
Rozrywka to tylko marketing. To już nie jak dawniej np. jazz – do słuchania i delektowania się, ale możliwość identyfikowania się z czyimś wizerunkiem, stylem ubierania się, noszenia się itd.
Wszystko po to aby promować i sprzedawać towar, jakim stała się rozrywka.
Jestem taki jakim samochodem jeżdżę, jakiej marki ubranie noszę, jakiej muzyki słucham, jaki napój piję, do jakiego klubu należę.
I w tym pejzażu mamy do czynienia z kolejną krańcowa sprzecznością w USA.
Freegan movement.
Ruch powstały jako protest przeciwko gwałceniu środowiska, konsumpcji ponad potrzeby własne, marnowaniu surowców, żywności itd. Wyznawcy tego ruchu, niekoniecznie bezdomni nędzarze, zbierają żywność z worków i kontenerów na śmiecie, często żywność nierozpakowaną, często na kilka dni przed upływem daty przydatności do spożycia, a wyrzucaną przez supermarkety.
Przeszukujący te kontenery sami często żyją dostatnio i w związku z tym nie mają żadnych kompleksów – nie robią tego z nędzy i głodu. Odwrotnie do prawdziwych nędzarzy, którzy nie chcą prowadzić życia nędzarzy. Freegan movement nie jest ruchem masowym, ale zdecydowanie zauważalnym, taki widoczny margines, który pokazuje, że nawet, a może szczególnie w USA są ludzie, którzy są świadomi bezsensownego marnowania dóbr, gdzie indziej tak bardzo potrzebnych, ale niedostępnych. Warto tu wspomnieć (dane za rok 2007), że w USA wyrzuca się rocznie ponad 200 kg pełnowartościowej żywności. Przeciętnie, w przeliczeniu na jednego obywatela.
A liczba ta dotyczy jedynie gospodarstw domowych.
„Freegani” protestują także przeciwko nadmiernemu zadłużenia się państwa, co ma potwierdzenie w indywidualnym zadłużaniu się poszczególnych obywateli. Przeciętny Amerykanin ma 10 kart kredytowych, ale też 20.000 dolarów „kartowego” zadłużenia ! Połowę ludności dzieli wysokość tylko jednej pensji przed utratą domu lub mieszkania !
Państwo pomaga finansowo bankom i wielkim koncernom, ale nie pomaga obywatelom znajdującym się na krawędzi egzystencji *.
Wielu członków warstwy średniej żyje obecnie w samochodach (nie mylić z przyczepami mieszkalnymi), bo stracili swe domy w wyniku kryzysu, do którego sami się przyczynili. Solidarność międzyludzka to mit. Empatia to obce słowo. Amerykanów nie obchodzą ich bliźni.
Kraj to niezmiernie bogaty, co widzi każdy przyjezdny, ale przez długie lata swojego istnienia nie zdolny do wypracowania systemu, który chociaż trochę wyrówna szanse startowe swoich obywateli. Młodzi ludzie żyjący na co dzień w dzielnicach biedy, w slumsach, mają nie tylko zerowe szanse na godziwą edukację, ale i niewielkie na przeżycie. Dlatego łącza się w gangi, jedyne społeczności w których próbują się realizować.
Przeciętny obywatel i jego reprezentanci w rządzie akceptują bezdomność i niski stan oświaty, mając możliwości i środki do prawie natychmiastowej naprawy tej sytuacji.
Wydają więcej na swoje pieski i kotki niż na bezdomnych **.
Konsumencki kapitalizm podcina demokratyczne podstawy państwa. Państwo USA mówi: jesteś konsumentem, kupujesz, więc jesteś prawdziwym obywatelem. Głosuj za Ameryką dolarami wydawanymi na rynku.
To BZDURA !
Demokracja to zbiorowe podejmowanie decyzji. Jako konsument mówię: Chce kupić. Ale jako świadomy obywatel: Nasza społeczność ma następujące potrzeby:..
To dwa zupełnie różne podejścia.
Od 30-40 lat wyznawana powszechnie mantra to: Rynek jest najlepszym regulatorem, rynek załatwi wszystkie problemy, niech tylko państwo się nie wtrąca, bo jedynie konsumenci dokonują słusznych wyborów.
W proteście przeciwko tej mantrze „Freegani” podejmują popularne akcje protestacyjne pikietując centra zakupowe: „Stop Shopping ! Co by tutaj kupił Jezus ?”
Cel: zmiana konsumenta w świadomego swych wyborów obywatela.
„Freegani” pytają : Ile jeszcze czasu upłynie zanim współobywatele się obudzą i rozpoczną przebudowę swojego systemu wartości ?
Warto pamiętać, że ponad 5% obywateli USA choruje na tzw. shopping addiction, czyli ostrą zakupomanię.
Ilu ludzi musi jeszcze umrzeć, ile dramatów osobistych rozegrać, żeby Amerykanie zrozumieli, że wyznają na codzień idiotyczne zasady, które od lat sprawiają, że ich system który uważają za najlepszy na świecie, jest beznadziejny ?
Mocarstwo USA to tylko pewna odmiana republiki bananowej, która konsekwentnie konserwuje rażące nierówności, stałą nędzę wielkich ilości obywateli i prywatyzację wojen.
Czy Obama coś z tym zrobi ?
Przypuszczam, że wątpię.
__________________________________________________________
* W roku 2007 centralny bank FED udzielił zagranicznym bankom: Barclays, Royal Bank of Scotland, Societe General, Dresdner Bank, Bayerische Landesbank, Dexia, Korean Development Bank darmowych kredytów na sumę 3 bilionów dolarów. Trzeba przyznać, że gdyby ich nie udzielił doszłoby do ruiny finansów w skali światowej. Ale prawdą tez jest, że kredyty na łączną sumę 1 bln. dolarów udzielone zostały ze śmieciowym zabezpieczeniem, co stawia strategię FEDu dysponującego pieniędzmi amerykańskich podatników pod wielkim znakiem zapytania.
** Na co m.in. przeznaczają pieniądze podatników wybieralni reprezentanci tego narodu ?
Na przykład, bez wahania i wbrew ONZ, na bezsensowną wojnę w Iraku, która pochłonęła już ponad 740.000.000.000 „zielonych”. A ta w Afganistanie ponad 350.000.000.000.
Czy obywatel-podatnik USA coś na tym zyskał ? Obywatel nie, (zginęło ich w tych wojnach już 5740) ale właściciele koncernów zbrojeniowych i zaopatrzeniowych jak najbardziej.
A zaopatrzenie to głównie Halliburton (i jego firmy-córki), na którego czele stał były wice prezydent Dick Cheney. W imię demokracji i humanizmu toczone są wojny z powodów czysto ekonomicznych – czyli z chęci zysku niewielkiej ilości wielkich korporacji. Przegranymi są zawsze „masy pracujące” po obu stronach konfliktów zbrojnych.
piątek, 5 listopada 2010
Ekskomunika
Rzadko używany w naszych czasach obcy wyraz. Kiedyś potężny straszak na inaczej myślących i rozpowszechniających swoje poglądy w formie mówionej lub pisanej. Oznacza wyłączenie ze wspólnoty. Kościół straszy wierzących ekskomuniką za stosowanie metody „in vitro”, a Prezes PISu straszy albo dwustopniowo (najpierw zawieszenie w prawach członka – Elżbieta Jakubiak), albo subito, czyli od razu (Joanna Kluzik-Rostkowska) za wyrażanie choćby mikrosprzeciwów wobec aktualnej linii partii.
