środa, 24 czerwca 2015

Po wyborach, przed wyborami


Nikogo nie dziwi to, że pozostały jeszcze czas przed wyborami, jest czasem poświęconym na wzmożoną aktywność wszystkich sił politycznych. Główni kandydaci do władzy, czyli PiS i PO kontynuują wzajemne obrzucanie się błotem z jedną wyraźną różnicą: PO to teraz partia smutnych i zestresowanych twarzy, a przedstawiciele PiSu i sojusznicy, to twarze zrelaksowane i pewne siebie.

Nie jest też nienaturalne, że powoli do zachowań medialnych tych ostatnich wdziera się triumfalizm i pouczanie rywali. Jeszcze oficjalnie nie rządzą, ale już najchętniej widzieliby dymisję rządu w całości, lub przynajmniej wyhamowanie jego aktywności. Po długiej serii przegrywanych wyborów, reprezentanci PiSu przebierają niecierpliwie nogami, aby już, jak najszybciej, zdominować parlament i rząd.

Ta niecierpliwość przypomina mi uroczystości pogrzebowe po śmierci JP2, gdy na licznych transparentach członków polskich wycieczek widniało hasło-wezwanie: Santo Subito !
Tak, jakby nie należało spokojnie poczekać na przeprowadzenie niezbędnych procedur, poprzedzających kanonizację.

W ogóle obecna scena polityczna jest pełna wielkiej aktywności i nerwowych ruchów, których przez lata Polacy nie widzieli. Jedni kreślą już konkretne plany działania po wygranych przez siebie wyborach (PiS), inni z poważnymi twarzami zapowiadają wielkie zmiany, których ich ludzie nie zdążą już dokonać w okresie przedwyborczym (PO).

Jeszcze inni, tzw. umownie lewica, dąży rozpaczliwie do zjednoczenia bardzo rozproszonych sił, gdyż w przypadku niepomyślnego dla nich wyniku referendum w sprawie JOWów, będzie w dużej mierze zmuszona do wizyt w „pośredniaku”, bo Sejm należeć będzie do 2-3 głównych partii.

Myślę, że Kukiza czeka większy sukces na scenie rockowej, niż w polityce. Jeszcze jest idolem młodych gniewnych i sfrustrowanych, ale to za mało, aby odegrać wiodącą rolę w krajowej polityce. Może próbować podczepić się pod PiS, ale wtedy będzie tylko przystawką do obiadu Jarosława Wielkiego.

I na tym tle pojawia się nowa polska „gwiazda” krajobrazu politycznego – pan Stonoga Zbigniew. Dżentelmen ten przykuwa uwagę polityków i mediów, gdyż poza upublicznieniem dużej części podsłuchów – zapowiada następne, podobno rewelacyjne nagrania. Te następne właśnie podsycają tylko napięcie smakoszy dań znanej restauracji, którzy z pewnością robią teraz intensywny rachunek sumienia.

Kiedy, z kim i co jadłem ? Jak zapłacono za potrawy i trunki ? O czym była rozmowa, czy była ozdobiona licznymi wyrazami na k, p, ch itd. ?
Przywołuje to pamięć o dawnych wyborach prezydenckich, ze słynną tajemniczą czarną teczką Tymińskiego, zawierającą rzekome „kwity” obciążające Wałęsę. Ot, taki żałosny folklor polski.

Platforma sprzed jeszcze kilku miesięcy, zupełnie nie przypomina tej obecnej. Zapowiadał się prawdopodobny podwójny triumf i dominacja sceny politycznej na następne 5 i 4 lata.
Czy się stoi, czy się leży, trzecia kadencja się należy.

Zbytnia pewność siebie i nonszalancja zrodziła tym większą klęskę. Los zawsze w końcu karze pyszałków. Obecne ADHD ustawodawcze Platformy, tym mocniej pokazuje, czego nie zrobiono przez długie osiem lat rządzenia. Nawet „ciemny lud” rozumie, że tzw. „warszawka” wykonuje teraz rozpaczliwe ruchy, aby zachować dotychczasowe standardy życiowe i wpływy.

Premier Kopacz stara się pokazać społeczeństwu jako prawdziwy i dynamiczny lider (którym niestety nie jest), ale nawet teraz widać, że nie ma również szczęścia do ludzi.

Dzisiejszy wybór nowego rzecznika rządu, Cezarego Tomczyka, człowieka mało znanego, to niekoniecznie dobra decyzja, gdyż jest to ważna funkcja, wymagająca dużej zręczności i doświadczenia politycznego, którego Tomczykowi brak, a czasu na naukę do jesieni mało. Spełnia natomiast kryterium młodego wieku, 31, które to kryterium premier Kopacz uznała za niezbędne w ramach od niedawna obowiązującej w PO zasady: „zielone światło dla młodych !”.

Poprzednia rzeczniczka, pani Sulik – to klęska osobista pani premier.

Nowy „zasób ludzki” - prof. Zębala zaczął od razu pechowo, przez aroganckie ostrzeżenie pielęgniarek. Jeszcze nie zaczął rządzić resortem, a już on i premier musieli się tłumaczyć, że nie o to chodziło, co powiedział.

Jeżeli zdamy sobie sprawę, że przez 8 lat rządzenia PO pozbyło się 15 ministrów, to widać jak na dłoni, że mimo posiadania w swoich szeregach licznego grona ludzi błyskotliwych, znanych, wykształconych i obytych w świecie, partia ta nie ma właściwej polityki personalnej.

Wina Tuska ?
Tak, jego i od niedawna Kopacz.

Tusk, niby z jednej strony zręczny wyjadacz polityczny, a wyznawał staroświeckie metody rządzenia partią – nie dopuszczamy zdolnych i młodych, bo nas wygryzą, a bardziej niezależnych wywalamy lub degradujemy.

Nowoczesny i dobry lider tak kieruje polityką personalną, że gdyby np. zachorował, lub awansował, jak Tusk, organizacja, którą dowodzi, funkcjonować będzie z nowym silnym przywódcą bez wstrząsów i kryzysów dalej.