Obie instytucje: Kościół i PIS, nie wyrosły na glebie tolerancji ani, za przeproszeniem, demokracji.
Obie instytucje są skrajnie autorytarne i zgromadzone wokół nieomylnego szefa: jedna wirtualnego, druga całkiem konkretnego. Ta pierwsza dzisiaj straszy niedoszłych rodziców, którzy uparli sie na spłodzenie własnego dziecka tą nienową już metodą, druga zaś wyznająca nazistowską zasadę: „Fuehrer befehlt, wir folgen” karze ekskomuniką za najbłahsze słowa wyrażające zdolność do samodzielnego myślenia.
Obie instytucje, jakby co, głoszą potrzebę tolerancji. Nie wypada przecież w naszych czasach oficjalnie popierać zamordyzmu, palenia na stosie, dyktatury, rasizmu, wbijania na pal i paru innych głęboko ludzkich przywar i obyczajów.
Nie odnosi sie to jednak do tolerancji w/w instytucji w stosunku do niezależnie myślących.
I dlatego obie sympatyczne panie z PISu Biuro Polityczne (przepraszam, Komitet Polityczny) tej partii ekskomunikowało, chociaż do ostatniej chwili wyznawały gorące uczucia do Prezesa. Nadaremno !
Przypomnienie - kilku wysokich oficerów Wehrmachtu, członków spisku Stauffenberga na moment przed rozstrzelaniem krzyczało: Heil Hitler ! Tez nadaremno.
Teraz przyszłość polityczna tych dwu pań jest niepewna, bo inne partie wyrzucają im słusznie długoletnią wiernopoddańczość Prezesowi, co kładzie się cieniem na ich image, imidżu (co za koszmarne, ale popularne spolszczenie) lub, po polsku mówiąc, wizerunku.
A na wizerunek pani K. składa się nie tylko uśmiechnięta twarz i urok osobisty, ale najbardziej to, z kim przez długie lata była tak ściśle związana, komu była bezwzględnie podporządkowana i z kim wiązała swoje nadzieje na dalszą karierę polityczną. Częściowe opamiętanie przyszło dopiero wtedy, gdy dotarło do niej, że idol prowadzi partię do upadku, krytykuje jej myśl przewodnią kampanii prezydenckiej, usuwa ją w cień, a do tego faworyzuje innych.
Ta ekskomunika, tak mocno nagłaśniana przez media, z pewnością jednak nie wstrząśnie krajobrazem politycznym Polski.
Obie instytucje: Kościół i PIS, nie wyrosły na glebie tolerancji ani, za przeproszeniem, demokracji.
Obie instytucje są skrajnie autorytarne i zgromadzone wokół nieomylnego szefa: jedna wirtualnego, druga całkiem konkretnego. Ta pierwsza dzisiaj straszy niedoszłych rodziców, którzy uparli sie na spłodzenie własnego dziecka tą nienową już metodą, druga zaś wyznająca nazistowską zasadę: „Fuehrer befehlt, wir folgen” karze ekskomuniką za najbłahsze słowa wyrażające zdolność do samodzielnego myślenia.
Obie instytucje, jakby co, głoszą potrzebę tolerancji. Nie wypada przecież w naszych czasach oficjalnie popierać zamordyzmu, palenia na stosie, dyktatury, rasizmu, wbijania na pal i paru innych głęboko ludzkich przywar i obyczajów.
Nie odnosi sie to jednak do tolerancji w/w instytucji w stosunku do niezależnie myślących.
I dlatego obie sympatyczne panie z PISu Biuro Polityczne (przepraszam, Komitet Polityczny) tej partii ekskomunikowało, chociaż do ostatniej chwili wyznawały gorące uczucia do Prezesa. Nadaremno !
Przypomnienie - kilku wysokich oficerów Wehrmachtu, członków spisku Stauffenberga na moment przed rozstrzelaniem krzyczało: Heil Hitler ! Tez nadaremno.
Teraz przyszłość polityczna tych dwu pań jest niepewna, bo inne partie wyrzucają im słusznie długoletnią wiernopoddańczość Prezesowi, co kładzie się cieniem na ich image, imidżu (co za koszmarne, ale popularne spolszczenie) lub, po polsku mówiąc, wizerunku.
A na wizerunek pani K. składa się nie tylko uśmiechnięta twarz i urok osobisty, ale najbardziej to, z kim przez długie lata była tak ściśle związana, komu była bezwzględnie podporządkowana i z kim wiązała swoje nadzieje na dalszą karierę polityczną. Częściowe opamiętanie przyszło dopiero wtedy, gdy dotarło do niej, że idol prowadzi partię do upadku, krytykuje jej myśl przewodnią kampanii prezydenckiej, usuwa ją w cień, a do tego faworyzuje innych.
Ta ekskomunika, tak mocno nagłaśniana przez media, z pewnością jednak nie wstrząśnie krajobrazem politycznym Polski.
środa, 20 października 2010
Wszystko subito !
Jestem Polakiem. Polacy to podobno nieco dziwny naród. Jestem więc nieco dziwnym człowiekiem.
Jednak chyba dziwnym poniżej przeciętnej krajowej, bo nie mam w sobie tego temperamentu i niecierpliwości, który jest motorem działań około połowy moich rodaków.
Przykład pierwszy.
W czasie pogrzebu JP2 nie mogłem zrozumieć dlaczego tłum zgromadzony w Watykanie ma wypisane na transparentach „Santo subito”. Potem hasło to stało sie zawołaniem ogromnej części społeczeństwa, dążącej do beatyfikacji zmarłego papieża. Natychmiast. Chrzanić procedury.
Chrzanić nawet konstytucję apostolską Divinus perfectionis Magister promulgowaną przez samego JP2 25 stycznia Roku Pańskiego 1983. Santo subito Benedykcie XVI !
Trafiło jednak na skrupulatnego papieża Niemca (Ordnung muss sein) i trzeba wziąć na wstrzymanie.
Dlaczego tak nam śpieszno do Jego beatyfikacji ? Czasami wydaje się, że odbywa się tu jakiś wyścig z czasem. Że interes narodowy wymaga, aby już można było modlić się do Niego, tak jak do innych błogosławionych i świętych. Innymi słowy, im więcej polskich świętych, tym lepiej. Ale dla kogo lepiej ? I dlaczego ?
Czy nie można by - po prostu – w hołdzie wyżej wymienionemu, spróbować żyć nieco bardziej zgodnie z Dekalogiem ? Czy nie ucieszył by się On z tego bardziej, niż z tego, że ma tylu zagorzałych i niecierpliwych kibiców ?
Ta polska niecierpliwość daje się we znaki ostatnio coraz częściej.
Smoleńsk.
Katastrofa lotnicza tych rozmiarów jest zwykle wyjaśniana po 12-24 miesiącach. Czasami nigdy. A w Polsce partia polityczna reprezentująca ok. 30% ludności od 10 kwietnia świetnie wie kto ją, tak naprawdę, spowodował. Kto ponosi za nią odpowiedzialność moralną i nie tylko. Również kto ma krew na rękach. Chrzanić żmudne, precyzyjne i powolne dochodzenia prawdy ! Chrzanić prokuratorów !
Najlepiej domagać się zrezygnowania z władzy aktualnej władzy i zrobić miejsce dla „prawdziwych Polaków”. Subito !
Pomnik pod Pałacem Prezydenckim.
Zbudować go subito w tym miejscu, lub przynajmniej przysiąc, że w najkrótszym możliwie terminie zostanie zbudowany. I to nie jakiś skromny monumencik typu głaz lub tablica, ale wielki pomnik full wypas. Konserwatorowi zabytków negatywnie opiniującemu ten pomysł mówimy cytatem ze Zmarłego Przywódcy: „Spadaj dziadu !”
A jeżeli powyższe żądanie pomnika nie jest realizowane subito, Prezes partii „prawdziwych Polaków” bierze udział w agresywnych pochodach z pochodniami, zwanymi u sąsiadów Fakelzug.
Bogata tradycja. W latach 30-tych organizowane były aby pokazać siłę nazistów, którzy nazywali siebie „prawdziwymi Niemcami”. Również hasło: „Polsko, obudź się” nawiązuje do „Deutschland, erwache”. Podstawa intelektualna i taktyka obu partii to szerzenie nienawiści, pogłębianie podziałów, zaszczepianie poczucia zagrożenia niepodległego bytu, pokazanie siły. Realizacja tej taktyki musi opierać się na prostych przekazach, tak aby dotarła do mas. I to subito, bo wybory samorządowe za pasem.
Strzały w Łodzi.
Prawie natychmiast po tej zbrodni Prezes wie kto za nią odpowiada. To ci sami ludzie którzy teraz juz mają ręce aż po łokcie ubabrane we krwi (Smoleńsk + Łódź). Winny został znaleziony subito. To znaczy prawdziwy winny, czyli premier i prezydent oraz Palikot i Niesiołowski. To, według prezesa, grupa hańby narodowej. Proponowana Komisja Śledcza z przewodniczącym z PISu ma to udowodnić. Chrzanić wyniki obecnego dochodzenia. Chrzanić fakt, że łódzki zabójca to najprawdopodobniej świr.
Czy w związku z tymi trzema przykładami natychmiastowych rozwiązań, których żądają „prawdziwi Polacy” warto jeszcze odwoływać się symbolicznie do książki Marka Lane'a „Rush to judgement” * z roku 1966 ?
Nie sądzę, ponieważ powolne, systematyczne i dokładne dochodzenie prawdy i unikanie pochopnych rozwiązań to antytezy programowe Prezesa. Nie dały mu, jak stwierdził po wyborach prezydenckich, żadnych korzyści politycznych. Ale czy ta desperacka gra na „wszystko subito” jest dla niego korzystna ?
Widać wyraźnie, że spadające wyniki w sondażach pogłębiają jedynie stan jego desperacji.
Swoja drogą, to ciekawa koincydencja, że agresywni, despotyczni, radykalni i autokratyczni przywódcy-wodzowie mają zwykle nieuregulowane życie osobiste. Miejsce normalnych kontaktów z kobietami zajmuje im praca zawodowa, celem życia staje się idee fixe zrealizowania wizji społeczeństwa zgromadzonego wokół jednego przywódcy. Tego, który ma zawsze rację.
Nawet jeżeli jej nie ma. Szczególnie wtedy.
____________________________________________________
* "Rush to judgement" - książka na temat morderstwa prezydenta Johna Kennedy'ego, podważająca wyniki prac komisji Warrena. Wykazuje, że pospieszne osądy bywają błędne. Jest też dowodem na to, że powolne i skrupulatne gromadzenie faktów jest jedynym sposobem dojścia do prawdy.
Jednak chyba dziwnym poniżej przeciętnej krajowej, bo nie mam w sobie tego temperamentu i niecierpliwości, który jest motorem działań około połowy moich rodaków.
Przykład pierwszy.
W czasie pogrzebu JP2 nie mogłem zrozumieć dlaczego tłum zgromadzony w Watykanie ma wypisane na transparentach „Santo subito”. Potem hasło to stało sie zawołaniem ogromnej części społeczeństwa, dążącej do beatyfikacji zmarłego papieża. Natychmiast. Chrzanić procedury.
Chrzanić nawet konstytucję apostolską Divinus perfectionis Magister promulgowaną przez samego JP2 25 stycznia Roku Pańskiego 1983. Santo subito Benedykcie XVI !
Trafiło jednak na skrupulatnego papieża Niemca (Ordnung muss sein) i trzeba wziąć na wstrzymanie.
Dlaczego tak nam śpieszno do Jego beatyfikacji ? Czasami wydaje się, że odbywa się tu jakiś wyścig z czasem. Że interes narodowy wymaga, aby już można było modlić się do Niego, tak jak do innych błogosławionych i świętych. Innymi słowy, im więcej polskich świętych, tym lepiej. Ale dla kogo lepiej ? I dlaczego ?
Czy nie można by - po prostu – w hołdzie wyżej wymienionemu, spróbować żyć nieco bardziej zgodnie z Dekalogiem ? Czy nie ucieszył by się On z tego bardziej, niż z tego, że ma tylu zagorzałych i niecierpliwych kibiców ?
Ta polska niecierpliwość daje się we znaki ostatnio coraz częściej.
Smoleńsk.
Katastrofa lotnicza tych rozmiarów jest zwykle wyjaśniana po 12-24 miesiącach. Czasami nigdy. A w Polsce partia polityczna reprezentująca ok. 30% ludności od 10 kwietnia świetnie wie kto ją, tak naprawdę, spowodował. Kto ponosi za nią odpowiedzialność moralną i nie tylko. Również kto ma krew na rękach. Chrzanić żmudne, precyzyjne i powolne dochodzenia prawdy ! Chrzanić prokuratorów !
Najlepiej domagać się zrezygnowania z władzy aktualnej władzy i zrobić miejsce dla „prawdziwych Polaków”. Subito !
Pomnik pod Pałacem Prezydenckim.
Zbudować go subito w tym miejscu, lub przynajmniej przysiąc, że w najkrótszym możliwie terminie zostanie zbudowany. I to nie jakiś skromny monumencik typu głaz lub tablica, ale wielki pomnik full wypas. Konserwatorowi zabytków negatywnie opiniującemu ten pomysł mówimy cytatem ze Zmarłego Przywódcy: „Spadaj dziadu !”
A jeżeli powyższe żądanie pomnika nie jest realizowane subito, Prezes partii „prawdziwych Polaków” bierze udział w agresywnych pochodach z pochodniami, zwanymi u sąsiadów Fakelzug.
Bogata tradycja. W latach 30-tych organizowane były aby pokazać siłę nazistów, którzy nazywali siebie „prawdziwymi Niemcami”. Również hasło: „Polsko, obudź się” nawiązuje do „Deutschland, erwache”. Podstawa intelektualna i taktyka obu partii to szerzenie nienawiści, pogłębianie podziałów, zaszczepianie poczucia zagrożenia niepodległego bytu, pokazanie siły. Realizacja tej taktyki musi opierać się na prostych przekazach, tak aby dotarła do mas. I to subito, bo wybory samorządowe za pasem.
Strzały w Łodzi.
Prawie natychmiast po tej zbrodni Prezes wie kto za nią odpowiada. To ci sami ludzie którzy teraz juz mają ręce aż po łokcie ubabrane we krwi (Smoleńsk + Łódź). Winny został znaleziony subito. To znaczy prawdziwy winny, czyli premier i prezydent oraz Palikot i Niesiołowski. To, według prezesa, grupa hańby narodowej. Proponowana Komisja Śledcza z przewodniczącym z PISu ma to udowodnić. Chrzanić wyniki obecnego dochodzenia. Chrzanić fakt, że łódzki zabójca to najprawdopodobniej świr.
Czy w związku z tymi trzema przykładami natychmiastowych rozwiązań, których żądają „prawdziwi Polacy” warto jeszcze odwoływać się symbolicznie do książki Marka Lane'a „Rush to judgement” * z roku 1966 ?