Tylko anachroniczny model przywódcy, obarczonego poczuciem insecurity, każe strzec swojego stanowiska jak twierdzy i nie przewiduje „wychowania” silnego następcy, który zapewni, w razie czego, smooth transition of power.
Obecne ruchy premier Kopacz, to too little, too late, czyli że jest już raczej pozamiatane.

Na tym tle PiS wypada nieźle jako partia. Osoby kontrowersyjne schowane, na wierzchu młodzi, a wokół partie sojusznicze, których członkowie ścielą się jak dywan u podnóża tronu Prezesa, licząc na łaskawość i dobre miejsca na listach wyborczych, czyli w perspektywie wygranych wyborów - „przy korycie”. Trudno odmówić Prezesowi talentu politycznego. Nie trzeba go lubić, aby go doceniać.

Ma on teraz, po raz pierwszy, bardzo ułatwione zadanie. Kampanię wyborczą robią mu kolejne, mniejsze lub większe, wpadki PO. Jeżeli natomiast PO w tym krótkim okresie przedwyborczym zanotuje jakieś sukcesy, to powstanie pytanie: dlaczego dopiero groźba odsunięcia od władzy wymusza na tej partii pozytywne dla społeczeństwa decyzje ?

Egzemplifikacja sytuacji typu „Catch 22” - cokolwiek zrobisz obróci się przeciw tobie.

Upraszczając – wniosek do zapamiętania z całego powyższego tekstu jest jeden: nonszalancja jest przyjaciółką klęski !








piątek, 22 maja 2015

Wybory, po drugiej debacie


Uff, koniec walki o Pałac Prezydencki.
Druga debata, poza kilkoma nowymi wątkami merytorycznymi, była powtórką z poprzedniej.
Jeżeli zaś chodzi o mowę ciała, to Komorowski zachowywał się podobnie jak w pierwszej: był opanowany, elegancki, zdecydowany i brzmiał prawdziwie. Jego oszczędnie dozowane gestykulacje nigdy nie były nerwowe.
Zarzucać mu merytoryczny oportunizm kampanijny oczywiście można, ale ten sam zarzut trzeba postawić i Dudzie.

Merytorycznie, Duda sprytnie unikał odpowiedzi, np. na pytanie o komentarz co do opinii prof. Pawłowicz o fladze unijnej (szmata), co do opinii prof. Szczerskiego (Polska powinna być republiką wyznaniową, biskupi do senatu itd.) i w paru innych sprawach, ale i Komorowski odpowiedział kilka razy tak, jak mu było wygodnie.

Co rzucało się w oczy, to zmiana postawy Dudy (wyraźny wpływ Jacka Kurskiego) na dużo agresywniejszą i napastliwą. Mnie to się nie podobało, bo przypominało mówcę – krzykacza wiecowego, który mówi głośno i bardzo szybko, aby zapamiętać głównie jego zdecydowanie i energię, a nie zauważać jego uników merytorycznych. Duda był tak pobudzony, że chwilami wydawało się, że jest na dopalaczu.
Aby podkreślić ważne, według niego, kwestie, odwracał głowę w kierunku kamery (to akurat dobry chwyt), aby sprawiać wrażenie, że mówi właśnie do ciebie.

Który z kandydatów mnie przekonał ? Chyba tak jak u większości Polaków, ta debata nie zmieniła mojego stosunku do obydwu panów.

Wybrałem już dawno, a pierwsza i druga debata potwierdziła mój wybór. Zaciskając lekko szczęki z powodu braku pełnej satysfakcji z dotychczasowej aktywności Prezydenta, zagłosuję zdecydowanie na niego.

Kandydat Duda nie wydaje mi się prawdziwy, ani niezależny. Jego obietnice są tak liczne i kosztowne, że niemożliwe do spełnienia i on to musi wiedzieć. W bezpardonowej walce o sukces wyborczy sfrustrowanej partii, a szczególnie Prezesa, jasne jest, że musiał obiecywać wszystko.
Jak mówił przy innej okazji w TOK FM kampanijny mentor Dudy, Jacek Kurski: „To lipa, ale jedziemy w to, bo ciemny lud uwierzy".

Wiele lat stałej PISowskiej propagandy antyrządowej, według której Polska, wbrew opiniom zachodnich ośrodków opiniotwórczych, kół finansowych i zachodnich mediów, jest na politycznym i gospodarczym dnie, dało wymierny rezultat w postaci rosnących słupków popularności konkurencji politycznej, szczególnie wśród młodych. Również wśród naiwnych, takich jak ci, którzy powierzyli swoje, często duże pieniądze oszustom typu Amber Gold, SKOKom i innym firmom, które bogacą się obiecując rodakom to, czego wiedzą, że nie będą w stanie spełnić.

W „ostatnim słowie” debaty Duda stwierdził, że będzie prezydentem dialogu.
Chyba ze swoim Prezesem. I jestem pewien, że Prezes go „ubogaci” swoimi ciekawymi pomysłami.

Aby na koniec uspokoić atmosferę przedwyborczą, wiersz Wojciecha Młynarskiego:

Nie jestem już żaden smarkacz,
Łeb mam pokryty siwizną.
Nie zagłosuję na Dudę
Bo zbyt cię kocham Ojczyzno!
Skąd wiem, że wybór niedobry?
Nie wierzę w zmianę oblicza
Nie chcę powrotu Ziobry,
I teczek Macierewicza.
Na Dudę nie oddam głosu!
Pamiętam, Jarka premierem,
I kpiny z demokracji
I koalicję z Lepperem.
Nie chcę mieć znów premiera
Co straszy Ruskiem i Żydem
Co ciągle dzieli Polaków
I może zaszczuć jak Blidę.
Za kłamstwa i pomówienia,
Prawdę, mgłą sztuczną okrytą
Za skłócanie rodaków
Za IV Rzeczpospolitą.
Za "Tusk ma krew na rękach",
A memu Bratu Chwała!
Za wrzaski nad trumnami
I nogę generała!
Za propagandę, która nie łączy, lecz dzieli.
Za żądania pomników z kieszeni obywateli!
Za marsze z pochodniami,
Jazdę "po trupach do celu",
Za negowanie wyborów
I PROFANACJĘ WAWELU!!!!
Dziś w duszy mej zakamarkach
Odkrywam decyzji sedno:
Nie chce powrotu PiS-u,
Bo nie jest mi wszystko jedno!