Nie sądzę, ponieważ powolne, systematyczne i dokładne dochodzenie prawdy i unikanie pochopnych rozwiązań to antytezy programowe Prezesa. Nie dały mu, jak stwierdził po wyborach prezydenckich, żadnych korzyści politycznych. Ale czy ta desperacka gra na „wszystko subito” jest dla niego korzystna ?
Widać wyraźnie, że spadające wyniki w sondażach pogłębiają jedynie stan jego desperacji.
Swoja drogą, to ciekawa koincydencja, że agresywni, despotyczni, radykalni i autokratyczni przywódcy-wodzowie mają zwykle nieuregulowane życie osobiste. Miejsce normalnych kontaktów z kobietami zajmuje im praca zawodowa, celem życia staje się idee fixe zrealizowania wizji społeczeństwa zgromadzonego wokół jednego przywódcy. Tego, który ma zawsze rację.
Nawet jeżeli jej nie ma. Szczególnie wtedy.
____________________________________________________
* "Rush to judgement" - książka na temat morderstwa prezydenta Johna Kennedy'ego, podważająca wyniki prac komisji Warrena. Wykazuje, że pospieszne osądy bywają błędne. Jest też dowodem na to, że powolne i skrupulatne gromadzenie faktów jest jedynym sposobem dojścia do prawdy.
wtorek, 21 września 2010
Bzdety, bzdury i bełkoty czyli w oparach nonsensu
Porzekadło mówi: Gdy Pan Bóg chce ukarać człowieka, to najpierw mu rozum odbiera. Może nie zawsze to się sprawdza, ale w przypadku Prezesa jak najbardziej. W jednym z niedawnych wywiadów gniewnie gromi PO, gdyż posłowie tej partii rzekomo „podsiadają” miejsca w sejmowym barze szybkiej obsługi. I to mężczyźni – kobietom z PIS. A to chamy ! Gorsze, jak twierdzi, niż posłowie z Samoobrony (którzy byli, jak pamiętamy, wybranymi przez niego partnerami do rządzenia krajem).
Reprezentanci PISu jeden po drugim, rozwijają ten temat w kolejnych medialnych wypowiedziach. „Podsiadanie” staje się tematem dnia. Niektórzy z nich, także Europosłowie, używają poza „chamstwem”, również określenia „niebywały skandal”. Nikt z wypowiadających się, co prawda, tych pożałowania godnych incydentów nie widział, ale słyszał, że mówił o tym Prezes, więc dalejże komentować to niesłychane zachowanie partii wroga.
Słucham tego bełkotu i po raz kolejny szczypię się w policzek.
Czy to możliwe, żeby szef głównej partii opozycyjnej i jego najbliższe otoczenie zajmowało się takimi bzdetami ?
Czy dorośli ludzie, reprezentanci narodu, mogą zachowywać się jak nieletnie skarżypyty ze szkoły podstawowej i donosić na kolegów z innej klasy ? Jak widać, mogą.
W związku z tym poddaję Prezesowi kolejny temat do rozpętania nagonki: posłowie PO podcinają posłanki z PISu na śliskich korytarzach sejmowych. W wyniku czego jedna z posłanek poślizgnęła się i omal nie upadła. Kolejny „niebywały skandal”.
Kilka dni później Prezes ujawnia, że nasz kraj jest kondominium niemiecko-rosyjskim. Nie bacząc na to, że u nadwrażliwych i historycznie uczulonych obywateli może to wywołać chęć walki wyzwoleńczej przeciwko tym dwu cynicznym kryptozaborcom. Szaleńców mamy ci przecie dostatek. I chyba tylko dla nich przeznaczone są słowa złotoustego Prezesa.
Następnie Prezes zawiesza w prawach członka partii jedną ze swoich najwierniejszych wielbicielek, panią Jakubiak. Biedna kobieta jest w szoku, dzwoni do kolegów partyjnych, spotyka się z ich ostracyzmem (nie odbierają jej telefonów), dzwoni do męża, który na szczęście odbiera i udziela jej prawdziwego męskiego wsparcia w postaci konstruktywnej rady: „Bądź dzielna”. Zrozpaczona kobieta musi jeszcze stawić czoła własnej córce, która zadaje matce dramatyczne pytanie: „Mamo, dlaczego pan Jarek już cię nie lubi ?” - to cytaty z jej obszernego wywiadu w tabloidzie FAKT.
I co tu odpowiedzieć zaniepokojonemu dziecku, skoro pani Elżbieta dowiedziała się o decyzji szefa z mediów ? I tu ma miejsce szczęście w nieszczęściu – udaje się skatowanej psychicznie posłance umówić z samym szefem, w celu wyjaśnienia tej tak ważnej sprawy.
Spotkanie to trwa aż 2 godziny – (zapłaciłeś i za to mój czytelniku-podatniku). Miła blondynka wychodzi z niego z wypiekami na twarzy i uśmiechnięta. Uff, ulżyło rzeszy dziennikarzy, czekających pod salą. Jednak informacje udzielone przez panią J. są skąpe. „Spotkanie było miłe, ale powodów zawieszenia Prezes nie ujawnił”.
A to słodki sadysta. Niech kobieta kombinuje sama dalej o co tu biega.
Najnowsza arcybzdura pochodzi (jak nie, jak tak) znowu od Prezesa, który zakomunikował, że przegraną kampanię wyborczą zrobiły mu ładne buzie, czyli pani Kluzik-Rostkowska i pan Paweł Poncyliusz. Kazali mu oni rzekomo grać rolę miłego i łagodnego człowieka, który lubi ludzi, ma same ciepłe słowa dla starej kadry SLD, a w ogóle do lewicy odnosi się z sympatią, natomiast Rosjanie są naszymi braćmi.
Jako że bycie miłym i łagodnym człowiekiem jest tak obce Prezesowi, jak Hitlerowi miłosierdzie, taka metamorfoza, chociaż dokonana w zbożnym celu walki o fotel, musiała być bolesna dla ofiary tej przemiany. Prezes przyznaje się do brania bardzo silnych środków farmakologicznych (czytaj leków psychotropowych zmieniających osobowość), co umożliwiło mu czasowe przeobrażenie się w schemacie Dr Jekyll i Mr Hyde.
Ja widzę jednak całą tę sprawę z zupełnie innej strony. Uważam, że należałoby specjalnie wyróżnić lekarza, który zaordynował tak skuteczny zestaw leków, jaki podano Prezesowi. Przed tym lekarzem widzę wielką karierę. Nikt nie ma lepszych referencji od niego - przeobraził skutecznie samego Jarosława K. I to nie jego wina, że na tak krótki czas. Rozumiem, że po prostu chory odmówił dłuższego leczenia. A wiadomo, że stany chronicznej agresji nie mogą być wy- a nawet zaleczone w krótkim przedziale czasowym.
A tak na poważnie: wstydziłbyś się siwowłosy Prezesie wypowiadać publicznie takie bzdury.
Takimi i podobnymi bzdetami karmią media nasze skołatane już bez reszty społeczeństwo w przerwach między reportażami „na żywo” z pod krzyża.
Wkrótce jednak krzyż znika aby pojawić się w kaplicy Pałacu Prezydenckiego.
Kolejna fala protestów. Rozdygotana z płonącymi zmysłową czerwienią policzkami, urocza posłanka Kempa wieszczy w wywiadzie TV: „to już jest początek końca Platformy Obywatelskiej”.
Prezes jest bardziej konkretny i kategoryczny. Nawołuje czołówkę PO, z prezydentem i premierem na czele, do podania się natychmiast do dymisji i do całkowitego odejścia z polityki. Nie dość, że mają krew na rękach (Smoleńsk), to jeszcze usunęli krzyż i postawili metalowe bariery.
Znajomy dziennikarz z Niemiec powiedział mi zaniepokojony, że to wszystko brzmi jak nawoływanie do puczu, w następstwie którego PIS zamierza przejąć władzę. Uspokajałem go jak mogłem, chociaż nie do końca skutecznie.
Mnie tak naprawdę dziwi nie to, że sfrustrowany Prezes Specjalnej Troski wyplata swoje kolejne agresywne bzdury, ale to, że jego ludzie tak bezkrytycznie i niewolniczo uzasadniają je w mediach, a tych kilkoro, którzy zaledwie zaakcentują nieśmiało swoje mikrosprzeciwy w obliczu spadających słupków popularności partii, wycofuje się z nich szybko rakiem, skarceni natychmiast przez Wielkiego Przywódcę. Przywodzi to na myśl niemieckie hasło z lat 30-tych poprzedniego stulecia: „Fuehrer befehlt, wir folgen”.
Ledwo nastąpiła krótka przerwa w bełkotach PISowców, a już inna grupa „prawdziwych Polaków” zaczęła domagać się intronizacji Jezusa Chrystusa (JC) na tron Polski. I podobnie, jak to było z Matką Boską (MB) Królową Polski, bez konsultacji z zainteresowanym. Ten trend do uczynienia z Ojczyzny wirtualnej megamonarchii (król i królowa panujący równocześnie), rodzi jednak pewne pytania.
Jak interpretować ma lud Boży to żądanie ?
Czy to znaczy że kobieta za słabo starała się o dobrobyt rodaków ? *
Czy dlatego lepiej powierzyć los Najjaśniejszej facetowi ?
Czy też Oni razem (MB + JC wespół w zespół) będą skuteczniejsi ?
I w czym skuteczniejsi, bo rozumiem, że dążeniu do intronizacji JC towarzyszą określone oczekiwania ?
Czy oznacza to, że Polska gospodarka mogłaby ewentualnie liczyć na tzw. free ride z Nieba ?
Gdyby tak było, to ja jestem za szybką intronizacją.
Jednak póki co, może lepiej wyrwać się z tych oparów nonsensu polit-religijnego i popracować w jesiennym spokoju dla zwiększenia PKB ? Zanim Prezes, jego pretorianie i jego sojusznicy monarchiści nie wyskoczą z kolejnymi bzdurami, bzdetami i bełkotem.
____________________________________________________________
* Wygląda na to, że tak. Świadczy o tym dobitnie ostatni marsz „Rycerzy Chrystusa” przez Lublin. Można domniemywać, że tegoroczne 3 fale powodziowe oraz katastrofa smoleńska ostatecznie zachwiały ślepą wiarę w skuteczność MB. Co prawda nadal obowiązuje stale powtarzana mantra: „Bóg tak chciał”, ale widocznie w narodzie cierpliwość znoszenia dopustów bożych przekroczyła w tym Roku Pańskim granice tolerancji na niefrasobliwość Patronki.
Reprezentanci PISu jeden po drugim, rozwijają ten temat w kolejnych medialnych wypowiedziach. „Podsiadanie” staje się tematem dnia. Niektórzy z nich, także Europosłowie, używają poza „chamstwem”, również określenia „niebywały skandal”. Nikt z wypowiadających się, co prawda, tych pożałowania godnych incydentów nie widział, ale słyszał, że mówił o tym Prezes, więc dalejże komentować to niesłychane zachowanie partii wroga.
Słucham tego bełkotu i po raz kolejny szczypię się w policzek.
Czy to możliwe, żeby szef głównej partii opozycyjnej i jego najbliższe otoczenie zajmowało się takimi bzdetami ?
Czy dorośli ludzie, reprezentanci narodu, mogą zachowywać się jak nieletnie skarżypyty ze szkoły podstawowej i donosić na kolegów z innej klasy ? Jak widać, mogą.
W związku z tym poddaję Prezesowi kolejny temat do rozpętania nagonki: posłowie PO podcinają posłanki z PISu na śliskich korytarzach sejmowych. W wyniku czego jedna z posłanek poślizgnęła się i omal nie upadła. Kolejny „niebywały skandal”.
Kilka dni później Prezes ujawnia, że nasz kraj jest kondominium niemiecko-rosyjskim. Nie bacząc na to, że u nadwrażliwych i historycznie uczulonych obywateli może to wywołać chęć walki wyzwoleńczej przeciwko tym dwu cynicznym kryptozaborcom. Szaleńców mamy ci przecie dostatek. I chyba tylko dla nich przeznaczone są słowa złotoustego Prezesa.
Następnie Prezes zawiesza w prawach członka partii jedną ze swoich najwierniejszych wielbicielek, panią Jakubiak. Biedna kobieta jest w szoku, dzwoni do kolegów partyjnych, spotyka się z ich ostracyzmem (nie odbierają jej telefonów), dzwoni do męża, który na szczęście odbiera i udziela jej prawdziwego męskiego wsparcia w postaci konstruktywnej rady: „Bądź dzielna”. Zrozpaczona kobieta musi jeszcze stawić czoła własnej córce, która zadaje matce dramatyczne pytanie: „Mamo, dlaczego pan Jarek już cię nie lubi ?” - to cytaty z jej obszernego wywiadu w tabloidzie FAKT.
I co tu odpowiedzieć zaniepokojonemu dziecku, skoro pani Elżbieta dowiedziała się o decyzji szefa z mediów ? I tu ma miejsce szczęście w nieszczęściu – udaje się skatowanej psychicznie posłance umówić z samym szefem, w celu wyjaśnienia tej tak ważnej sprawy.
Spotkanie to trwa aż 2 godziny – (zapłaciłeś i za to mój czytelniku-podatniku). Miła blondynka wychodzi z niego z wypiekami na twarzy i uśmiechnięta. Uff, ulżyło rzeszy dziennikarzy, czekających pod salą. Jednak informacje udzielone przez panią J. są skąpe. „Spotkanie było miłe, ale powodów zawieszenia Prezes nie ujawnił”.
A to słodki sadysta. Niech kobieta kombinuje sama dalej o co tu biega.
Najnowsza arcybzdura pochodzi (jak nie, jak tak) znowu od Prezesa, który zakomunikował, że przegraną kampanię wyborczą zrobiły mu ładne buzie, czyli pani Kluzik-Rostkowska i pan Paweł Poncyliusz. Kazali mu oni rzekomo grać rolę miłego i łagodnego człowieka, który lubi ludzi, ma same ciepłe słowa dla starej kadry SLD, a w ogóle do lewicy odnosi się z sympatią, natomiast Rosjanie są naszymi braćmi.
Jako że bycie miłym i łagodnym człowiekiem jest tak obce Prezesowi, jak Hitlerowi miłosierdzie, taka metamorfoza, chociaż dokonana w zbożnym celu walki o fotel, musiała być bolesna dla ofiary tej przemiany. Prezes przyznaje się do brania bardzo silnych środków farmakologicznych (czytaj leków psychotropowych zmieniających osobowość), co umożliwiło mu czasowe przeobrażenie się w schemacie Dr Jekyll i Mr Hyde.