środa, 20 maja 2015

Wybory, przed ostatnim starciem


Jak przebiegło to pierwsze ?

Dużą niespodzianką była dynamiczna postawa Prezydenta, która mogła się podobać. Kandydat Duda był wyraźnie nią zaskoczony i widać to było po jego zachowaniu, wyrazie twarzy, mimice. Nie emanował pewnością siebie, tak jak na spotkaniach z przyjaznymi sobie grupami wyborców, które witały go na licznych, wyreżyserowanych przez lokalnych działaczy PIS, mitingach.

Był Duda tez nie najlepiej przygotowany merytorycznie przez swój sztab. Zagranie Jedwabnem było chyba największym taktycznym błędem.

Ogólnie nasuwa mi się taka refleksja. Znany znawca duszy ludzkiej, Adolf Hitler, w „Mein Kampf”, napisał, że najskuteczniejszą motywacją do działania człowieka jest strach. Nawet nie chęć zysku, czy władzy, ale właśnie strach. W przypadku Prezydenta i jego sztabu to się akurat sprawdza. Strach przed ostateczną wyborczą klęską, spowodowaną swoją biernością i do niedawna nonszalancją, dał mu mocny zastrzyk adrenaliny. Zobaczyliśmy innego Komorowskiego, niż tego, do którego przyzwyczaił nas podczas swoich wywiadów, np. w TVN24.

Adrenalina u Prezydenta leje się na ostatnim etapie kampanii strumieniami. Ilość przygotowywanych w ostatnich dniach aktów prawnych, których adresatem ma być Sejm, zdumiewa nawet jego zwolenników. Lepiej późno, niż wcale, ale wielu nowych wyborców mu to nie przysporzy, bo widać, że główną motywacją u niego jest strach przed porażką i gwałtowna chęć pozyskania „kukizowców”.

Zresztą zgłaszać liczne inicjatywy Prezydent może teraz swobodnie. I tak nic one nie znaczą bez aprobaty rządu, a na to jest przed 24-tym maja raczej za późno...

Timing zgłoszenia deklaracji o wieku emerytalnym, to też czysty oportunizm.

I jak to wszystko pogodzić z głoszoną przez PO opinią, że Prezydent jest przewidywalny ?

Strach przed ewentualną klęską dotyczy obecnie również Dudy. Nawet bardziej niż Komorowskiego, bo ten już od 5 lat rezyduje w Pałacu. Natomiast Duda niesie na swoich plecach wszystkie nadzieje Prezesa-promotora i jego ugrupowania, które przez lata ponosiło bolesne porażki wyborcze i głodne jest sukcesu jak nigdy dotąd. 

Obecnie, po dołączeniu do sztabu Dudy Jacka Kurskiego, z pewnością Prezydent musi się liczyć z bardziej aktywną i agresywną postawą konkurenta. W nadchodzącej debacie myślę, że wszystkie chwyty będą dozwolone, ponieważ żaden z kandydatów do Pałacu nie ma już niczego do stracenia.
Istotne będzie, czy któryś z nich przekroczy mocno granice dobrego smaku, czy da się porwać swojemu temperamentowi, czy właściwie opanuje dynamikę swoich wypowiedzi, aby pokazać Polakom, że jest jednocześnie sympatyczny, energiczny, prawdziwy, ale też i skuteczny w parowaniu ciosów przeciwnika i kontrowaniu go.

Jak zareaguje każdy z nich na argumenty-niespodzianki drugiej strony, nad którymi pracują intensywnie oba sztaby ?

Innymi słowy, w drugiej debacie, mowa ciała finiszujących pretendentów przekona ostatecznie dotychczas niezdecydowanych.

Wątków merytorycznych oczywiście będzie wiele.

Komorowski musi zaatakować ponownie m.in. szczodre i beztrosko rzucane obietnice wyborcze Dudy. Obietnice rzucane na zasadzie: „Nikt wam nie da tyle, ile ja wam mogę obiecać”.

Wiadomo jednak, że gdyby w przyszłości dawni wyborcy Prezydenta Dudy mieli pretensje co do niezrealizowanych „ambitnych” obietnic, łatwo mu będzie wytłumaczyć się, iż są one planowane na dłuższą perspektywę czasową, lub zwalić swoje niepowodzenia na brak współpracy innych partii w Sejmie.

A tak na marginesie nadchodzącej drugiej debaty: Strach przed ostateczną klęską formacji post-PZPR-owskiej nakazał Millerowi polecenie członkom swojej partii głosowania na Dudę w niedzielnych wyborach. Liczy na ewentualny sojusz z PISem, który uchroniłby go (i malejącą gromadkę członków) przed zniknięciem ze sceny politycznej na lata.

Już Prezes wskaże mu w odpowiednim czasie miejsce, na którym by go widział.






środa, 13 maja 2015

Wybory, po pierwszej turze


Mimo licznych sondaży, wyniki pierwszej tury wyborów zaskoczyły wszystkich, a szczególnie tych wybieranych. Kandydat Duda cieszył się niezmiernie i to jest całkowicie zrozumiałe - jego wynik świetnie rokuje na drugą turę. Kandydat Komorowski był niepocieszony i zatroskany – jego ewentualny sukces 24 maja jest średnio prawdopodobny.

Dlaczego ?

Dlatego, że pierwsza tura wyraźnie pokazała dominujące nastroje obywateli – większość społeczeństwa chce zmian. Jakich konkretnie ? Tego dokładnie nie wie nikt. To co jest pewne, to to, że obecny lider nie zyskuje na popularności, on ją systematycznie traci.

Dla mnie liczy się najbardziej trend, a ten jest u Prezydenta stale spadkowy.

Dlaczego ?

W okresie długich rządów PO, wyrosło i dorosło nowe pokolenie wyborców: młodzież. Młodzież, w przeciwieństwie do starszych, nie cieszy się już bezkrytycznie z postępujących sukcesów gospodarczych Polski, jej bezdyskusyjnie rosnącej pozycji ekonomicznej w Europie i na świecie, z jej prestiżu międzynarodowego. Z tego, że prasa krajów zdecydowanie rozwiniętych stawia Polskę za przykład – jak skutecznie przeciwdziałać wpływowi światowego kryzysu gospodarczego. Młodzież nie wpada w zachwyt porównując obecną Polskę z PRLem, który zna tylko z filmów.

Podróżując po całym świecie (kogo na to stać) i po Europie (prawie masowo) porównują młodzi warunki życia tam, do tych w Polsce, i wytykają rządzącym Polską od 8 lat, że gdzie indziej jest lepiej i że łatwiej tam żyć i rozmnażać się. Dlatego, młodsi Polacy nie będą już zachwycać się naszą w bólach rodzącą się siecią płatnych autostrad, pełnymi towarów hipermarketami, pięknymi stadionami, Pendolino itp. Oni wytykają rządzącym brak tworzenia perspektyw rozwoju osobistego dla wykształconych, emigrujących nie tylko za chlebem, ale za realizacją swoich młodzieńczych marzeń o rozwoju osobistym i godnym życiu.

Jednocześnie młodzi ludzie, są energiczni, krytyczni i niecierpliwi, nie chcą czekać na dziadowską emeryturę w naiwnej wierze, że rządzący „pochylają się” nad rozwiązywaniem ich codziennych problemów bytowych. Młodzi ludzie, (zawsze tak było), a szczególnie pokolenie millenials, rozpoznają szybko fałsz i zakłamanie, a jeżeli jeszcze okraszone cynizmem i arogancją (symboliczne dla władzy dialogi z restauracji „Sowa & Przyjaciele", zegarki narcyza Nowaka itp.), to rządzący mają na długo przesrane.

A nasz ukochany Prezydent wywodzi się w prostej linii z PO i nie wykazał się podczas swojej kadencji znaczącymi inicjatywami, które by wyróżniały go z tej próżniaczej klasy. Nie odciął się, nie dystansował się, nie zaistniał, energicznie i wyraźnie. Cieszy się wciąż sporym zaufaniem, ale jak widać, to już nie wystarcza dzisiejszym Polakom do ponownego wybrania Go w pierwszej turze.

Zagłosują na niego w drugiej ci Polacy, którzy chcą spokojnie przeżyć swoją druga połowę życia, mając w Pałacu człowieka wprawdzie nudnego i mało dynamicznego, ale przewidywalnego i niekontrowersyjnego.

To wcale nie znaczy, że Duda jest mężem opatrznościowym tego skołatanego konfliktami społeczeństwa. Przerażenie może budzić wachlarz nazwisk PISowców, którzy mogliby w wyniku jesiennych wyborów parlamentarnych objąć kluczowe stanowiska w państwie, ale ta perspektywa jest chwilowo nieco odległa i nie uruchamia u wielu wyborców wyobraźni, czy też pamięci o IV RP.

Wizja Macierewicza, Brudzińskiego, Kurskiego, Szczerskiego, Fotygi, Pawłowicz i innych „gwiazd” partii prawdziwych Polaków na decyzyjnych stanowiskach w państwie, raczej jednak nie powinna budzić entuzjazmu większości.

Sam Duda, gdyby nie był z PIS Kaczyńskiego, byłby do zaakceptowania: młody, energiczny, ambitny, facet na politycznej linii wznoszącej, typowy young executive on his way up, posiadający prawdopodobnie spory potencjał. Jednak wielki ogon w postaci PISu nie pozwala na entuzjastyczne powitanie go w Pałacu. A fakt, że został nagle, nieznany, trzy miesiące temu wyjęty z kapelusza przez Prezesa-hegemona nie powinien budzić nadmiernego zaufania.

PO zaś,niestety, popełniała liczne grzechy wynikające z zasiedzenia: grzechy wygodnictwa, próżności, megalomanii, arogancji. To dodatkowo osłabiło wizerunek obecnego gospodarza Pałacu. Sposób bycia ma on jednak sympatyczny, chociaż często zachowuje się jak słoń w składzie porcelany, jest czasem nieporadny i jak mawiał nieodżałowany Jerzy Dobrowolski - „niestety uwierzył w siebie”, czyli że Naród go kocha i że nikt mu, póki co, nie podskoczy.

Najlepszy dowód na to, że Naród ma dosyć zasiedziałych arogantów, to sukces Kukiza. Jego główny, z powodzeniem głoszony przekaz (pomijam celowo wałkowane na okrągło w mediach, chociaż z gruntu bezsensowne w praktyce JOWy), to żądanie zmian. Ja to rozumiem. W skostniałych i źle zarządzanych korporacjach też rozlega się to hasło. Zmiany kojarzymy ze świeżością, nowym ładunkiem energii, nowymi pomysłami i nowym podejściem, nowymi ludźmi, dążącymi do sukcesu firmy, czy państwa. W nadziei, że ostateczny sukces stanie się również ich osobistym sukcesem. Dlatego już teraz moralnym zwycięzcą wyścigu do Pałacu jest Kukiz.

Pozostali dzisiaj na placu boju dwaj „rycerze” reprezentują partie konserwy i rutyny: jeden - narodowo-kościelnej, drugi - liberalnej.

Debaty telewizyjne dadzą widzom niezafałszowany obraz zachowań dwóch facetów. Ich mowa ciała zadecyduje o tym, który zwycięży. Atrakcyjna mowa ciała, to najważniejszy argument w dyskusji.

To widzowie zapamiętają znacznie dłużej, niż spory merytoryczne obu stron i analizy konkretnych problemów. Mowa ciała to obraz duszy. Kto na tym polu będzie gorszy - ostatecznie „da ciała”.

Dokonywany dzisiaj przez obydwu panów na bieżąco update swoich priorytetów, bazowany na priorytetach Kukiza, to już tylko ostatnia próba podlizania się wyborcom przed debatami. Moim zdaniem żałosna i przeciwskuteczna.