Ja widzę jednak całą tę sprawę z zupełnie innej strony. Uważam, że należałoby specjalnie wyróżnić lekarza, który zaordynował tak skuteczny zestaw leków, jaki podano Prezesowi. Przed tym lekarzem widzę wielką karierę. Nikt nie ma lepszych referencji od niego - przeobraził skutecznie samego Jarosława K. I to nie jego wina, że na tak krótki czas. Rozumiem, że po prostu chory odmówił dłuższego leczenia. A wiadomo, że stany chronicznej agresji nie mogą być wy- a nawet zaleczone w krótkim przedziale czasowym.
A tak na poważnie: wstydziłbyś się siwowłosy Prezesie wypowiadać publicznie takie bzdury.
Takimi i podobnymi bzdetami karmią media nasze skołatane już bez reszty społeczeństwo w przerwach między reportażami „na żywo” z pod krzyża.
Wkrótce jednak krzyż znika aby pojawić się w kaplicy Pałacu Prezydenckiego.
Kolejna fala protestów. Rozdygotana z płonącymi zmysłową czerwienią policzkami, urocza posłanka Kempa wieszczy w wywiadzie TV: „to już jest początek końca Platformy Obywatelskiej”.
Prezes jest bardziej konkretny i kategoryczny. Nawołuje czołówkę PO, z prezydentem i premierem na czele, do podania się natychmiast do dymisji i do całkowitego odejścia z polityki. Nie dość, że mają krew na rękach (Smoleńsk), to jeszcze usunęli krzyż i postawili metalowe bariery.
Znajomy dziennikarz z Niemiec powiedział mi zaniepokojony, że to wszystko brzmi jak nawoływanie do puczu, w następstwie którego PIS zamierza przejąć władzę. Uspokajałem go jak mogłem, chociaż nie do końca skutecznie.
Mnie tak naprawdę dziwi nie to, że sfrustrowany Prezes Specjalnej Troski wyplata swoje kolejne agresywne bzdury, ale to, że jego ludzie tak bezkrytycznie i niewolniczo uzasadniają je w mediach, a tych kilkoro, którzy zaledwie zaakcentują nieśmiało swoje mikrosprzeciwy w obliczu spadających słupków popularności partii, wycofuje się z nich szybko rakiem, skarceni natychmiast przez Wielkiego Przywódcę. Przywodzi to na myśl niemieckie hasło z lat 30-tych poprzedniego stulecia: „Fuehrer befehlt, wir folgen”.
Ledwo nastąpiła krótka przerwa w bełkotach PISowców, a już inna grupa „prawdziwych Polaków” zaczęła domagać się intronizacji Jezusa Chrystusa (JC) na tron Polski. I podobnie, jak to było z Matką Boską (MB) Królową Polski, bez konsultacji z zainteresowanym. Ten trend do uczynienia z Ojczyzny wirtualnej megamonarchii (król i królowa panujący równocześnie), rodzi jednak pewne pytania.
Jak interpretować ma lud Boży to żądanie ?
Czy to znaczy że kobieta za słabo starała się o dobrobyt rodaków ? *
Czy dlatego lepiej powierzyć los Najjaśniejszej facetowi ?
Czy też Oni razem (MB + JC wespół w zespół) będą skuteczniejsi ?
I w czym skuteczniejsi, bo rozumiem, że dążeniu do intronizacji JC towarzyszą określone oczekiwania ?
Czy oznacza to, że Polska gospodarka mogłaby ewentualnie liczyć na tzw. free ride z Nieba ?
Gdyby tak było, to ja jestem za szybką intronizacją.
Jednak póki co, może lepiej wyrwać się z tych oparów nonsensu polit-religijnego i popracować w jesiennym spokoju dla zwiększenia PKB ? Zanim Prezes, jego pretorianie i jego sojusznicy monarchiści nie wyskoczą z kolejnymi bzdurami, bzdetami i bełkotem.
____________________________________________________________
* Wygląda na to, że tak. Świadczy o tym dobitnie ostatni marsz „Rycerzy Chrystusa” przez Lublin. Można domniemywać, że tegoroczne 3 fale powodziowe oraz katastrofa smoleńska ostatecznie zachwiały ślepą wiarę w skuteczność MB. Co prawda nadal obowiązuje stale powtarzana mantra: „Bóg tak chciał”, ale widocznie w narodzie cierpliwość znoszenia dopustów bożych przekroczyła w tym Roku Pańskim granice tolerancji na niefrasobliwość Patronki.
wtorek, 24 sierpnia 2010
Meczet pojednania w miejscu rzezi ?
Budowa świątyni stanowiącej miejsce kultu religijnego nie jest żadnym ewenementem w dziejach ludzkości. Obie największe religie, Islam i Chrześcijaństwo mają tysiące takich przybytków na całym świecie. Ewenementem staje się dopiero budowa świątyni w lokalizacji którą można by nazwać kontrowersyjną. I tak, gdyby w Rijadzie (Arabia Saudyjska) rozpoczęła się budowa kościoła katolickiego, to byłaby to sensacja w skali świata.
Spokojnie, żadna taka inwestycja nie jest planowana w najbliższych latach.
Natomiast, pewną sensację stanowi planowana budowa nowego meczetu oraz centrum kultury islamskiej w bezpośredniej bliskości Ground Zero, miejsca w których stały wieżowce WTC, zburzone atakami fanatyków islamskich. I podobnie jak u nas w sprawie budowy warszawskiego meczetu, społeczeństwo amerykańskie jest podzielone na tych, którzy w imię tolerancji religijnej, popierają tę lokalizację i tych, a jest ich przytłaczająca większość, którzy z powodu tego ataku, a szczególnie stosunku tzw. ulicy arabskiej do tego barbarzyństwa, są oburzeni na społeczność islamską i imama Feisal Abdul Raufa, uważając że nie liczy się on w ogóle z wrażliwością nieislamskiej części nowojorczyków.
Propozycja, aby w tym miejscu pobudować ekumeniczne centrum modlitwy mahometan, żydów i chrześcijan, gdzie odbywałyby się nabożeństwa zgodnie rytuałami poszczególnych religii, a usługi społecznościowe oferowane byłyby przez poszczególne służby wyznaniowe, nie znalazła niestety poparcia u imama.
Feisal Abdul Rauf przedstawia się jako przyjaciel Izraela, oddany sprawie dialogu z Chrześcijanami i Żydami i jako ten imam, który zawsze potępiał rzeź znaną jako 9/11.
To akurat jest tzw. prawdą kwalifikowaną, czyli półprawdą, czyli jak to lubią mówić w TV, nie do końca prawdą.
Opinia publiczna w USA zapamiętała jego wypowiedź nagraną w 19 dni po tragedii dla programu CBS „60 minutes”: „Nie powiedziałbym, że Stany Zjednoczone zasłużyły na to, co się stało, ale polityka Stanów Zjednoczonych przyczyniła się do zbrodni, która miała miejsce”. To tak jakby powiedział: Trochę może i szkoda, że aż tyle było ofiar, ale w końcu coś podobnego do tej rzezi Ameryce się należało.
W Warszawie również powstaje nowy meczet i to też w miejscu mocno kontrowersyjnym.
Budowa ta, która już jest w toku została oprotestowana przez rodaków z kraju i z zagranicy. Dlaczego ?
Przeczytaj o tym na moim blogu z 11 kwietnia b.r.: Polacy. Islamofoby i rasiści ?
I obejrzyj:
http://www.youtube.com/watch?v=RxFzFIDbKpg&feature=player_embedded
http://www.answeringmuslims.com/
Spokojnie, żadna taka inwestycja nie jest planowana w najbliższych latach.