Co do miłej kandydatki SLD, która, (chociaż trudno to pojąć), zgodziła się zostać kandydatką SLD pod warunkiem, że będzie kandydatką niezależną - protegowanej tow. Millera - można powiedzieć delikatnie, że sukces wyborczy ją ominął. W karierze tow. Leszka M. i w dziejach SLD odegrała, na jego życzenie, rolę konia trojańskiego. Podzieliła partię, zniszczyła wizerunek swego promotora i zrealizowała ostrzeżenie pewnego członka SLD, który w trakcie kampanii, wypowiedział niejako prorocze, chociaż mało eleganckie, słowa: „ten upiorny szkielet doprowadzi go kiedyś do upadku”.






środa, 11 lutego 2015

Zmarnowany czas na pielgrzymki



Ostatnio nasilił się bardzo ruch pielgrzymkowy: Pani Merkel z panem Hollande do Moskwy, ale z dwoma stopoverami – w Warszawie (krótko) i w Kijowie (dłużej). W Moskwie czas na 5 godzinną modlitwę na Kremlu, noclegi i powroty do swoich ojczyzn.
Następnie pani Merkel do pana Obamy, potem do pana Harpera i z powrotem do swojej bazy w Berlinie.

Obecna wycieczka zbiorowa do Mińska ma stanowić ukoronowanie ostatniego sezonu pielgrzymkowego. Odbywa się w sytuacji, kiedy pan Putin nie ma żadnego interesu, żeby wygaszać swoją pełzającą inwazję. Odwrotnie – właśnie teraz zarządził ćwiczenia wojskowe z użyciem sił powietrznych przy granicy z Ukrainą. A na ziemi dudnią działa i latają rakiety.

Zdjęcia z nieprzytulnej, „katedralnej” sali konferencyjnej w Mińsku pokazują bezsensownych rozmiarów wielki stół, gdzie każdy siedzi w dużej odległości od drugiego. Pokazują też mowę ciała pana Putina, bardzo wyraźnie olewającego całe to przybyłe rozmodlone grono.

Inicjatorka spotkań, miła pani Merkel, postępuje jak kobieta, która wciąż wierzy, że pan P. się zmieni, chociaż nigdy w przeszłości nie dotrzymywał danego słowa, danego nawet na piśmie przy świadkach...
Zarzeka się pani Merkel, że w stosunku do pana P. nigdy nie użyje przemocy (czytaj: broni), co najwyżej środków taktownej perswazji. Śmiechu warte.

Takie postępowanie nie sprawdza się zarówno w życiu osobistym, jak i w stosunkach międzynarodowych. Kontynuowane zaś, zwiększa tylko frustrację i upokorzenie jednej strony, a pobłażliwe lekceważenie drugiej.

Tyle „wspaniałych” metafor.

Brutalna prawda jest taka, że Putin traktuje od dawna cały Zachód jak grupę podstarzałych i zamożnych impotentów, którzy dążą do zdyscyplinowania go, grożąc mu drżącym palcem wskazującym. Zastosowane sankcje oczywiście szkodzą, z jednej strony, gospodarczo Rosji, ale z drugiej jedynie wzmacniają w tym narodzie poczucie „oblężonej twierdzy”. Naród rosyjski poradzi sobie w dużo gorszej od obecnej, sytuacji. To, czym dla życia „człowieka zachodniego” jest survival trip, dla Rosjanina z interioru jest codziennością.

Powodem i praprzyczyną mnóstwa popełnianych przez Zachód błędów taktycznych, jest niezrozumienie od wielu lat intencji Putina, ale też i niezrozumienie „duszy” rosyjskiego narodu.
Niezrozumienie przez Zachód Rosji i Putina jest takie samo, jak niezrozumienie przez USA krajów arabskich i ich wewnętrznych odmienności, polegających na innych, nazwijmy to „subreligiach” w ramach Islamu, czy ich historii chociażby w ostatnich stu latach.

Zza biurek w Białym Domu, czy w Pentagonie podejmowane są decyzje, które z jednej strony mają potężne reperkusje na całym świecie i dla samych Stanów, a z drugiej pokazują jak bardzo intencje i spodziewania decydentów, rozmijają się z rzeczywistością. Wystarczy przypomnieć sobie proces propagandowego przygotowywania opinii publicznej świata, przez prezydenta George W. Busha i jego drużynę, do agresji na Irak.

Ile popełniono wtedy głupot, ile wyprodukowano prymitywnych fałszerstw, aby uzasadnić konieczność inwazji w 2003 roku. Spodziewano się przecież błyskawicznego triumfu, który zresztą sam radosny i pozbawiony wyobraźni prezydent ogłosił już w maju tegoż roku (Mission Accomplished !)... Powinien był raczej wykrzyknąć: Otworzyłem puszkę Pandory !

(Dysponował on informacjami m.in. z CIA , mającej wtedy roczny budżet w wysokości 45 mld $. Czy były to pieniądze dobrze wydane ?)

Powstanie i rozkwit ISIS mają przecież korzenie w tamtej inwazji.

Obecne postępowanie całego Zachodu w stosunku do Putina też opiera się na niezrozumieniu narodu rosyjskiego i jego charyzmatycznego przywódcy. Pielgrzymki Mamy Merkel po świecie w intencji nawrócenia Grzesznika, potęgują jedynie wrażenie słabości i strachu przed możliwością poważniejszego konfliktu.

Życiowa misja Putina to osiągnięcie przez Rosję uznawanego na całym świecie statusu wielkiego mocarstwa na równi ze Stanami. Mocarstwa, które samo potrafi ustanowić swoją strefę wpływów w Europie.

Ukraina właśnie leży w tej strefie.

Powszechnie u nas w Polsce, ale nie tylko tu, panuje Schadenfreude, że „Ruscy” dostają gospodarczo po dupie i że może ich to nauczy, aby licząc się z Zachodem, z czasem wycofać się z Donbasu, a może i z Krymu. Takie senne marzenia kastrata o orgazmie.

Rosyjski naród nigdy nie był rozpieszczany przez historię i swoich ponurych, a okrutnych, przywódców. Sankcje nie mają większego znaczenia dla przeciętnego obywatela. Pewne niewygody, czy drożyzna, zwiększają jedynie niechęć do Zachodu, ale nie spowodują żadnej rewolucji, czy marszy głodowych. Poziom życia Rosjan, w ich odczuciu, nigdy nie był tak wysoki i wciąż rośnie. Właśnie za Putina.

Demokracji w naszym rozumieniu nie potrzebują ! Ani wolnych mediów !

Potrzebują i zawsze potrzebowali silnego przywódcy, budzącego strach. Szczególnie za granicą. I takiego właśnie mają.

Rosjanie nie wyzbyli się schematów myślowych rodem z komunizmu. Jak za dawnych czasów piszą skargi do Putina o pomoc w dramatycznych dla siebie sytuacjach, powierzając swoje dramaty Wielkiemu Przywódcy, który od czasu do czasu, w obecności swoich mediów ustawia bezdusznych lokalnych oligarchów „do pionu”. Prezydent – przewodnik i opiekun narodu.

Rosjanom wraca poczucie dumy narodowej, które stracili po upadku Komuny i imperium.

Cieszą się ze zdobycia Krymu przez Putina, praktycznie bez ofiar w ludziach. Porównanie z Anschlussem Austrii jest tu całkowicie uprawnione. Sprawdzone wzorce nadają się do kopiowania.
Również logiczna koncepcja przebicia korytarza zaopatrzeniowego z Rosji na Krym. Dokona Putin tego tak szybko, jak to będzie możliwe. Po drodze jeszcze kilka „prawie ostatecznych” rozmów z Mamą Merkel, Steinmaierem, czy Hollandem, parę tygodni ostrzałów rakietowych i bombardowań z powietrza, parę tysięcy ofiar, i korytarz przebity.

Wtedy wprowadzone będą prawdopodobnie następne żałosne sankcje: kolejnych 100 ważnych osób z Rosji dostanie „szlaban” na wizy do EU i kilku prominentnych zachodnich polityków, łącznie z Obamą, wyrazi wielkie oburzenie i stanowczy protest. Obama prawdopodobnie powtórzy groźnie, że „all options are still on the table” i to by było na tyle.

Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Nikt na Zachodzie nie będzie umierał za Ukrainę, tak jak kiedyś nie chciano umierać za Gdańsk. Ukraina jest dzisiaj wyłącznie na łasce Putina. Tzw. opcja dyplomatyczna rozwiązania konfliktu, to mieszanie łatwowiernym ludziom w głowach.

Los Ukrainy został przesądzony w momencie ucieczki Janukowycza i ogłoszenia, że kraj ten dołączy do UE i NATO. I nie dziwmy się, że Putin zaryzykował i zareagował.

Kto by chciał mieć nieprzyjazne państwo i wrogi sojusz na swojej granicy ?

McCain (tym razem w Monachium) zdecydowanie poparł dozbrajanie Ukrainy w broń defensywną, nie dlatego, że Ukraina pokona wtedy rosyjskie wojska, ale aby utrudnić Putinowi dalszą agresję i zwiększyć koszty jego „wyprawy”. Ale McCain obecnie, niestety, nie decyduje.

Ronald Reagan, niestety, dawno nie żyje.

Na Zachodzie decydują aktualnie ludzie bojaźliwi i bez wyobraźni.
Nie rozumieją, że jeżeli partner nie honoruje podpisanych umów, należy zastosować wobec niego argumenty z sektora siłowego. Trzeba jedynie przeprowadzić wewnętrzną debatę, co do wyboru środków i warunków ich użycia. Czas od dawna nagli.

Pamiętajmy wciąż co powiedział Winston Churchill po podpisaniu Traktatu Monachijskiego przez Chamberlaina: "The gov­ern­ment had to choose between war and shame. They chose shame. They will get war too." ("Rząd musiał wybrać między wojną i hańbą. Wybrał hańbę. Wojnę też będzie miał").






czwartek, 29 stycznia 2015

Auschwitz


Mój nowy Minister Spraw Zagranicznych – jestem Polakiem, więc to mój minister – nie zaprosił Putina na 70 rocznicę wyzwolenia obozu Auschwitz, motywując to tym, że do obozu pierwsi wkroczyli Ukraińcy, a nie Rosjanie. Szkoda, że tak głupio się zachował mój minister od bardzo ważnych spraw mojego kraju.

Trzeba wyraźnie oddzielić jego bezkompromisowość w ocenie obecnej działalności Putina, czy posiadanie własnego zdania, od strategicznej głupoty faceta na tak kluczowym stanowisku. Konsultował on tę swoją decyzję z premier Kopacz, z Prezydentem ? Mam nadzieję, że nie.

W końcu to wyróżnienie Ukraińców kosztem Rosjan (ciemna historycznie karta wielkich antypolskich zbrodni: Banderowcy, UPA), to odwrócenie kota dupą, gdyż powszechnie wiadomo, że obóz wyzwoliła, po drodze do Berlina, Armia Czerwona, składająca się z ludzi pochodzących, co prawda, z 39 różnych nacji, ale z ogromną przewagą Rosjan. Gdyby Schetyna dowiódł, że pierwszych kilkudziesięciu żołnierzy, którzy przekroczyli bramę z napisem Arbeit Macht Frei, to byli z pochodzenia Uzbecy, to czy zaprosiłby, zamiast Putina, prezydenta Uzbekistanu ???

Czy Schetyna pamięta wypowiedź Petra Poroszenki, który we wrześniu ub. roku powoływał się na bohaterskość UPA ?

UPA to była organizacja faszystowska. Popełniała bestialstwa tak okrutne, że Polacy szukali schronienia u Niemców. Zachodni Ukraińcy, (bo wschodni mają do niej krytyczny stosunek), utożsamiają się z tradycją UPA. UPA, według dotychczasowych badań, zamordowała ok. 100.000 Polaków.

Panie Schetyna, obudź się Pan, zacznij myśleć i dorośnij do swojego stanowiska !

Wiadomo, że Putin nie jest napewno ulubieńcem Polaków, ale minister spraw zagranicznych nie powinien realizować swojej głupiej osobistej polityki z okazji tak niekontrowersyjnej, a ważnej rocznicy, jak 70-lecie wyzwolenia największego obozu koncentracyjnego Europy.

Szkoda, że ten nowy minister wzmacnia, bez potrzeby, wizerunek Polaków, jako maniakalnie ekstremalnych rusofobów.