Natomiast, pewną sensację stanowi planowana budowa nowego meczetu oraz centrum kultury islamskiej w bezpośredniej bliskości Ground Zero, miejsca w których stały wieżowce WTC, zburzone atakami fanatyków islamskich. I podobnie jak u nas w sprawie budowy warszawskiego meczetu, społeczeństwo amerykańskie jest podzielone na tych, którzy w imię tolerancji religijnej, popierają tę lokalizację i tych, a jest ich przytłaczająca większość, którzy z powodu tego ataku, a szczególnie stosunku tzw. ulicy arabskiej do tego barbarzyństwa, są oburzeni na społeczność islamską i imama Feisal Abdul Raufa, uważając że nie liczy się on w ogóle z wrażliwością nieislamskiej części nowojorczyków.
Propozycja, aby w tym miejscu pobudować ekumeniczne centrum modlitwy mahometan, żydów i chrześcijan, gdzie odbywałyby się nabożeństwa zgodnie rytuałami poszczególnych religii, a usługi społecznościowe oferowane byłyby przez poszczególne służby wyznaniowe, nie znalazła niestety poparcia u imama.
Feisal Abdul Rauf przedstawia się jako przyjaciel Izraela, oddany sprawie dialogu z Chrześcijanami i Żydami i jako ten imam, który zawsze potępiał rzeź znaną jako 9/11.
To akurat jest tzw. prawdą kwalifikowaną, czyli półprawdą, czyli jak to lubią mówić w TV, nie do końca prawdą.
Opinia publiczna w USA zapamiętała jego wypowiedź nagraną w 19 dni po tragedii dla programu CBS „60 minutes”: „Nie powiedziałbym, że Stany Zjednoczone zasłużyły na to, co się stało, ale polityka Stanów Zjednoczonych przyczyniła się do zbrodni, która miała miejsce”. To tak jakby powiedział: Trochę może i szkoda, że aż tyle było ofiar, ale w końcu coś podobnego do tej rzezi Ameryce się należało.
W Warszawie również powstaje nowy meczet i to też w miejscu mocno kontrowersyjnym.
Budowa ta, która już jest w toku została oprotestowana przez rodaków z kraju i z zagranicy. Dlaczego ?
Przeczytaj o tym na moim blogu z 11 kwietnia b.r.: Polacy. Islamofoby i rasiści ?
I obejrzyj:
http://www.youtube.com/watch?v=RxFzFIDbKpg&feature=player_embedded
http://www.answeringmuslims.com/
USA - Przyjaźń Pomoc Przykład
Tytuł tego wpisu, od razu wyjaśniam, to parafraza hasła z czasów komuny. Wtedy zamiast USA był oczywiście ZSRR. Jako człowiek w tak zwanej sile wieku, przeszedłem drogę od ślepego uwielbienia Ameryki w czasach komunistycznych, do obecnej oceny, która nie jest już taka jednoznaczna, ale z pewnością istnieją pewne elementy w życiu tego wielkiego państwa, które u mnie, Polaka -Warszawiaka wywołują prawie bałwochwalcze jego uwielbienie.
Szczególnie gdy obserwuję przed- i powyborczy krajobraz polityczny i społeczny nad Wisłą.
I porównuję go z tym w USA.
Przypomnijmy sobie jak zażarta jest walka w Stanach o nominację na kandydata w ramach partii politycznych. Już dużo wcześniej zakładane są „teczki” na każdego potencjalnego rywala przez rywalizujące strony. Zbierane są skrzętnie wszelkie informacje, „haki”, które mogą posłużyć w dalszej kampanii w celu zohydzenia wizerunku przeciwnika. Wszystkie chwyty są dozwolone, pełna „wolnoamerykanka”. Bardzo duże znaczenie mają informacje o obyczajowych „wykroczeniach”, takich jak korzystanie z usług seksualnych, oczywiście pozamałżeńskich. Może kandydat uchodzący za wzór głowy rodziny, bije żonę, miał, nawet wiele lat temu, za sobą jakiś skandalik, może kiedyś był gejem, może jego firma, lub partia finansowała jego rozrywkowe eskapady, może syn lub córka są uzależnieni od dragów, lub alkoholu. Może wykorzystywał policję do wyszukiwania mu „dziewcząt” podczas poprzednich kampanii. Te i podobne informacje są na wagę złota przy walce o nominację partyjną. Oraz oczywiście w finalnej walce kandydatów partii do fotela.
Zwykle, w ramach obrzucania się błotem, jako mudslinger, czyli „obrzucacz błotem” występuje jakiś mało znany gościu, który wyraża swoje szczere oburzenie, że pewien obrzydliwy incydent miał miejsce w życiorysie kandydata, co rzekomo dyskwalifikuje go jako potencjalnego prezydenta.
Mile widziane przez rywali są oczywiście sympatyczne panie, które nagle przypomniały sobie o kandydacie, który kiedyś korzystając z okazji, nastawał skutecznie na ich cześć, realizując swoje posłannictwo biologiczne w ramach walki ze stresem.
W tym kontekście przykład „dziadka z Wehrmachtu” prezesa Tuska, to (chociaż nie z tych wyborów) jakby pieszczota posła Kurskiego – naszego czołowego polskiego „mudslingera” i Europosła w jednym. Chociaż z tego samego błotnistego sortu, co ten amerykański.
Do momentu wyboru prezydenta, w USA i Polsce obowiązują więc podobne standardy moralno-etyczne, polegające na zohydzaniu przeciwnej partii, przywódcy, czy kandydata. Czy to dobre standardy, czy złe – to kwestia subiektywnej oceny każdego z nas.
Fundamentalna różnica między naszymi krajami występuje dopiero w okresie powyborczym.
I tak, w USA przegrany kandydat po ogłoszeniu wyników, składa gratulacje prezydentowi-elektowi, dziękuje swojemu sztabowi i elektoratowi i jednym tchem wzywa wszystkich Amerykanów, a więc także swój elektorat do aktywnego wsparcia byłego rywala w imię jedności narodowej. Nawołuje zawsze do zjednoczenia się wszystkich obywateli wokół gwiaździstego sztandaru i lojalności wobec nowego prezydenta-elekta..
Parafrazując slogan kampanijny Jarosława K.: „Bo Ameryka jest najważniejsza”.
To jest też koniec obrzucania błotem człowieka, który w tym momencie stał się przyszłą głową państwa – Prezydentem Elektem.
To amerykański standard.
U nas po ogłoszeniu wyników Jarosław K. i jego pretorianie natychmiast przystąpili do bezpardonowej walki z legalnie wybranym prezydentem RP, (lekceważąc tym samym decyzje wyborcze 9 milionów głosujących Polaków), wykorzystując wszystko co nawinie się pod rękę. „Osiągniemy jedność, gdy pozbędziemy się wrogów” - to ich ideologia powyborcza.
A metody realizacji tej ideologii: eksploatować różnice poglądów obywateli, pogłębiać je, wprowadzać atmosferę zagrożenia suwerenności Polski. Nie wahać się przed nazywaniem przywódców kraju zdrajcami, sprzedawczykami, Żydami, liberałami, libertynami, Judaszami itd. Organizować prowokacje – tak jak w Ossowie, byle tylko zostało to nagłośnione medialnie. Głosić wszędzie hasła patriotyczne i obrony rzekomo zagrożonej religii.