Również szkoda, że ten poprzedni, z kolei, uwikłany jest w kompromitujące afery, jak podsłuchowa, dotycząca jego wywiadu dla portalu Politico, czy obecna, dotycząca tzw. kilometrówek.

Czy doczekamy się na tym ważnym stanowisku kiedyś kogoś, formatu np. Krzysztofa Skubiszewskiego, posiadającego (3 w jednym): kulturę osobistą, niekwestionowaną uczciwość i polityczną rozwagę ?














poniedziałek, 12 stycznia 2015

Szczęśliwego Nowego Roku !




Szczęśliwy” Nowy Rok zaczął się we Francji od zamachów. Pobożni islamiści dali swoim rodakom raptem tydzień noworocznego spokoju, a następnie rozpoczęli realizację swojej naczelnej misji globalnej: wstrząsnąć „niewiernymi”; przerazić świat „krzyżowców” i Żydów, tak, aby zrozumieli wreszcie, że czas bezkarnego medialnego znieważania Proroka odszedł był w niebyt dziejów.

Przekaz jest jasny: następstwem karykaturowania Mahometa będzie odtąd kara śmierci.

Swoją drogą, kto Go widział ? Kto wie jak wyglądał, żeby móc Go skarykaturować ? To akurat dla sprawców morderstw nieważne. (W Islamie obowiązuje zasada anikonizmu).

Ważne jak Francuzi zareagują, gdy kurz opadnie – czy pismo „Charlie Ebdo” będzie kontynuowało dotychczasowe tematy przy pomocy nowych ludzi, czy podobizny (?) Proroka ukażą się w innych pismach ?

Czy francuska wrażliwość religijna jest do pogodzenia z wrażliwością islamską ?

Czy zamachy islamistów będą konsekwentnie kontynuowane w celu dalszego zastraszania i terroryzowania ludności ? Jak zareaguje francuska ulica, bo politycy na pewno odważnymi frazesami. Sugerowałbym politykom, socjologom i komentatorom medialnym, aby dali jasny sygnał, że spokój i bezpieczeństwo francuskiej społeczności islamskiej zależą bezpośrednio od jej postawy obywatelskiej, współpracy z policją itd.

Wyznawcy Proroka w miastach francuskich powinni się liczyć z „gniewem ludu” w przypadkach zbrodni popełnianych w Jego imieniu, w celu rzekomej obrony Jego czci itp.

Nie dziwiłbym się, gdyby na początek, podpalono kilka meczetów, lub pobito kilku imamów – tych najbardziej agresywnych. Myślę, że zasada nastawiania „drugiego policzka” nigdy nie zdaje egzaminu. Jeżeli siła argumentu nie działa, należy zastosować argument siły.

(Salman Rushdie wciąż się ukrywa z powodu fatwy, duński karykaturzysta Kurt Westergaard, 80, z Jyllands Posten, ma stałą ochronę policyjną, redakcja czasopisma również).

Francja ma ponad 5 mln mahometan, słabo zintegrowanych i mocno zantagonizowanych przez dotychczasową politykę kolejnych rządów. Obrzeża dużych miast przypominają biedny arabski Bliski Wschód, a ludzie często nie znają francuskiego. Nędza, brak perspektyw, brak inicjatyw integracyjnych ze strony kolejnych rządów, potęguje wśród Mahometan poczucie upokorzenia. Jedyne co mają, to wiara w Proroka i tego Proroka i tej wiary będą bronić do swojej męczeńskiej śmierci. Kto z Francuzów tego nie rozumie, skazany jest na działania wyłącznie reaktywne: ściganie i karanie terrorystów po kolejnych zamachach.

W dzisiejszym „marszu przestraszonych” w Paryżu wzięli udział czołowi politycy 40 państw i Prezydent Tusk. Oraz reprezentanci rządu Rosji, kraju znanego z wolności mediów - około 20 niezależnych dziennikarzy zastrzelonych przez „nieznanych sprawców”. Oraz ok. 5 milionów Francuzów. „Nous sommes Charlie” - to hasło główne całego marszu. Atmosfera wzniosła i wspaniała, największy marsz od czasów zakończenia II wojny światowej. Przekaz ogólny: jesteśmy solidarni i zjednoczeni w hołdzie pomordowanym.

A tak naprawdę, jakie jest nastawienie różnych środowisk we Francji pokazał obszerny reportaż kanału Al Jazeera z Marsylii: Tamtejsi Francuzi są pewni, że „Charlie Ebdo” dopiero zapoczątkował serie zamachów. 63% Francuzów uważa, że Islam jest nie do pogodzenia z wartościami wyznawanymi przez społeczeństwo tego kraju.

Żydzi są przerażeni i przekonani, że władze francuskie nie zapewnią im bezpieczeństwa. Trudno żyć w sytuacji, w której szkoły, synagogi i nawet koszerne spożywczaki będą na stałe obstawione policjantami. Prezydent Netanyahu powiedział im jasno: Kto nie czuje się bezpiecznie we Francji, niech przeprowadzi się do Izraela. Główny rabin Paryża w komentarzu do tej wypowiedzi mówi nieśmiało, że lepiej by było, gdyby dzieci mogły jednak dalej mieszkać i uczyć się we Francji...

A islamiści, w tym samym reportażu, są głęboko podzieleni, na tych którzy są przeciwni zamachom i na tych, którzy odmawiają zajęcia stanowiska... Ci ostatni, to prawdopodobnie kandydaci na wyjazd „na stypendium”do Syrii na szkolenie i niezbędne praktyki poprzedzające powroty. Z tej formy edukacji skorzystało lub korzysta już ponad 700 osób...

Wyznawcy Islamu uważają się za pokrzywdzonych gdyż rząd francuski zakazał noszenia burek i hijabów, buduje się za mało meczetów zmuszając wyznawców do modlitwy na ulicach, dyskryminuje się ich w poszukiwaniach pracy i w dostępie do nauki itd.

Jeżeli jest im tak niedobrze, to niech skorzystają z sugestii prezydenta Netanyahu odnośnie Żydów. Zawsze jest jakieś wyjście.

Prawda jest bezlitosna. Nic tak nie dzieli ludzi, jak religia, a więcej ludzi zginęło podczas wojen religijnych niż we wszystkich innych konfliktach zbrojnych.

Świat ludzi przechodzi przez różne etapy cywilizacyjne i obyczajowe. Wiązały się one zawsze z chęcią podbojów, przejęcia władzy nad nowo zdobytymi obszarami, rabunkiem bogactw i dominacją religijną zdobywców – czyli: mój bóg jest jedynym prawdziwym bogiem, a twój bóg jest do dupy. Lepiej żebyś przyjął moją wiarę po dobroci, albo utniemy ci łeb. Ten rodzaj „tolerancji” religijnej jest uprawiany do dziś. I przetrwa na wieki, bo wciąż rodzą się świeże pokolenia, które „odkrywają” nowe, według nich, wartości i zasady życia społecznego.

Kiedyś Giordano Bruno i wielu innych poległo na ołtarzu takiej tolerancji, w imię obrony jedynie słusznych wartości, a w obecnych czasach wojującego Islamu, giną z rąk jego wyznawców „krzyżowcy”, ateiści, geje, Żydzi i inna „niewierna” czy zdegenerowana swołocz.

I tak będzie, według wyznawców Proroka, aż do ostatecznego zwycięstwa Islamu.

Na obecnym etapie historycznym Islam jest religią super agresywną i bezkompromisową, nie bierze zakładników, likwiduje ich na miejscu. Nie wygrasz z młodymi ludźmi, którzy stoją przed prostym wyborem: albo życie w upokorzeniu i bez perspektyw, albo w wyniku śmierci w czasie zamachu na „niewiernych”, na chwałę Proroka i w imię wyznawanych wartości, ekspresowo, w raju z dziewicami. Jasny i zrozumiały na każdym poziomie intelektualnym przekaz, szkoda że w chrześcijaństwie brakuje podobnie atrakcyjnego i klarownego. Może to wynik braku odpowiedniej ilości dostępnych w niebie chrześcijańskich dziewic...

Pewnie dlatego corocznie rośnie liczebna przewaga wyznawców Islamu nad „krzyżowcami” o kolejne ca. 30 mln ludzi.

W czasie dzisiejszego paryskiego marszu zauważyłem, moim zdaniem, kluczowe pytanie na wielkim transparencie: „Jak do tego doszło ?” Otóż to.

Po II wojnie światowej, systematycznie, dzięki ludzkiej pracowitości i planowi Marshalla, Europa Zachodnia wkroczyła na drogę przyspieszonego rozwoju gospodarczego. Szybko okazało się, że brakuje rąk do pracy. Kraje takie jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania i kraje skandynawskie sprowadzały robotników (wtedy jeszcze nie uchodźców – prawdziwych i rzekomych) z takich krajów jak Turcja i Hiszpania (głównie do Niemiec), Włochy (do Skandynawii), do Wielkiej Brytanii z dawnych brytyjskich kolonii, a do Francji również, m.in. z Algieru. PKB rosło, przyjezdni radośnie odwalali kawał ciężkiej fizycznej roboty i byli niezmiernie wdzięczni za możliwość zarobków, o których w swoich krajach by tylko marzyli.

Z czasem, w wyniku łączenia rodzin, liczba ich coraz szybciej rosła. Tam, gdzie „nowi” pochodzili z krajów chrześcijańskich, z integracją nie było problemów, małżeństwa mieszane były na porządku dziennym. Natomiast w krajach, do których zawitał Islam, początkowo było podobnie bezkonfliktowo, szybko jednak stało się jasne, że o integracji mowy być nie może.

Tutaj „nowi” domagali się osobnych szkół i meczetów, finansowanych przez bogacące się państwa-gospodarzy.

A gdy tylko otrzymali nowe obywatelstwa i paszporty, zdarli z siebie maski pokory i wdzięczności, pokazując gospodarzom duży środkowy palec. Po paru dziesiątkach lat Europa Zachodnia zmieniła swoje oblicze. Ostatnie wydarzenia we Francji pokazują, bez osłonek, do czego prowadzi państwowa skrajna głupota w polityce imigracyjnej.

Dlatego uważam, że Marie Le Pen ma rację w sprawie proponowanych ograniczeń w tej dziedzinie – chociaż to do czego dąży, porównać można do spóźnionego leczenia raka, który wykryty był już dawno temu, ale, nie leczony, spowodował liczne przerzuty. Nawet jeżeli pani Le Pen dojdzie do władzy i jej plan się urzeczywistni, będzie to, niestety, musztarda po obiedzie.

Skandalem i kompromitacją wielkiego europejskiego państwa jest fakt, że jego obywatele będą żyć w permanentnym napięciu, że redakcje pism mają stałą ochronę policyjną, wzmocnione patrole policyjne na ulicach i inwigilację własnych obywateli. Oraz szeroką wymianę informacji co do własnych obywateli, z innymi państwami - wszystko po to, aby móc w miarę normalnie żyć i pracować na co dzień.

Elity intelektualne w tych krajach zachodnich, które w imię poronionej idei pseudo-humanitaryzmu,
akceptowały w ostatnich dziesięcioleciach, wyznawców Islamu jako uchodźców, zgotowały swoim rdzennym obywatelom koszmar strachu i niepewności, tak wyraźnie demonstrowanych podczas dzisiejszego marszu przestraszonych i zszokowanych.

Nasza kochana Ojczyzna jest, póki co, krajem homogenicznym, bez napięć etnicznych, kulturowo-obyczajowych i co najważniejsze, religijnych. Jednak obserwując kraje zachodnie musimy być niezmiernie czujni i mądrzy w naszej polityce imigracyjnej.

Tak, brak akceptacji imigrantów z przyczyn religijnych, to praktyczny nakaz instynktu samozachowawczego naszego narodu. Multi-kulti is for the birds .

Polaku, bądź mądry przed szkodą i ucz się na błędach innych !

_________________________________________________________

Przeczytaj na podobny temat mój wpis z przed 5 lat:
http://as-kronika.blogspot.com/2010/04/w-warszawie-ogoszono-ze-powstaje-nowy.html