Będąc, tradycyjnie już, skrajnie oportunistyczną partią (dawne sojusze z Samoobroną, LPRem), popierają wszystkich, którzy tylko wydadzą się być aktualnie w opozycji do PO i prezydenta, w myśl hasła: „wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem”. Mogą to być również „krzyżowcy” - fanatycy, frustraci czy ludzie przegrani, których były prezydent „spieprzaj dziadu” potraktowałby z lekceważeniem. JK jednak, sam będąc przegranym frustratem, widzi w nich bratnie dusze w walce z rządem, w celu destabilizacji państwa, które jest „nie ich”.
Jestem pewien, że takie postępowanie Jarosława K., Melchior Wańkowicz nazwałby kundlizmem *. A PIS sektą polityczną z charyzmatycznym fuehrerem.
Jako, że od 1989 roku, moda na USA przyjęła się i ugruntowała u nas w tak wielu dziedzinach życia, warto aby politycy PISu skorzystali z przykładu patriotycznej powyborczej postawy liderów tej kolebki demokracji. W myśl tytułowego hasła tego wpisu: USA - Przyjaźń Pomoc Przykład.
Ale czy to w ogóle możliwe ?
__________________________________________________________
* dla młodzieży: Melchior Wańkowicz (1892-1974) ukuł w swoim czasie określenie kundlizmu. Kundlizm jest przeciwieństwem szlachetności. Jest zaprzeczeniem szczerości, autentyzmu, bezinteresowności. Można się skundlić, mówi porzekadło. Można, ale zawsze ze stratą. Stratą twarzy, wiarygodności, zaufania. Kundlizm występuje tam, gdzie przedkłada się własne interesy kosztem innych. Kosztem godności innych, ale też godności własnej.
Szczególnie gdy obserwuję przed- i powyborczy krajobraz polityczny i społeczny nad Wisłą.
I porównuję go z tym w USA.
Przypomnijmy sobie jak zażarta jest walka w Stanach o nominację na kandydata w ramach partii politycznych. Już dużo wcześniej zakładane są „teczki” na każdego potencjalnego rywala przez rywalizujące strony. Zbierane są skrzętnie wszelkie informacje, „haki”, które mogą posłużyć w dalszej kampanii w celu zohydzenia wizerunku przeciwnika. Wszystkie chwyty są dozwolone, pełna „wolnoamerykanka”. Bardzo duże znaczenie mają informacje o obyczajowych „wykroczeniach”, takich jak korzystanie z usług seksualnych, oczywiście pozamałżeńskich. Może kandydat uchodzący za wzór głowy rodziny, bije żonę, miał, nawet wiele lat temu, za sobą jakiś skandalik, może kiedyś był gejem, może jego firma, lub partia finansowała jego rozrywkowe eskapady, może syn lub córka są uzależnieni od dragów, lub alkoholu. Może wykorzystywał policję do wyszukiwania mu „dziewcząt” podczas poprzednich kampanii. Te i podobne informacje są na wagę złota przy walce o nominację partyjną. Oraz oczywiście w finalnej walce kandydatów partii do fotela.
Zwykle, w ramach obrzucania się błotem, jako mudslinger, czyli „obrzucacz błotem” występuje jakiś mało znany gościu, który wyraża swoje szczere oburzenie, że pewien obrzydliwy incydent miał miejsce w życiorysie kandydata, co rzekomo dyskwalifikuje go jako potencjalnego prezydenta.
Mile widziane przez rywali są oczywiście sympatyczne panie, które nagle przypomniały sobie o kandydacie, który kiedyś korzystając z okazji, nastawał skutecznie na ich cześć, realizując swoje posłannictwo biologiczne w ramach walki ze stresem.
W tym kontekście przykład „dziadka z Wehrmachtu” prezesa Tuska, to (chociaż nie z tych wyborów) jakby pieszczota posła Kurskiego – naszego czołowego polskiego „mudslingera” i Europosła w jednym. Chociaż z tego samego błotnistego sortu, co ten amerykański.
Do momentu wyboru prezydenta, w USA i Polsce obowiązują więc podobne standardy moralno-etyczne, polegające na zohydzaniu przeciwnej partii, przywódcy, czy kandydata. Czy to dobre standardy, czy złe – to kwestia subiektywnej oceny każdego z nas.
Fundamentalna różnica między naszymi krajami występuje dopiero w okresie powyborczym.
I tak, w USA przegrany kandydat po ogłoszeniu wyników, składa gratulacje prezydentowi-elektowi, dziękuje swojemu sztabowi i elektoratowi i jednym tchem wzywa wszystkich Amerykanów, a więc także swój elektorat do aktywnego wsparcia byłego rywala w imię jedności narodowej. Nawołuje zawsze do zjednoczenia się wszystkich obywateli wokół gwiaździstego sztandaru i lojalności wobec nowego prezydenta-elekta..
Parafrazując slogan kampanijny Jarosława K.: „Bo Ameryka jest najważniejsza”.
To jest też koniec obrzucania błotem człowieka, który w tym momencie stał się przyszłą głową państwa – Prezydentem Elektem.
To amerykański standard.
U nas po ogłoszeniu wyników Jarosław K. i jego pretorianie natychmiast przystąpili do bezpardonowej walki z legalnie wybranym prezydentem RP, (lekceważąc tym samym decyzje wyborcze 9 milionów głosujących Polaków), wykorzystując wszystko co nawinie się pod rękę. „Osiągniemy jedność, gdy pozbędziemy się wrogów” - to ich ideologia powyborcza.
A metody realizacji tej ideologii: eksploatować różnice poglądów obywateli, pogłębiać je, wprowadzać atmosferę zagrożenia suwerenności Polski. Nie wahać się przed nazywaniem przywódców kraju zdrajcami, sprzedawczykami, Żydami, liberałami, libertynami, Judaszami itd. Organizować prowokacje – tak jak w Ossowie, byle tylko zostało to nagłośnione medialnie. Głosić wszędzie hasła patriotyczne i obrony rzekomo zagrożonej religii.
Będąc, tradycyjnie już, skrajnie oportunistyczną partią (dawne sojusze z Samoobroną, LPRem), popierają wszystkich, którzy tylko wydadzą się być aktualnie w opozycji do PO i prezydenta, w myśl hasła: „wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem”. Mogą to być również „krzyżowcy” - fanatycy, frustraci czy ludzie przegrani, których były prezydent „spieprzaj dziadu” potraktowałby z lekceważeniem. JK jednak, sam będąc przegranym frustratem, widzi w nich bratnie dusze w walce z rządem, w celu destabilizacji państwa, które jest „nie ich”.
Jestem pewien, że takie postępowanie Jarosława K., Melchior Wańkowicz nazwałby kundlizmem *. A PIS sektą polityczną z charyzmatycznym fuehrerem.
Jako, że od 1989 roku, moda na USA przyjęła się i ugruntowała u nas w tak wielu dziedzinach życia, warto aby politycy PISu skorzystali z przykładu patriotycznej powyborczej postawy liderów tej kolebki demokracji. W myśl tytułowego hasła tego wpisu: USA - Przyjaźń Pomoc Przykład.
Ale czy to w ogóle możliwe ?
__________________________________________________________
* dla młodzieży: Melchior Wańkowicz (1892-1974) ukuł w swoim czasie określenie kundlizmu. Kundlizm jest przeciwieństwem szlachetności. Jest zaprzeczeniem szczerości, autentyzmu, bezinteresowności. Można się skundlić, mówi porzekadło. Można, ale zawsze ze stratą. Stratą twarzy, wiarygodności, zaufania. Kundlizm występuje tam, gdzie przedkłada się własne interesy kosztem innych. Kosztem godności innych, ale też godności własnej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)